duszpasterstwo polonijne 03 polonia w pigułce kronika list

Głos z Poznania
 
Biuletyn Przyjaciół i Dobrodziejów
Biblioteki Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej

 

nr 3                                                                 lipiec – wrzesień 2002                                                             Poznań

 

DZIESIĘĆ PRZYKAZAŃ POLSKIEJ EMIGRACJI 

1.       Nie zapominaj, że największym dobrem jest Bóg.

2.       Nie wyrzekaj się imienia swojego Narodu, ani jego historycznych doświadczeń.

3.       Pamiętaj, że gdziekolwiek rzucił Cię los, zawsze masz prawo pozostać dzieckiem swojego Narodu.

4.       Nawet w najgorszych warunkach nie zapominaj wiary i tradycji swoich przodków, jeśli chcesz, aby twoi nowi bracia i twoje dzieci nie zapomniały o tobie. Rodzina winna być jak Kościół – nauczycielką i matką.

5.       Szanuj swój Naród, rozgłaszaj jego dobre imię.

6.       Nie pozwól, aby twoja rodzina i twój Naród były przez kogokolwiek okradane, poniżane i oczerniane.

7.       Nie wywyższaj swojego Narodu ponad jego zasługi i ponad inne narody. Ukazuj to, co w twoim Narodzie jest najlepsze.

8.       Ucz się od innych narodów wszystkiego, co jest w nich dobre. Nie powtarzaj ich błędów.

9.       Pamiętaj, że przynależność do narodu jest przywilejem, a Ojczyzna to wspólny obowiązek.

10.    Pamiętaj, że jesteś dzieckiem Narodu, którego Matką i Królową jest Najświętsza Maria Panna. Powtarzaj często modlitwę polskich serc: „Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”.

 

Wśród gruzińskiej Polonii

 
W ubiegłym roku wszystkie kraje Zakaukazia wprowadziły wizy dla Polaków, które ze względu na brak w Polsce ambasad Gruzji i Azejberdżanu (jest tylko ambasada Armenii) - można uzyskać wyłącznie na miejscu. Na szczęście w gruzińskiej stolicy przyjął naszą wycieczkę bardzo gościnny ks. Adam Ochał, proboszcz tamtejszego kościoła katolickiego pod wezwaniem Świętych Piotra i Pawła. Historia tej świątyni bardzo mocno związana jest z obecnością Polaków w Tbilisi.


 Pięćset lat wzajemnych kontaktów

Wzajemne zainteresowanie Gruzinów i Polaków trwa ponad 500 lat. Już w 1495 roku od króla Kartli (Gruzja Środkowa) Konstantyna przybyło na dwór wielkiego księcia litewskiego Aleksandra poselstwo w celu znalezienia sojuszników przeciw osmańskiej Turcji. Do wspólnych działań jednak nie doszło ze względu na duże oddalenie od siebie obu krajów.

Od lat 40. XVII w. pracowali w Gruzji polscy misjonarze, często pełniący także funkcje dyplomatyczne. Prowadzili oni na Zakaukaziu różnorodną działalność, organizowali pomoc lekarską i cieszyli się dużym poważaniem ludności narodów kaukaskich. Rozwojowi misji katolickich w Gruzji położyła kres aneksja tego kraju przez Rosję w 1801 roku. W 1845 r. rząd carski nakazał działającym w Tbilisi Ojcom Kapucynom opuszczenie Gruzji. Papież Pius IX poddał wówczas ten kraj pod jurysdykcję nowo utworzonej diecezji w Tyraspolu, której biskup rezydował w Saratowie. Wówczas ponownie zjawili się w Gruzji duchowni z Polski. "Kalendarz Kaukaski" z 1848 roku podaje nazwiska trzech pracujących tam polskich kapłanów: ks. Wiktor Żyżniewski (kościół Wniebowzięcia Matki Bożej w Tbilisi), ks. Józef Kraczkowski (Gori) i ks. Stanisław Micewicz (Kutaisi). Tenże kalendarz w numerze z 1851 roku wymienia 4 księży katolickich, wśród których jest dwóch Polaków świeckich oraz ośmiu polskich kapelanów wojskowych, stacjonujących przy rosyjskim Korpusie Kaukaskim.


"Południowa Syberia"

Według kalendarza z 1855 roku, było w Gruzji 29.348 katolików, w tym tylko 2 tysiące ludności miejscowej, a ponad 27 tysięcy - osób obcego pochodzenia. W większości byli to Polacy służący w wojsku carskim. Obecność Polaków w Gruzji sięga XVIII wieku, kiedy na północny Kaukaz rząd carski zsyłał wziętych do niewoli konfederatów barskich, a później uczestników Insurekcji Kościuszkowskiej. Później w oddziałach carskich znaleźli się jeńcy z wojsk napoleońskich. Po manifeście cara Aleksandra I mogli oni wrócić do Ojczyzny, ale część z nich pozostała w Gruzji. Duża fala zesłańców przybyła na Kaukaz po upadku Powstań - Listopadowego i Styczniowego. Było ich tak wielu, że Kaukaz nazywano "Południową Syberią". W Gruzji działała wtedy grupa tzw. poetów kaukaskich - od końca lat 30. do połowy lat 50. XIX wieku. Pisane przez nich utwory mają niekiedy charakter modlitwy.

Liczebność tej grupy nie została dotąd dokładnie ustalona. M. Inglot wymienia 37 nazwisk. Najwybitniejszym poetą tego kręgu był Polak Tadeusz Łada-Zabłocki, który trafił na Kaukaz w 1838 roku. Przyjaźnił się z wieloma znanymi poetami gruzińskimi. Jako żołnierz zjechał cały Kaukaz. Mianowany naczelnikiem kopalni soli w Kulpach, zmarł wkrótce potem w wieku zaledwie 35 lat.

Do "grupy kaukaskiej" należeli też poeci-Polacy: Leon Janiszewski - autor pierwszego dokładnego opisu Tbilisi i dyrektor szkoły muzycznej w tym mieście, dalej Władysław Strzelnicki (uczestnik spisku Konarskiego, zmarły na dyzenterię w wieku 26 lat) oraz Mateusz Gralewski (Grala), zasłany karnie do garnizonu kaukaskiego za udział w Związku Narodu Polskiego (zbiegł do Szwajcarii i przedostał się do kraju, gdzie wziął udział w powstaniu 1863 roku).


Współtworzyli cywilizację Zakaukazia

            W drugiej połowie XIX wieku zaczęli osiedlać się w Gruzji dobrowolni emigranci z Polski, wywodzący się przeważnie z dawnych Kresów wschodnich, którzy za Kaukazem szukali lepszych możliwości zrobienia kariery zawodowej. Była to emigracja "za chlebem". Na Kaukaz wyjeżdżali botanicy, geografowie, wojskowi, lekarze, budowniczowie. Ich życiorysy mogłyby stać się kanwą sensacyjnych powieści. Należał do nich, wywodzący się z Wileńszczyzny, Józef Chodźko (1800-81), wybitny geodeta w randze generała-lejtnanta, który na Zakaukaziu wykonywał pomiary trygonometryczne. Wyznaczył tam aż 1.386 punktów triangulacyjnych, pracując w trudnych, mało dostępnych miejscach. Powołany w 1858 roku na stanowisko dowódcy Wojskowo-Topograficznego Sztabu Armii Kaukaskiej, został później odznaczony orderem Orła Białego, a w 1868 roku stał się honorowym członkiem Rosyjskiego Stowarzyszenia Technicznego.

Jednym z najbardziej zasłużonych geodetów i kartografów na Kaukazie był Wołyniak Hieronim Stebnicki (1832–87), również naczelnik oddziału Wojskowo-Topograficznego, za udział w wojnie z Turcją odznaczony Orderem św. Stanisława. Niezwykle barwny życiorys miał przyrodnik Ludwik Młokosiewicz (1831-1909), zesłany na Kaukaz za udział w spisku poprzedzającym Powstanie Styczniowe. Jako porucznik Tbiliskiego Pułku Grenadierów został skierowany na służbę do Lagodechii, we wschodniej Gruzji, gdzie założył dla swego pułku park, który później przekształcił w znany na całej Gruzji rezerwat przyrody. Przeprowadzał tam doświadczenia z uprawą herbaty, cytryn i innych podzwrotnikowych roślin. Zmarł w czasie kolejnej ekspedycji w Dagestanie.

I wreszcie Ferdynand Rydzewski, kierownik budowy słynnego Tunelu Suramskiego w latach 1886–90. Czterokilometrowy tunel wydrążono w litej skale w związku z rozwojem przemysłu naftowego i zapotrzebowaniem na bakijską ropę. Kolej zakazukaska obfituje w liczne tunele, mosty i galerie – w większości unikatowe ze względu na gabaryty i osiągnięcia sztuki inżynieryjnej.


Na cmentarzu Kukijskim

Ksiądz Adam prowadzi nas na pobliski cmentarz Kukijski, położony malowniczo na wzgórzach. Na jednym z nich odnajduję groby polskich inżynierów górniczych: Arkadiusza Szmideckiego, Klemensa Ruciewicza i Olgierda Hołowni, zmarłych w Tbilisi na początku XX wieku. W najwyższym punkcie wzgórza wznosi się okazały krzyż na grobie zasłużonego proboszcza katolickiego, ks. prałata Maksymiliana Orłowskiego (zm. 1891 r.) – wilnianina, budowniczego kościoła św. Piotra i Pawła, i pierwszego wizytatora apostolskiego na Zakaukaziu.


Z wizytą u pani prezes

Odwiedzamy panią Marię Filinę, prezesa Związku Kulturalno-Oświatowego Polaków w Gruzji, w jej domu na tbiliskiej Starówce. W domu tym, pełnym rodzinnych pamiątek, żyły trzy pokolenia działaczek polonijnych. Najpierw babcia pani Marii, Maria Zawada, urodzona i kształcona w Kijowie, która wyszła za mąż za Ormianina, później "zasłużonego agronoma" Gruzji. Zmarła w Tbilisi w 1984 r. w wieku 105 lat. Przez całe jej życie dom ten był ostoją polskości. Tu zbierali się mieszkający w Tbilisi Polacy. Matka pani Marii Irena, była profesorem Politechniki Tbiliskiej, specjalistką od umacniania brzegów rzek, mostów i szos. Miała ponad 50 patentów na wynalazki. Wydawała swoje prace naukowe w Polsce, jeździła na konferencje.

Sama pani Maria jest profesorem na wydziale filologii Uniwersytetu w Tbilisi. Zajmuje się stosunkami polsko-gruzińskimi w XIX i XX wieku. Uruchomiła na uniwersytecie kurs literatury polskiej. Fakt, że Polacy w Gruzji mają tak dawną i barwną historię, wymagał powstania polonijnej struktury. Liczba Polaków Gruzji wynosi obecnie około 3 tys. Dopiero jednak 9 lutego 1995 roku (już w niepodległej Gruzji) potomkowie zesłańców i osiedleńców mogli zjednoczyć się w Stowarzyszeniu Polaków w Gruzji "Polonia" (obecnie Związek Kulturalno-Oświatowy). Stowarzyszenie powstało w trudnych warunkach. Przez dwa pierwsze lata jego siedzibą było mieszkanie Marii Filiny. Pierwsze posiedzenia zarządu odbywały się przy świecach i lampie naftowej. Był to najgorszy okres ostrego kryzysu politycznego i ekonomicznego w Gruzji, po wojnie domowej i wojnie w Abchazji. Sekretarzem Związku jest od samego początku p. Antonina Katalewska, której polscy przodkowie mieszkali we wsi Manglisi, gdzie pod koniec ubiegłego wieku stał pułk, w którym większość oficerów i żołnierzy było Polakami. 

   Zbigniew Hauser, Nasz Dziennik”


 Osada Wojskowa „Antonin”.
Pamięć zapisana w sercu.


                Z początkiem lat dwudziestych XX w. wydzielono z dóbr hrabiego Broel – Platera osadę Antonin, obejmującą 385 hektarów i podzielono ją wśród 16 uczestników I wojny światowej.

                Działki leżały wzdłuż dróg wiodących z Dąbrowicy do Sarn, po obu stronach rzeki Antonianki, która jest dopływem Horynia. Przy moście na Antoniance stał drewniany krzyż, pod którym miano zakopać akta założenia rzeczonej osady. Pośród łąk, tu i ówdzie rozciągały się stawy, z których na całą okolicę rozchodziło się kumkanie i rechotanie. Naturalnie wabiło to bociany, gnieżdżące się na zabudowaniach osady. Wiele opowieści słyszałam o począt-kowych trudnościach z zagospodarowaniem się osadników. Mój ojciec, inspektor leśny z Nowego Targu, przywiózł nas z Podhala na Kresy dopiero w 1930 roku.  Do tego czasu na naszej działce gospodarzył stryj Konrad, a po jego śmierci dzierżawca. Po przejściu ojca na emeryturę i tuż przed przyjazdem do Antonina, wydało się, że pieniądze wysłane na zakup maszyn rolniczych przywłaszczył sobie dzierżawca, a dom spłonął w dość podejrzanych okolicznościach. Trzeba było zatem zabrać się najpierw za budowę nowego.

                W niedługim czasie postawiliśmy dom, zbudowany w modnych wówczas stylu góralskim, z porządnymi krytymi blachą zabudowaniami wokół obszernego podwórza. W mich wspomnieniach ten szarobłękitny dom z białymi okiennicami, balkonem i gankiem, otoczony był przez kwiatowe klomby, które przechodziły w rabatki truskawek, dalej porzeczkowe krzewy i sad z czereśniami i jabłoniami. Jeszcze dalej rozchodziły się alejki świerków wysadzanych wzdłuż brzozowej alei.

                Ojciec przez rok pełnił urząd burmistrza Dąbrowicy, a później założył konny, umundurowany oddział Krakusów. Oddział ten brał udział w okolicznych imprezach religijnych, narodowych i sportowych, na przykład w wyścigach konnych w Dąbrowicy, gdzie osadnicy zdobywali nagrody. Matka moja, Natalia z Lechnerów działała w Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet i prowadziło Koło Gospodyń Wiejskich. Zapraszała instruktorów, którzy zapoznawali osadnicze rodziny z nowościami w uprawie roli, sadów, ogrodów i hodowli bydła.

                Osadnicy próbowali utrzymać własną szkołę w Antoninie, aby w czasie ciężkich zim i roztopów miejscowe dzieci nie musiały chodzić kilka kilometrów do Soch. Budynek szkolny wybudowano na naszej działce i ponad rok mieszkała u nas nauczycielka. Uczniów było jednak zbyt mało. Mimo likwidacji szkoły w Antoninie wszyscy daliśmy jakoś radę ukończyć szkoły powszechne w okolicy i wyjechaliśmy do gimnazjum i szkół zawodowych w Sarnach, Pińsku czy Łunińcu. Wśród młodzieży największą popularnością cieszyło się harcerstwo i sodalicja mariańska. Należeliśmy także do kółek szachowych. Na wakacje z radością wracaliśmy do Antonina, włączając się w rozmaite prace gospodarcze, czy zabawy. Pamiętam huczne biesiady dożynkowe i zabawy sylwestrowe.

                Osada była zżyta i taką zaskoczyła ją wojna. 10 lutego 1940 roku zostaliśmy wywiezieni w głąb Związku Sowieckiego. Ci, którzy przeżyli nieludzkie warunki zsyłki, głód, chłód i katorżniczą prace, po ogłoszeniu amnestii, po zakończeniu wojny, rozsiali się po pięciu kontynentach. Do dzisiaj utrzymujemy jednak kontakty. Właśnie dzięki nim poznałam losy swego ojca, który do 1 do 17 września 1939 r., a więc do wkroczenia Armii Czerwonej zarządzał Komisją Skupu i Dostaw dla Wojska Polskiego w Worobinie koło Dąbrowicy. Aresztowano go w domu 17 października 1939 r. i nie zobaczyliśmy się już nigdy więcej. Katowany w więzieniach, zesłany do łagrów w Komi, po ogłoszeniu amnestii w 1941 r. dotarł do Armii generała Andersa. Ślad urywa się w Bucharze w Uzbekistanie, gdzie prawdopodobnie zmarł na tyfus. Moja matka zmarła w wieku 48 lat w kołchozie bawełny w Azji.

                Wielu jednak osadników z Antonina wywiezionych z rodzinami w głąb tajgi archangielskiej, a potem do kołchozów w azjatyckich republikach ZSRR, ocalało i brało udział w walkach II Korpusu. Niewielu wróciło po wojnie do Kraju. Poszli do pracy w kopalniach, przędzalniach, przy budowie dróg i tuneli w Australii, Kanadzie, Anglii i Stanach Zjednoczonych, wszędzie tam, gdzie rzucił ich los wygnańczy. Przekazali nam – swoim dzieciom, a my ich wnukom – tak wielkie umiłowanie Ziemi Ojczystej, że pamięć o Niej nosimy w sercach, mimo, że minęło ponad 60 lat.             

                Żadne osiągnięcie materialne, ani prestiżowe, ani też zaangażowanie w sprawy kraju osiedlenia, żadne nawet informacje o dewastacji naszych kresowych osad, nie zdołały zaćmić w naszej pamięci obrazu Antonina. To dla nas pisał Adam Mickiewicz:                              

                               Dziś dla nas w świecie nieproszonych gości

                               W całej przeszłości i w całej przyszłości

                               Jedna już tylko jest kraina taka (...)

                               Ten kraj szczęśliwy, ubogi i własny

                               Jak świat jest Boży, tak on był nasz własny. 

Staramy się teraz przez rozmaite organizacje charytatywne pomóc Rodakom skrzywdzonym przez los, dziękując jednocześnie Bożej Opatrzności za swe ocalenia.

                                                                Aleksandra Jarmulska – Rymaszewska

Manchester, Anglia

 

 


W Brazylii przed wojną...

„Wielebny księże, Od czasu odjazdu X Posadzego do Poznania, który był tu w roku 1931 i objeżdżał polskie kolonie w Brazylii i Argentynie, nikt dotychczas się nie odezwał do nas z Polski. (...) Do miasta i do kościoła, gdzie jest stale ksiądz mamy daleko, bo prawie 100 km. Mamy swój kościół pod dachem wielkości 8 na 12 metrów, tylko bez ścian, któryśmy postawili własną pracą i własnym wysiłkiem. Jest nas za mało by go o własnych siłach wykończyć. Już od ponad roku stoi taki niewykończony nasz kościół – tylko słupy, bez obrazów. Nie wiadomo jak długo będzie tak stał, bo na nieszczęście ubiegły rok był bardzo suchy i prawie wszystko powysychało. Każdy się martwi, ażeby miał czym wyżywić swoją rodzinę do nowych zbiorów i proszą Pana Boga o więcej deszczu.

                Życie polskich kolonistów w Espirito Santo jest dosyć ciężkie. Dużo jest żmij, chociaż ukąszeń nie było, dużo mrówek, much, komarów, dużo zwierzyny i ptactwa, które niszczą plantacje, że czasem trzeba kilka razy plantować.

                Raz w roku przyjeżdża na kolonię ksiądz brazylijski z San Mateus, który chrzci dzieci i daje śluby. Jednak nie mogą koloniści sobie porozmawiać z księdzem, gdyż ksiądz nie umie po polsku, a koloniści po brazylijsku względnie mało umieją. W każdą niedzielę schodzą się koloniści do kościoła i śpiewają różaniec, litanie i inne pieśni kościelne. Stary Polak Samsel i Sokołowski są tymi, którzy prowadzą cały śpiew. Książeczki do nabożeństwa mają tylko starsi, którzy przywieźli je jeszcze z Polski. Młodzież nie ma ani książeczki, ani medalików, szkaplerzy, ani różańców.

                W razie śmierci kogoś, obrzęd odbywa się bez księdza. Sami koloniści śpiewają stosowne pieśni i chowają zmarłego. Właśnie niedawno zmarł tu, w Stanisławowie, stary Polak Deptulski Franciszek. Był to człowiek bardzo pobożny i dużo pracował przy kościele. Przed śmiercią, w ostatniej swojej chwili, kilka razy wołał o kapłana, ale z powodu braku tego, musiał umrzeć bez Sakramentów.”

                                              

Fragment listu z kolonii Orzeł Biały, Espirito Santo, Brazylia

Głos Seminarium Zagranicznego, nr 2, 1935 r.

 


Aurea znaczy złota

Pierwszego maja minął rok jak zostałem mianowany proboszczem tej ciekawej parafii. Aurea leży w regionie Alto Uruguai (północna część stanu Rio Grande do Sul), w południowej Brazylii. Spośród czterech tysięcy mieszkańców tej miejscowości, która 15 lat temu stała się stolicą municipium (odpowiednik powiatu), 98% stanowią potomkowie przybyszów z Polski. Nic więc dziwnego, że Aurea – wedle słów byłego ambasadora RP Bogusława Zakrzewskiego – powszechnie uważana jest za polonijną stolicę Brazylii.

  W misji pod wezwaniem Matki Boskiej Jasnogórskiej chrystusowcy pracują tu od 1981 roku, kiedy to pierwszym proboszczem został ks. Józef Wojnar TChr. Oprócz posługi duszpasterskiej misjonarz z Polski dziarsko wziął się do pracy na rzecz miasta. Rozpoczął starania o utworzenie municipium, o założenie szpitala, a przede wszystkim o stworzenie szkoły rolniczej, która dla tak małego miasta stała się powodem do dumy.

Pierwsza grupa polskich emigrantów dotarła tu w grudniu 1911 r. Byli to głównie ubodzy chłopi z Lubelszczyzny. Wtedy miejsce to nazywało się Rio Marcelino. Czasy te pamiętała jeszcze jedna osoba z naszej parafii – pani Józefa Samojeden – Popławska, która jako dziecko przybyła z rodzicami do Brazylii w 1911 r.  Ta prawie stuletnia dama do ostatnich swoich dni brała czynny udział w parafialnym i polonijnym życiu naszej wspólnoty. Z chęcią i niezwykle barwnie opowiadała o tamtych czasach. Tylko pani Józefa mogła powiedzieć o sobie, że jest emigrantką, a nie potomkiem emigrantów.

Aurea jest drugą najstarszą parafią diecezji Erexim. Została założona w 1915 r. Pierwszym proboszczem był polski misjonarz, ks. Hiacynt Mięsopust. Od tego czasu kilkunastu księży diecezjalnych i zakonnych przewinęło się przez misję. Wszyscy oczywiście byli Polakami. Ale najczęściej wspominany jest ks. Józef Kuźmiński. Po pierwsze dlatego, że pracował u nas 28 lat, aż do 1981 roku. Po drugie zaś dlatego, że był potomkiem polskich emigrantów urodzonym właśnie w Aurea. Dbał o parafię i parafian jak o własną rodzinę. Zbudował też kościół. 

W stanie Rio Grande do Sul  można wyróżnić trzy zasadnicze skupiska polonijne. Na północy Aurea, Centenario i Carlos Gomes; na południu: Don Feliciano i bardziej na zachód: Guarani das Missoes. Wszystkie te placówki prowadzą dzisiaj chrystusowcy.

W Aurea żyje obecnie piąte pokolenie emigrantów. W niektórych rodzinach mówi się jeszcze po polsku. Wielu, jeśli już nie mówi, to przynajmniej rozumie język polski, oczywiście w wersji spauperyzowanej i archaicznej.  W każdą sobotę, o godzinie 15:00 odprawiana jest Msza Święta w języku polskim. Sporo osób uczestniczy. Tylko kazanie jest w języku portugalski. Pielęgnujemy też polskie tradycje religijne, a zespół folklorystyczny „Auresovia” reprezentuje naszą miejscowość na brazylijskich i polonijnych imprezach. Każdego roku, podczas tak zwanej „Polskiej Kolacji” organizowanej przez władze miasta podawana jest jako danie główne czernina – zupa zapamiętana ze starej Ojczyzny. W zeszłym roku w takim bankiecie brało udział półtora tysiąca osób, a przewodniki turystyczne stanu Rio Grande do Sul rejestrują „Kolację” jako jedną z najciekawszych atrakcji turystycznych regionu. Widać stad jasno, że mimo, iż urodziliśmy się w Brazylii, pamiętamy i kochamy Ojczyznę naszych pradziadków i jak tylko potrafimy podtrzymujemy tę pamięć, by przekazać ją młodemu pokoleniu.  

                                                                                                                 ks. Anderson Spegiorin TChr, Aurea, Brazylia


Kulisy wyzwolenia z ZSRR w 1942 r.

                Wielkanoc 2002 roku była dla wielu z nas 60. rocznicą wyzwolenia z „imperium zła”. Układ między gen. Sikorskim, a ministrem Majskim z 30 lipca 1941 r. dawał tzw. „Sybirakom” amnestię, a z nią nadzieję na dotarcie do formującej się na południu ZSRR armii gen. Andersa. Niestety, nie do wszystkich zesłańców od razu dotarła zbawienna wieść. My mieliśmy szczęście. Pracując w tajdze archangielskiej mieliśmy ludzkiego komendanta. Pułkownik Tieplaszyn pozwolił nam na budowę tratwy, abyśmy mogli popłynąć do Wiledi, najbliższego węzła kolejowego Kotłasu i załatwili „udostowierenia”, czyli jednostronicowe „paszporty” dające względną swobodę poruszania się po republikach sowieckich. I tak 29. września 1941 r. kilkudziesięcioma tratwami większość rodzin ze spec-posiołka Witiunino odpłynęła, a co silniejsi wyruszyli pieszo, brzegiem prawie stukilometrowej rzeki – ku wolności. Niełatwa to była wyprawa. Walczyło się z pogodą, wiatrami, mieliznami, przęsłami mostów, zasiekami na ryby. Ratowały nas noclegi w ciepłych chatach i poczęstunki litościwych ludzi z nadbrzeżnych kołchozów, którzy wzruszali się do łez widokiem zmarzniętych dzieci i staruszków.

                Po dwóch tygodniach dotarliśmy do stacji kolejowej w Kotłasu, wykupiliśmy miejsca w towarowych wagonach i przez kolejne dwa miesiące tułaliśmy się po sowieckim, wojennym chaosie... To w pociągu, bez końca pędzącym po stepach Kazachstanu, to brudnymi barkami po rozległej Amu-Darii w Uzbekistanie, to dwukołowymi arbami, ciągniętymi przez wynędzniałe woły po obrzeżach pustyni Kara-Kum, to znów pociągami, o głodzie i chłodzie, gryzieni przez meszki, komary, pluskwy, wszy, świerzby... ciągle wyglądając naszego wojska. Nie pytając o naszą zgodę, wyładowano nas z początkiem grudnia z transportów i rozesłano po uzbeckich kołchozach.

                9. grudnia 1941 r. znalazłam się z chorą matką oraz dziewięcioosobową rodziną Ukraińców z naszego posiołka w kurnej chacie kołchozu „Bolszewik” pod Guzarem, w pobliżu granicy z Afganistanem. W zamian za pracę przy kopaniu rowów i uprzątaniu plantacji bawełnianych, dostawaliśmy 400 gramów mąki na głowę, a nie mieliśmy już nic do sprzedania. Widmo kompletnego wyniszczenia, tyfusu brzusznego i plamistego, czaiło się za nieszczelnymi drzwiami lepianki.

                Przedziwnym zrządzeniem Opatrzności, dwóch podchorążych artylerii z oddziałów odkomenderowanych do Guzaru, szukając łopat do okopywania namiotów, trafiło do naszego kołchozu. Pomimo heroicznych wysiłków wojaków, którzy codziennie, po ćwiczeniach donosili nam w menaszkach swoje porcje żywnościowe i sprowadzili lekarza, nie udało się uratować mojej mamusi. Opuściła nas mając zaledwie 48 lat. A my, co jakoś przeżyliśmy, podobni bardziej do strachów na wróble niż do ludzi, po różnych tarapatach, zostaliśmy włączeni do transportów wojskowych, które pod koniec marca 1942 r. odpływały przepełnionymi statkami przez Morzu Kaspijskim z Krasnowodzka do Persji. W Pahlevi czekała na nas, źle poinformowana przez Rosjan, brytyjsko – persko – polska ekipa, zaskoczona ogromną liczbą pasażerów w strasznym stanie zdrowia.                

                Persja podzielona była wówczas na strefy wpływów sowieckich i brytyjskich. Ponieważ Pahlevi była w tej pierwszej zonie, Rosjanie utrudniali jak tylko mogli akcję ratunkową, licząc pewnie na to, że odstraszą prowadzenie dalszej ewakuacji. Byliśmy przecież żywym zaprzeczeniem ich propagandy o robotniczym raju. A tymczasem szybka pomoc lekarska, higiena, odżywienie, ubranie bezradnej rzeszy, zwłaszcza cywili, uratowanych dzięki decyzji gen. Andersa od zagłady, decydowała o utrzymaniu się przy życiu. Śmierć tych, co dożyli wolności i rwali się by służyć Polsce, była niepowetowaną stratą...

                Nieoczekiwanie, pod koniec pierwszej wiosennej ewakuacji i na okres trwania drugiego rzutu transportów z głębi Rosji, zjawił się szlachetny i rzutki rosyjski oficer łącznikowy, który oświadczył: „Polityka polityką, a tych ludzi musimy ratować!” Ów podpułkownik, o nazwisku Kirejew, zasłużył sobie na wielkie uznanie władz brytyjskich, szacunek perskich gospodarzy, wdzięczność i przyjaźń kolegów – aliantów.

                  Zbierając materiały do książki „Isfaham – miasto polskich dzieci” dowiedzieliśmy się, że matka i żona angielskiego podpułkownika Alexandra Rossa były Rosjankami („białymi” oczywiście), a ojcem polskiego podpułkownika Stanisława Lechnera był Austriak. Może matką naszego przyjaciela Kirejewa była Polka? To pozostanie tajemnicą.

                19. kwietnia 2002 r. wyruszyła pielgrzymka Isfahańczyków, by modlić się u grobów swoich bliskich w Azji Środkowej. Ufam, że westchnęli również za dusze tych, którzy 60 lat temu pomogli nam rozpocząć nowe życie.

Aleksandra Jarmulska – Rymaszewska
Manchester, Anglia.
 

 


Polacy w Krzemowej Dolinie.

Microsoft’owy boom

Silicon Valley (Krzemowa Dolina) – tak Amerykanie nazywają najprężniejsze w swoim kraju centrum, w którym kształtuje się myśl techniczna mająca wpływ na światowy przemysł elektroniczny. Tutaj też znalazły swoją siedzibę takie korporacje jak „Microsoft”, „Hewlett Packard” czy „Apple”. Krzemowa Dolina niemalże nieustannie skąpana w kalifornijskim słońcu, kojarzy się z niezwykłym rozwojem „komputerowej cywilizacji”. Dla licznych rzesz emigrantów z całego świata to miejsce jest symbolem ich sukcesu, choć nierzadko również zawiedzionych nadziei, a nawet osobistych tragedii. W tę wielokulturową mozaikę wpisuje się również środowisko polonijne – w porównaniu do innych grup narodowościowych można powiedzieć, że nieliczne – które jednak w sposób konkretny zaznacza swoją obecność na „ziemi emigrantów”.

Emigracja mózgów

Fala emigracji z lat osiemdziesiątych przyniosła w rejon San Jose i Zatoki Świętego Franciszka napływ Polaków o dość wysokich kwalifikacjach technicznych. Szybko znaleźli oni zatrudnienie w rozwijających się w szalonym tempie firmach projektujących i produkujących podzespoły do komputerów. Niemała też grupa polskich emigrantów nieźle funkcjonuje w przemyśle maszynowym, będąc często właścicielami dobrze prosperujących firm oraz w budownictwie i związanych z nim usługach. Trzeba też wspomnieć o Polakach z wykształceniem medycznym oraz o wysokiej klasie naukowcach z zakresu biologii i chemii, którzy w tym zakątku Kalifornii znaleźli zatrudnienie. Spora część polskich emigrantów próbuje już tutaj na miejscu zdobywać kwalifikacje. Dotyczy to w szczególności młodych, którzy bez językowych kompleksów wtapiają się w amerykańskie środowisko próbując zrealizować swoje marzenie – jak mówią bez ogródek – o wielkim bogactwie. Czy to się im udaje? Muszę powiedzieć, że odpowiedź w każdym konkretnym przypadku wydaje się o wiele bardziej skomplikowana niż marzenia, które towarzyszą ich wysiłkom.

W tym miejscu może zrodzić się całkiem uzasadnione pytanie: Co łączy to tak zróżnicowane środowisko? Odpowiedź nasuwa się w sposób spontaniczny: wiara i tradycja. Chciałbym jednak przestrzec przed powierzchownym potraktowaniem tego stwierdzenia.

Misja św. Brata Alberta

Pozwólcie zatem, drodzy Czytelnicy, że odwołam się do rzeczywistości mi bliskiej, a mianowicie do Misji św. Brata Alberta w San Jose, w Kalifornii, gdzie jestem duszpasterzem. Wspólnota ta ma swoją bogatą historię, a z procesem kształtowania się i tworzenia się Misji utożsamia się wielu nazywając często swoją parafię „domem”, „małą ojczyzną”. Jest to wynikiem tego, iż odnaleźli oni tutaj przestrzeń wyrażania swojej wiary i tego co jest dla nich najgłębsze i niezaspokojone na sposób dobrze im znany – można powiedzieć „swojski”.

Na co dzień żyjąc często w obcym dla siebie mentalnie środowisku, odnajdują w polskim kościele przestrzeń dla ekspresji swojej wiary w ich ojczystym języku. Stąd też wspólnota parafialna staje się dla nich symbolem tożsamości polonijnego środowiska. Wyraża się to przede wszystkim w uczestnictwie w liturgii sprawowanej w języku polskim oraz w zachowywaniu tradycji związanej z rokiem liturgicznym. Trzeba tutaj wspomnieć też o niezastąpionej roli polskiej szkoły i harcerstwa, które działa przy parafii oraz o imprezach kulturalnych gromadzących nierzadko sporą gromadę Polonusów, czy też o obchodach ważniejszych rocznic ojczyźnianych.

I rodzi się nowy człowiek...

Odczytując jednak właściwą rolę parafii w polonijnym środowisku i jednocześnie pragnąc formować dojrzałego człowieka wiary położyliśmy w naszej wspólnocie parafialnej akcent na tworzenie małych grup uważając, iż to właśnie one stwarzają odpowiedni kontekst dla osobistego przeżycia doświadczenia wiary. Dlatego też powstały pierwsze grupy modlitewne, które swoją formację rozpoczynały od 10 tygodniowego Seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Później przyszedł czas na ewangelizację parafii, a obecnie proponujemy wszystkim jako drogę formacji uczestnictwo w poszczególnych tygodniach ćwiczeń ignacjańskich. W ten oto sposób, gdzieś za oceanem, „rodzi się nowy człowiek”, który może i pragnie wziąć odpowiedzialność za lokalną wspólnotę kościoła.

Patrząc na naszą parafię dostrzegam w niej niezwykły potencjał ludzkich zdolności i obdarowania, który poddany Duchowi Świętemu pozwala nam wszystkim tworzyć wspólnotę czującą się Kościołem i czującą z Kościołem.

Na koniec wspomnę tylko, że 4 lata temu, bo w 1998 r. zakończyliśmy budowę naszego kościoła wraz z centrum kulturalnym. W tym roku obchodziliśmy 4 rocznicę jego konsekracji. Do naszej Misji zapisanych jest ponad 250 rodzin. Niewiele, a jednak wierzymy, że to z ziarnka gorczycy wyrasta krzew, w którego cieniu znajdują schronienie i swój dom zagubieni.

ks. Paweł Bandurski TChr
San Jose, Kalifornia

 


W drodze, zawsze w drodze....

Pytanie jednego z przyjaciół,  poruszające kwestię poczucia bezpieczeństwa i

stabilizacji jaką odczuwa się po latach pobytu w obcym kraju, zdopingowało mnie do przelania kilku słów refleksji na papier.

Emigracja, emigranci to temat rzeka. Postaram się przybliżyć to zjawisko na przykładzie Hiszpanii, gdzie żyję od kilkunastu lat. Trzeba zacząć od tego, że Hiszpania dla wielu z nas nie była krajem docelowym. Była przystankiem w drodze do Kanady, USA czy Australii. Polacy żyjący tutaj od kilkudziesięciu lat to zupełnie inny temat.  Jest ich tutaj garstka. Potem to ci z kilkunastoletnim, kilkuletnim stażem i przyjeżdżający dorywczo w celach czysto zarobkowych.

Początki, co nie jest niczym odkrywczym, były bardzo trudne. Brak znajomości języka, obyczajów, brak środków finansowych, pracy. Zamieszkanie pod jednym dachem z przypadkowymi ludźmi. Rozłąka z rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi i kochanymi ścieżkami w Polsce. Nie chcę, by to zabrzmiało zbyt dramatycznie, bo decyzja o wyjeździe jest indywidualną sprawą każdego z nas. Bardziej lub mniej przemyślaną, a nawet niejednokrotnie przypadkową. Wizyta u przyjaciół, chęć poznania innych stron, poszukiwanie wrażeń, lepszej przyszłości. Używam często określenia – „Palec Boży". To coś, co musiało zaistnieć przy naszym jednak minimalnym współudziale.

Zmiana otoczenia wpływa na człowieka niekoniecznie pozytywnie. Widać to szczególnie na przykładzie ludzi młodych, którzy opuszczając gniazdo rodzinne „gubią się”. Oddalają się z wielkim pośpiechem od przeszłości, od wszystkich wartości moralnych jakie wynieśli z domu rodzinnego. Zdarzają się też niestety rozbite rodziny. Po latach życia na obczyźnie, znając dobrze język, mając prace (najczęściej jednak nie związaną z wykształceniem) osiągamy pewną stabilizację, wyciszenie. Nowe przyjaźnie, które nie są już tymi samymi co w dzieciństwie, czy w okresu studenckiego. To się nigdy nie powtórzy. Pewności siebie dodaje uregulowany pobyt tzn.. Permiso de Trabajo y Residencia” (pozwolenie na pobyt i pracę), możliwość uzyskania kredytu, zakup mieszkanie itp. Wciąż w większości przypadków zadajemy sobie jednak pytanie: Czy tutaj pozostanę? Czy chcę tutaj żyć, wychować dzieci? Czy nie dopadnie mnie nostalgia? Do końca brak pewności. W dzisiejszych czasach bardzo trudno mówić o emigracji stałej, przynajmniej tak jest w Hiszpanii. Jesteśmy pielgrzymami. Uważam, że można sobie znaleźć właściwe miejsce w każdym środowisku. Trzeba tylko zawsze być wiernym sobie. To owocuje. W moim przypadku oparciem w trudnych chwilach była i jest najbliższa rodzina - maż i córka. Mając oparcie w bliskich i w Bogu, można iść do przodu i osiągnąć w życiu wiele.

Wracam do postawionego na wstępie pytania o poczucie bezpieczeństwa. Odpowiedź brzmi – odczuwam je... w pewnym stopniu. I nie jest tak, jak sadzą niektórzy rodacy w kraju, że jest mi lepiej, bo żyję w Hiszpanii. Jest inaczej. To tak samo jak w Polsce, Anglii czy każdym innym kraju. Życie. Ciągła walka, kłopoty i radości. Chyba tylko z większym poczuciem samotności.

Danuta Dworska, Hiszpania

 


Truskawkowa emigracja

Pierwsze wieści o wyjeździe kilku tysięcy Polek do Hiszpanii na zbieranie truskawek dotarły do mnie jako ciekawostka i muszę przyznać, że nie zadałem sobie pytania, czy ktoś zainteresował się posługa duszpasterską dla nich w języku polskim. Kilka dni później, na początku lutego, odebrałem telefon z siedziby Konferencji Episkopatu Hiszpanii, z sekcji ds. imigrantów, z prośbą o pomoc. Biskup Huelvy Ignacio Noguer Carmona szukał polskiego księdza na sezon truskawkowy, który zająłby się posługą dla Polek czasowo pracujących na terenie jego diecezji. Zadzwoniłem zatem do kurii biskupiej. Po rozmowie z wikariuszem generalnym umówiłem się na spotkanie. Po wstępnych ustaleniach z prowincjałem francuskim, któremu podlegają chrystusowcy pracujący w Hiszpanii, wyruszyłem w dość długą podróż. Jak się później okazało musiałem pokonać 660 km.

W czasie miłej i rzeczowej rozmowy z ks. biskupem, pomimo moich trudnościach z językiem hiszpańskim, ustaliliśmy, że w tym sezonie Towarzystwo Chrystusowe może pomóc, wysyłając kapłana na niedzielę, co dwa tygodnie.  Od przyszłego roku jeden chrystusowiec zostanie oddelegowany do tej posługi. Wraz z wikariuszem  biskupim odwiedziliśmy dwie zainteresowane parafie Palos de la Frontera i Moguer, gdzie napisałem ogłoszenia, a miejscowi proboszczowie zapewnili, że dostarczą je do wszystkich gospodarstw.  W ten sposób według wstępnych kalkulacji opieką miało być objętych ponad 3 tys. Polek. Otrzymałem też zapewnienie, że pracodawcy zorganizują dojazd na Msze święte. 

W Alcala de henares pod Madrytem, gdzie odprawiamy w niedzielę również Mszę świętą po hiszpańsku, mogłem wyruszyć dopiero o godzinie 10:30. Dlatego też Mszę w Palos zaplanowałem na godz. 18:00, a w Moguer na 20:00. Spodziewając się, że wyjazdy będą wymagały dużego wysiłku fizycznego zaproponowałem członkom Ruchu Apostolstwa Emigracyjnego, działającego przy naszej parafii w Alcala, by mnie wspomogli. Inicjatywa została przyjęta z radością i trzech parafian pojechało ze mną. Krzysztof, prezes koła RAE, ofiarował się poprowadzić samochód,  a Maria i Wiktoria zajęły się przygotowaniem i poprowadzeniem śpiewu.

17 lutego w I Niedzielę Wielkiego Postu wyruszyliśmy na tę – jak ją sobie nazwałem – wyprawę duszpasterską. Ponieważ udało nam się przyjechać nieco wcześniej, zwiedziliśmy klasztor w Rabida, gdzie Krzysztof Kolumb przygotowywał się do odkrywania nowej drogie do Indii i gdzie obecnie znajduje się muzeum.. W kościele klasztornym modliliśmy się u stóp Virgen do los Milagros (Matka Boża od Cudów) – jedynej figurze w Hiszpanii  koronowanej przez Jana Pawła II. W nowym kościele w Palos spotkaliśmy ok. 50 Polek i od początku nastąpił podział pracy. Ja spowiadałem, a członkowie RAE, po krótkiej próbie, odśpiewali Gorzkie Żale.

Ponieważ był to początek sezonu, więc nie udało się zorganizować Mszy św. w Moguer. Miejscowy proboszcz, który po ubiegłorocznym doświadczeniu bezradności wobec 500 naszych rodaczek był inicjatorem tej akcji duszpasterskiej, przyjął nas serdecznie. Dyskretnie poprosił też o to, żebym w ogłoszeniach zaapelował do przebywające tam Polek o ostrożność w relacjach z Marokańczykami, których wielu jest w okolicy. W kolejną niedzielę Polek było więcej, trochę ponad setka.  W Niedzielę Palmową kościół był pełen, grupa kobiet przyniosła dużą gałąź palmową ozdobioną białymi kwiatkami i oświadczyły, że te kwiatki to ich dobre uczynki. Tyle było kandydatek do spowiedzi, że musiałem zaniechać pouczeń by w dwie i pół godziny zdążyć wyspowiadać wszystkich i rozpocząć i tak opóźnioną Mszę świętą.

W Moguer w Niedzielę Palmową przyszło na polską Mszę ponad 50 kobiet z 1500 przebywających te tym terenie. Tłumaczono mi, że Msza św. jest zbyt późno, a gospodarze sami nie chodząc do kościoła, nie chcą przywozić pracowników. Dwie panie mówiły, że z powrotem muszą iść pieszo 9 km, nocą i częściowo przez las. W ich gospodarstwie pracuje ponad 100 kobiet, a przyszły tylko dwie.

Po uroczystej Wielkanocy w wypełnionym po brzegi kościele św. Jerzego w Palos, gdzie był z wizytą Ojciec Święty i gdzie odprawiałem w ornacie przez niego ofiarowanym, w Moguer znowu zimny prysznic. Spotkałem tam jedynie pięć czekających na Mszę kobiet. Pan kościelny zastanawiał się czy będę w ogóle dla nich sprawować Mszę. Po rozpoczęciu uroczystej Eucharystii doszło jeszcze kilkanaście osób.

W czasie  kolejnego wyjazdu postanowiliśmy spróbować słonej wody z Atlantyku. Na plaży, ze wszystkich stron, dobiegały rozmowy prowadzone w polskim języku przez dziesiątki naszych Rodaczek. Sam do siebie głośno powiedziałem: „Zamiast do kościoła, to idziemy na plażę”. Na odpowiedź nie musiałem długo czekać. Jedna piękna dziewczyna w towarzystwie śniadego Marokańczyka szybko odpowiedziała: „Nie po to przyjechałam do Hiszpanii, by chodzić do kościoła”. Wtedy opanował mnie smutek i zacząłem dokładnie liczyć ile z tych kilku tysięcy Polek było choć raz w kościele, ile pamiętało o swej godności, o zostawionych w Polsce bliskich... Obraz tych wspaniałych Polek, które spotkałem w kościele, które za każdym razem przystępowały do Komunii św., a w ciągu kilku ostatnich miesięcy nie raz się spowiadały, został delikatnie przysłonięty czarnym welonem – tak charakterystycznym dla kobiet w Andaluzji, gdzie na plantacjach truskawek przez cztery miesiące pracowało kilka tysięcy Polek.

Staraniem miejscowego biskupa, od wrześnie uda się chrystusowiec do pracy w diecezji, by w czasie przyszłorocznego sezonu nieść duszpasterską pomoc naszym Rodaczkom.

ks. Andrzej Glanc TChr
 
Alcala de Henares, Hiszpania

 


Las fresas – truskawki

Pierwsze dni po przyjeździe do Hiszpanii to były dni pełne ciekawości, bieganiny, werwy ale i zagubienia, i nerwów, że nie wiadomo co? gdzie? jak?... Czułyśmy się porzucone i pozostawione swojemu losowi gdzieś daleko od domu. Nikt się nami nie przejmował, a dla nas najprostsze rzeczy stały się problemem: codzienne zakupy, dojazdy do miasta, czy choćby uwagi pracodawcy podczas pracy. To wszystko, bez znajomości języka i osoby, która by nami pokierowała i coś wyjaśniła, stało się ciężkie do zniesienia. A krążące między nami opowieści o złych warunkach i złych pracodawcach potęgowały tylko uczucie strachu i niepewności o nasz dalszy los. Bo przecież każda z nas przyjechała tu kosztem wyrzeczeń całej rodziny i najgorsza w tej sytuacji byłaby utrata pracy. Czułyśmy tę presję cały czas, nawet gdy nie była wypowiadana formie gróźb.

Potem przyszły dni stabilizacji. Codzienna, ciężka praca, mimo bólu i przemijający dzień za dniem dały nam poczucie spełnienia. I powoli odsunął się strach przed jutrem, a zaczęło dominować uczucie tęsknoty za domem, za rodziną, za ojczyzną, bo przecież tu już wszystko znamy i wiemy co nas czeka jutro. O nie są to wakacje choć jest plaża, słońce, palmy, są pieniądze. To nie ma z kim dzielić się  ta radością, ani przed kim się wyżalić i ukoić ból. Dla niektórych z nas alkohol i obce ramiona są zapomnieniem a może ucieczką. Dla większości z nas to czas refleksji nad własnym życiem, nad tym co jest w nim najważniejsze, nad więzią, nad miłością, oddaniem i poświęceniem.

Trochę otuchy dają nam niedzielne kazania podczas polskiej Mszy, bo wiemy, że jest ktoś kto nas rozumie i kto wie jak tu naprawdę jest. I trwamy na obczyźnie czekając z nadzieją, że podołamy na „termino de fresa – zakończenie truskawek”.

Joanna Gonera, Wałbrzych


Polacy na Bukowinie

Ze Stanisławą Jakimowską wiceprezesem Związku Polaków w Rumunii rozmawia  Leszek Wątróbski

 Ilu Polaków żyje dziś w Rumunii?

Według naszych szacunków trochę ponad 6 tysięcy. Najwięcej na Bukowinie w północno-wschodniej Rumunii przy granicy z Ukrainą. Są też rodacy mieszkający w innych regionach kraju – np. w Bukareszcie, Konstancji, Jassach.

 Od jak dawna Polacy zamieszkują Rumunię?

Stosunki polsko-rumuńskie sięgają XIV i XV wieku. Dzisiejsza Bukowina stanowiąca część wielkiej Mołdawii zasiedlona została przez naszych rodaków dopiero w końcu XVIII wieku. Pierwszą miejscowość Kaczyka (rum. Cacica), założyli w roku 1791 górnicy soli z Bochni i Wieliczki, którzy na Bukowinie znaleźli nowe miejsca pracy w swoim zawodzie. W następnych latach, w okresie od 1835 do 1842 roku, przybyła na Bukowinę kolejna, znacznie jednak liczniejsza grupa naszych rodaków. Byli to górale czadeccy z pogranicza polsko – słowackiego, którzy założyli kolejne polskie wsie: Pleszę, Nowy Sołaniec oraz Pojanę Mikuli. W końcu zaś XIX wieku przybyła na Bukowinę grupa rolników z rzeszowskiego, z okolic Robczyc i Kolbuszowej i osiedli osiem km od Suczawy, we  wsi Bulaj.

 W roku 1939 przez Rumunię wiodły szlaki polskich uciekinierów...

Na terenie Rumunii przebywali od września 1939 roku liczni polscy emigranci polityczni uciekający przed Niemcami i Sowietami, uchodźcy wojskowi i cywilni. Przyjmuje się, że przez Rumunię przeszło wówczas ponad sto tysięcy polskich uciekinierów. Wielu z nich zatrzymało się w  Domu Polskim w Suczawie, w ich liczbie był gen. Józef Haller.

 Od kiedy można mówić o organizowaniu się Polaków w Rumunii?

Pierwsza organizacja polonijna w Rumunii powstała w Suczawie w roku 1903. Była to początkowo filia Towarzystwa Bratniej Pomocy i Czytelnia Polska z Czerniowiec, dziś na terenie Ukrainy. Pierwszego maja 2003 roku obchodzić będziemy jubileusz 100-lecia powstania naszej organizacji.

 Prawie jednocześnie z powstaniem Towarzystwa Bratniej Pomocy rozpoczęto też budowę Domu Polskiego w Suczawie...

Budowę Domu Polskiego, ze społecznych składek naszych członków, przy znaczącym wsparciu rodaków ze Lwowa i Krakowa, rozpoczęto w roku 1903, a ukończono cztery lata później. Dom Polski był następnie, z małymi przerwami, centrum życia polonijnego na całą Bukowinę. Tak było do roku 1950, kiedy to komuniści zdecydowali się na zlikwidowanie wszystkich organizacji mniejszości narodowych i nielegalne przejęcie ich majątku. W ten sam sposób zlikwidowane zostały wszystkie polonijne stowarzyszenia.

 Potem były długie lata dyktatury Ceausescu...

Aż do grudniowych wydarzeń 1989 roku, kiedy znienawidzony przez naród dyktator został  obalony. Wtedy też zaczęły ponownie odradzać się stowarzyszenia i organizacje mniejszości narodowych zamieszkujących Rumunię, a w ich liczbie także i polskie.

Na pierwszym zjeździe polonii rumuńskiej, który odbył się w roku 1990 w Bukareszcie powołano do życia Związek Polaków w Rumunii. Potem siedzibę naszego Związku przenieśliśmy do Suczawy, z uwagi na fakt, że na naszych terenach żyje dziś zdecydowana większość Polaków.

 Jak silny i liczny jest dziś Wasz Związek?

Związek Polaków w Rumunii zrzesza obecnie 16 stowarzyszeń, z których aż 12 działa na terenie Bukowiny. W marcu tego roku zmarł nagle prezes naszego Związku dr Jan P. Babiasz, poseł do parlamentu rumuńskiego, kierujący Związkiem od roku 1994.

 Jaki jest główny cel Waszego działania?

Myślę, że podobny do wielu innych organizacji polonijnych na całym świecie – tzn. troska o zachowanie tożsamości narodowej. Konsekwentnie realizujemy ten cel, stawiając zawsze na naukę  języka polskiego. W terenie, w odległych i zagubionych w lasach wioskach, dzieci rozmawiają najpierw po polsku. Rumuńskiego uczą się dopiero w przedszkolu. Ich polski to gwara regionu czadeckiego, której już w Czadcu dawno nie znają.

Od roku 1991 nauczamy w Rumunii języka polskiego. Robią to miejscowi nauczyciele, którzy ukończyli studia w Polsce oraz pedagodzy z kraju. Dzięki polsko - rumuńskim umowom ministerialnym, możemy też kształcić obecnie w Polsce naszych studentów. Jest ich dziś na uczelniach Rzeczpospolitej pięćdziesięciu. Studiują ekonomię, informatykę, nauczanie początkowe i filologię polską.

 Związek poświęca też wiele uwagi sprawom promocji kultury polskiej...

Nasza działalność kulturowa rozwija się prężnie. We wrześniu br. organizujemy, już po raz czwarty, Dni Kultury Polskiej. Tradycyjnie też jest to nasza największa impreza trwająca dwa, trzy dni, której towarzyszy zawsze konferencja naukowa podejmująca tematykę stosunków polsko - rumuńskich. W roku 1999 wiele uwagi poświęciliśmy np. 60 rocznicy napadu na Polskę. Obecnie, obok historyków, na nasze konferencje zapraszamy także etnografów, etnologów, językoznawców, kulturoznawców i socjologów. Są też imprezy towarzyszące, takie jak wystawy zdjęć, grafik, rzeźby czy wreszcie koncert zaproszonego z kraju zespołu folklorystycznego. Ostatnio naszym gościem był  Zespół Pieśni i Tańca Akademii Górniczo - Handlowej „Krakus” w Krakowie.

Uroczyście obchodzimy ponadto rocznice świąt narodowych. Cieszy nas wreszcie fakt, że coraz częściej zaglądają tu rodacy z kraju, a w ich liczbie dużo młodych, którzy stają się następnie ambasadorami Rumunii w Polsce. Tacy przyjaciele są nam w Polsce bardzo potrzebni, gdyż obraz naszego kraju przedstawiany w mediach polskich wciąż nie jest obiektywny. Przykro nam też, że ciągle jeszcze na polskich granicach spotykamy się z nieodpowiednim zachowaniem służb mundurowych. Wielu rodaków w kraju ciągle uporczywie kojarzy Rumunów z Cyganami...

 Wśród licznych Pani obowiązków jest jeszcze praca dziennikarska...

Nasz „Polonus”, którym kieruję od roku 1994, obchodził w roku ubiegłym jubileusz swego 10-lecia. Odpowiadam w nim m.in. za planowanie numerów, tłumaczenia z rumuńskiego na polski i odwrotnie oraz korektę.

Prasa w języku polskim na terenie dzisiejszej Rumunii ma długą tradycję, a jej początki sięgają końca XIX wieku, kiedy to na Bukowinie ukazywało się 28 gazet i czasopism. Najstarszym z nich była „Gazeta Polska” wydawana w Czerniowcach. Pierwszą zaś w języku polskim na terenie dzisiejszej Rumunii był ukazujący się w Bukareszcie od roku 1894 „Wiarus” poświęcony w całości sprawom polskim, mający na celu zjednoczenie sił oraz odbudowę jedności emigracji polskiej.

W okresie międzywojennym ukazywało się prawie 20 tytułów prasowych. Najważniejszym z nich był „Kurier Polski w Rumunii” – organ Związku Stowarzyszeń Polskich. Pismo to stało się organem Polaków żyjących w państwie rumuńskim, głównie zaś na Bukowinie.

Pierwszy numer naszego „Polonusa” ukazał się w listopadzie 1991 roku w Bukareszcie, a od sierpnia 1993 roku kolejne jego numery przygotowywane już były w Suczawie. Pismo nasze wydawane jest w języku polskim i rumuńskim, dzięki czemu staje się platformą lepszego poznawania  obu naszych narodowości.

Od marca 1995 roku „Polonus” ukazuje się w formacie A4, z kolorową okładką, w objętości 16-20 kolumn i nakładzie tysiąca egzemplarzy. Miesięcznik spełnia również ważną funkcję informacyjną poprzez relacjonowanie najważniejszych wydarzeń z życia Polonii rumuńskiej. Informuje też, od czasu do czasu, o życiu rodaków w innych krajach świata.

Jest też Pani prezesem Stowarzyszenia Polaków w Suczawie...

Nieprzerwanie od roku 1994. Suczawa, będąca dziś stolica rumuńskiej Bukowiny, wchodziła przez prawie 200 lat w skład cesarstwa austro - węgierskiego. Bukowina, podobnie jak Polska, wyzwolona została w roku 1918 stając się ważną prowincją królestwa rumuńskiego. Także dziś nasza Bukowina należy do najciekawszych części niepodległej republiki rumuńskiej. Ze względu na swoją specyfikę, a zamieszkuje ją obecnie 14 mniejszości narodowych, nazywana jest „Europą w miniaturze”, „Szwajcarią Wschodu” oraz „Małą Europą”. Dzisiejsza Bukowina, z tak dużą liczbą narodowości, może być dla wszystkich dobrym przykładem jednoczącej się Europy. Na Bukowinie nigdy też nie było żadnych konfliktów na tle narodowościowym czy religijnym... 

Wróćmy może jednak do Polonii na Bukowinie...

Bukowińska Polonia ma 4 Domy Polskie: w Suczawie, Kaczycy, Nowym Sołońcu i Paltinoasie. Jest tu też szkolnictwo polskie. W Nowym Sołońcu, gdzie 98% ludności to Polacy, działa szkoła im. H. Sienkiewicza, uroczyście otwarta w roku 1994 przez prezesa Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” prof. Andrzeja Stelmachowskiego – w towarzystwie ministrów oświaty obu naszych krajów. Dziś szkoła posiada dwa murowane budynki.

Mamy tu też kościoły katolickie, w których odprawiane są czasami nabożeństwa polskie. Wyjątek stanowi Pojana Mikuli, gdzie wszystkie nabożeństwa odprawiane są wyłącznie po polsku.

 Polacy na Bukowinie mają wreszcie swoje zespoły folklorystyczne: „Sołonczankę” w Nowym Sołońcu i „Małą Pojanę” w Pojanie Mikuli. Obie grupy popularyzują folklor górali czadeckich.  

Z folklorem z Bukowiny spotkać się także można w Polsce, dokąd w latach czterdziestych wyjechało wielu naszych rodaków...

W latach 1947-1948 miała miejsce repatriacja Polaków z Bukowiny. Według naszych ocen wyjechało wówczas do kraju około 45 tys. osób. Zdecydowana ich część zamieszkała na tzw. ziemiach zachodnich – głównie w zielonogórskim i na Dolnym Śląsku oraz w okolicach Piły. Tam, w pobliskim Jastrowiu, organizowany jest od 12 lat międzynarodowy festiwal „Bukowińskie spotkania”, na którym spotykają się Bukowińczycy z całego świata, Występują tam również nasze zespoły, także z Rumunii oraz USA, Australii, a nawet Brazylii, dokąd – nad Rio Negro, w końcu XIX wieku - wyjechało wielu naszych rodaków z Pojana Mikuli. 

Pani na wyjazd do Polski się jednak nie zdecydowała. Dlaczego?

Tu jestem potrzebna. Tu się urodziłam i wychowałam. Tu jest moja ojczyzna, choć do końca życia pozostanę Polką. Wychowałam się w rumuńskich wówczas Czerniowcach. W roku 1944, kiedy północna Bukowina weszła w skład socjalistycznej Ukrainy, wyjechaliśmy z rodzicami do Rumunii, aż pod granicę węgierską. Rodzice nie chcieli mieszkać w Kraju Rad. Dziś z perspektywy czasu wcale się im nie dziwię.

Potem skończyłam na uniwersytecie w Cluj filologię rumuńską i przez 32 lata uczyłam tego języka w liceum. Dziś jestem na emeryturze i nadal pracuję z młodymi. Widocznie tak właśnie miało już być.

 

Życzę więc wielu jeszcze pomysłów i sił do ich realizacji.

Dziękuję za rozmowę.


Polski tygodnik w Atenach

Kurier Ateński to niezależne pismo wydawane w języku polskim w Atenach, ukazujące się regularnie co tydzień. Gazeta powstała w 1988 roku, z myślą o wszystkich Polakach przebywających na terenie Grecji; tych którzy odwiedzają ten kraj na krótko, ale przede wszystkim o tych, którzy przybyli tu z myślą o dłuższym pobycie, czy też osiedleniu się na stałe. Jej zadaniem jest niezależne informowanie o wydarzeniach w Polsce, w Grecji i na świecie: o wszystkim, co jest tu dla nas ważne i potrzebne. Kurier Ateński chce swoim Czytelnikom ułatwić egzystencję na terenie Grecji, przybliżając ten kraj i pozwalając go lepiej zrozumieć, a równocześnie wszystkim stęsknionym rodakom nieustannie przybliżać Ojczyznę. Serwis agencyjny otrzymujemy z Polskiej Agencji Praswej.

Początkowo pismo miało objętość 32 stron w formacie A3. Jednak po trzęsieniu ziemi musieliśmy zmniejszyć ilość stron do 24. Nasze biuro zostało doszczętnie zniszczone i z trudem udało się nam pozbierać. Wciąż staramy się oferować szeroki zakres tematów: między innymi serwisy z Polski, Grecji i świata, wiadomości sportowe, ekonomiczne, strony poświęcone turystyce  i ciekawym miejscom w Grecji, wywiady z interesującymi osobami, reportaże z życia polonijnego, artykuły poświęcone przedstawicielom greckiej literatury czy sztuki, rozrywkę, programy telewizyjne i inne.

 Gazeta stanowi też swego rodzaju przewodnik po „polskich Atenach”. Na naszych łamach znajdziecie Państwo adresy i telefony polskich sklepów, firm turystycznych organizujących przejazdy z Grecji do Polski, lekarzy, gabinetów fryzjerskich, wypożyczalni kaset, dyskotek, czy osób oferujących różne usługi  - Polaków, czy też osób władających językiem polskim i współpracujących z naszymi rodakami. Wszystkie te ogłaszające się na naszych łamach osoby, to nasi wierni partnerzy, przyczyniający się nieustannie do istnienia gazety.

Pomocą i poparciem służy nam także strona grecka, urzędy państwowe, ministerstwa, dziennikarze i politycy - widząc w naszej pracy podstawy solidnego pomostu łączącego oba kraje i narody.

Nasze wydawnictwo INTERNATIONAL MEDIA NETWORK Ltd  wydało książkę Laureatki Nagrody Nobla ‘96, Wiesławy Szymborskiej KONIEC I POCZĄTEK, oczywiście w języku greckim. Kurierowi Ateńskiemu udzielili wywiadu min. prezydenci Rzeczpospolitej Polskiej i Republiki Greckiej oraz wiele innych osobistości z życia politycznego Grecji, Polski i Świata.

Kurier Ateński dostępny jest na terenie całej Grecji, także na wyspach, w sklepach oferujących prasę zagraniczną. To efekt naszej współpracy z Agencją Kolportażu Prasy Zagranicznej. W samych Atenach znajdziecie Państwo naszą gazetę także w sklepach polskich i punktach usługowych, współpracujących z Polakami, Prenumerata dociera w najbardziej odległe zakątki Grecji. Nasza gazeta towarzyszy także pasażerom Polskich Linii Lotniczych LOT.

     Andrzej Jenczelewski,
Ateny, Grecja


Pierwsza Komunia święta w Dyneburgu ...
i kilka wspomnień przy okazji                   
                                                               

W Dynaburgu dzieci uczą się przez cały rok katechizmu. Nauka zaczyna się pierwszego listopada, a kończy w maju. Praca przebiega w grupach według narodowaości, a więc są grupy polskia, łotewska i rosyjska. Niestety naród jest bardzo zrusyfikowany, a większa część rodzin, to rodziny mieszane. Sa to pozostałości czasów sowieckich. Język rosyjski zapanował także w wielu czysto polskich rodzinach... No ale wszystkie dzieci w dniu swojej Pierwszej Komunii Świetej są dobre, miłe i kochane...  

                12 maja odbyła się Pierwsza Komunia Święta polskiej grupy, liczące czterdzieścioro dzieci. Tego samego dnia przystepowały do Komuni dzieci z rosyjskojęzycznej grupy. Było ich ponad sto. Łotewska mniej więcej odpowiadała wielkością grupie polskiej. Ich uroczystość odbyła się 26 maja. Po dniu uroczystościach wszystkie dzieci uczestniczą w tradycyjnym „białym tygodniu”. W pierwszokomunijnych ubrankach w ciagu tygodnia codziennie wieczorem dzieci przychodzą do kościoła. Podczas Mszy św. przynoszą dary do ołtarza, czytają lekcje i wezwania w modlitwie wiernych. W tle śpiewa młodzieżowy chór i pięknie grają skrzypce. Potem na ganku kościoła obowiązkowa wspólna fotografia.

                Różna są rodziny i różne pierwszokomunijne przyjęcia. Zawsze jednak jest odświętny obiad, a co do alkoholu, to już zalezy od świadomości rodziców. W tym roku był chłopiec, który sam chodził na katechezę. W dzień Pierwszej Komunii św. też był sam, bo ani rodzice, ani nawet babcia nie przyszli na uroczystość do kościoła, i nikt nie wie jak tam było w domu...

                Przypominają mi się Pierwsze Komunie w czasach sowieckich... Właśnie w tym okresie do I Komunii przystępowała moja córeczka. Narodowość wtedy się nie liczyła. Dzieci były przygotowywane przez świeckie katechetki po kryjomu. Często katechetkę zastępowały po prostu mamy i babcie. Egzamin odbywał się przed ks. proboszczem, a dzieci przychodziły pojedynczo z matkami. W jednej grupie były wtedy dzieci polskie i łotewskie. Grupy rosyjskiej wcale nie było. Msza świ. Po łacinie, a kazanie ksiądz mówił w połowie po polsku, w połowie po łotewsku.

                Jak to zwykle bywa, człowiekowi przypomina się i jego własna Pierwsza Komunia święta. Otóż po wojnie mieszkałam z mamą w Toruniu.  Był rok 1946. Zielone Światki... soczysta wiosna w pełni, a nas było nie 40 czy 100 ale około 500. Niestey po kilku latach całą moją rodzinę repatriowano spowrotem na Łotwę, choć udowadnialiśmy wszędzie, że jesteśmy Polakami. Boże, jakie to były czasy... Tyle o Pierwszej Komunii Świętej. Teraz chciałabym napisać o naszym życiu powojennym, tutaj, na Łotwie.

                Po wojnie przyszły sowiety. Zabrano Dom Polski. Zlikwidowano Związek Polaków, ale ducha wiary i polskości nie zdołali zlikwidować. Otóż minęło jakieś trzy – cztery lata, a znaleźli się entuzjaści i zorganizowali jasełka. Jedną z głównych organizatorek była już nieżyjąca pani Anna Juchniewiczówna, osoba całym sercem oddana Bogu i polskości. To była znana całemu miastu katechetka w sowieckich czasach. Kilka pokoleń przygotowała do pierwszej spowiedzi i Komunii Świętej. Na jej pogrzebie w 1980 roku w jednym rzędzie stanęli staruszkowie, ludzie w średnim wieku, młodzież i dzieci. Wszyscy byli jej uczniami. Wszystkich uczyła prawd naszej wiary.

                A teraz o jasełkach. Każdego roku na długo przed Bożym Narodzeniem rozpoczynały się przygotowania. Przedstawienia odbywały się w domu któregoś z Polaków, zawsze w ostatnią niedzielę przed Gromniczną. Próby natomiast były raz w tygodniu, po sumie, każdego razu jednak w mieszkaniu kogo innego. Oczywiście był też św. Mikołaj z prezentami. Za cały sowiecki czas takich imprez udało się zorganizować 25. W swoim czasie ja też w nich uczestniczyłam, a potem moja córka, jako uczennica szkoły podstawowej. Było to jednak bardzo niebezpieczne.

 

Za takie imprezy można było łatwo wylądować na Syberii. I chociaż w każdej z tych imprez uczestniczyły dzieci szkolne, żadne dziecko nigdy nie zdradziło. Zapytane odpowiadał – nie wiem... Bóg chronił nas od biedy. Widoczne miłe Bogu były nasze sposoby wielbienia Go. W czasie przedstawienia zawsze ktoś ze starszych stał na czatach. W polskich domach polskie kolędy i inne polskie pieśni musieliśmy śpiewać przyciszonym głosem, ale śpiewaliśmy!!!   

Właściwie najwięcej nam pomógł w zachowaniu polskości Kościół. Tutaj nie trzeba był się ukrywać. Kolędy i polskie pieśni religijne, szczególnie maryjne, śpiewano całym sercem i pełnym głosem. Człowiek wychodził z kościoła pokrzepiony i gotowy trwać dalej w tej atmosferze ateizmu, która panowała dokoła. Wszystkie nabożeństwa odprawialiśmy na przemian po polsku i po łotewsku. Droga krzyżowa, Gorzkie Żale, majowe, czerwcowe i październikowe nabożeństwa. W kościele nikt nie dzielił ludzi podług narodowości.

Dziś w naszym kościele nic się nie zmieniło. Nadal nabożeństwa, a teraz i Msza odbywają się na przemian po polsku i po łotewsku. Doszła tylko cotygodniowa Msza św. po rosyjsku. Cóż, choć język rosyjski w kościele nie bardzo nam się podoba, jednak – jak mówi ks. proboszcz z Grzywy w Dyneburgu – w niebie języków nie będzie, tam będzie tylko język miłości. Staramy się więc przyjąć tę sytuację z miłością.

Ligia Sawka,
Dyneburg, Łotwa


Konieczność harmonizacji kultur

                Na emigracji jestem ponad 50 lat i większość mojego życia spędziłem wśród różnych grup etnicznych i ras, które tworzą piękną mozaikę kulturową i ubogacają kulturę przybranej Ojczyzny. Dlatego pozwolę sobie podzielić się moimi obserwacjami na temat kształtowania i zachowania kulturowego pochodzenia Polonii, które także w dużym stopniu dotyczy innych grup etnicznych.

                Zacznę od tego, że człowiek, który opuścił swoją Ojczyznę nie jest w stanie zaprzeć się swojego kulturowego pochodzenia, chociaż niejednokrotnie stwarza takie pozory. Dobrowolne wybieranie, czy przymusowe wypieranie się swojego pochodzenia, powoduje w człowieku pustkę duchową, której nie jest w stanie wypełnić przez przyswojenie sobie innej kultury lub osiągnięcia dostatecznych dóbr materialnych z czego ogół emigrantów nie zdaje sobie sprawy. Powodem takiego stanu są na ogół warunki materialne i okoliczności w jakich emigrant żyje, bez jego znacznego wpływu na ich istnienie.

                Skutkiem dobrowolnego czy przymusowego wyzbywania się swojego kulturowego pochodzenia emigrant gromadzi w sobie jedynie kompleksy, bez względu na pozycję, jaką sobie w tym kraju wypracował. W rezultacie emigrant wyzbyty z przeszłości, obniża swoją wartość w oczach ogółu obywateli kraju zamieszkania.

                Pozycja kulturowa emigrantów w Stanach Zjednoczonych kształtowała się w trojaki sposób, to znaczy pod wpływem prądów asymilacji, identyfikacji kulturowej oraz integracji, znanej także pod nazwą harmonizacji kultur. Pierwsza emigracja Polaków do USA (mowa o tej, po upadku niepodległości) odznaczała się przymusową asymilacją emigrantów. Wprawdzie nie było wtedy fizycznego terroru, ale dochodziło często do dyskryminacji emigrantów w miejscu pracy i do psychicznego nacisku na zmianę ich mentalności rodzimej, a przez to niszczenia świadomości kulturowego pochodzenia.

                Zakończenie tego powszechnego i tak bardzo niedemokratycznego traktowania emigrantów nastąpiło mniej więcej w pierwszych latach po II wojnie światowej. Przyczynił się do tego apel prezydenta Eisenhhowera, aby emigranci nie zaniedbywali swoich ojczystych języków, które tak bardzo okazały się potrzebne, gdy Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny.

                Ten, tak bardzo destrukcyjny okres asymilacji Polonia przetrwała dzięki swojemu patriotyzmowi i przywiązaniu do wiary przodków. Należy wyjaśnić, że idea asymilacji kultur różnie była rozumiana u ogółu obywateli w USA. Jedni propagowali tę ideę z poczuciem wynarodowienia obcokrajowców, a inni z przekonaniem, że jest to najlepszy pomysł na rozwiązanie problemu emigrantów, a nawet staje się to ich dobrodziejstwem. To dobrodziejstwo, jeden z Polaków nazwał wstrzyknięciem sadła pod skórę zdrowemu organizmowi.

                Pomimo zaistniałej sytuacji, jaka wytworzyła się pod wpływem prądu asymilacji, Polonia w swoich okręgach potrafiła wybierać reprezentantów do władz stanowych i na różne społeczno – polityczne stanowiska. W tym czasie Polonia wybudowała wiele kościołów, domów i szkół parafialnych. Chlubom do dzisiaj są Polskie Seminarium w Orchard Lake, kolegium w Cambrige Spring, muzeum w Chicago, Instytut naukowy w Nowym Jorku, katedry kultury polskiej na wieku uniwersytetach, prasa polonijna, ogólnokrajowe organizacje polonijne. Wszystko to stworzyło doskonałe fundamenty dla młodego pokolenia, urodzonego już w Stanach Zjednoczonych i nowoprzybyłych emigrantów.

                Mniej więcej z początkiem drugiej wojny światowej zaczyna krystalizować się idea integracji kulturowej i identyfikacji kulturowej. Identyfikacja kulturowa odznaczała się identyfikowaniem pochodzenia narodowego lub rasy, ale za podstawę nie brała harmonizowania kultury emigrantów z kulturą kraju osiedlenia. Ta idea nie przyjęła się wśród Polonii, natomiast miała duże zastosowanie w unifikacji na poziomie ras. Zidentyfikowanie narodowości czy ras nie dawało i nie daje oczekiwanego skutku. Wywoływało raczej nastroje radykalne, budziło nacjonalizmy. W przeciwieństwie do identyfikacji kulturowej, podstawą idei integracji kulturowej jest wkład własnej kultury do kultury kraju zamieszkania i ubogacenie własnej kultury, kulturą przybranej Ojczyzny. Jednak do tej pory integracja kulturowa nie jest w pełni zrozumiana przez ogół emigrantów. Wielu z nich wydaje się, że integracja kulturowa jest niczym innym, jak odmianą idei asymilacji.

                Jeżeli założymy, że idea asymilacji była niepisanym, oficjalnym kryterium stosowanym przez narodową większość w USA, to identyfikacja kulturowa i integracja kulturowa nie były i nie są odgórne, ale jest to raczej kulturowe samokształcenie się emigranta pod wpływem warunków w jakich żyje. Pomimo wielu zastrzeżeń do integracji kulturowej, emigranci często podświadomie przyjmują tę ideę, ponieważ zachowują swoją odrębność z korzyścią dla siebie, swojej starej Ojczyzny i z korzyścią dla Ojczyzny przybranej.

                Dzieląc się moimi obserwacjami z życia emigrantów, muszę przyznać, że  kulturowe ukształtowanie emigrantów w USA nieraz było bardzo trudne i nadal nie pozostaje łatwe. Ale trzeba stwierdzić, że nigdy nie było tragiczne! Nie ma oczywiście porównania z sytuacją, jaka spotkała miliony Polaków – więźniów sowieckich łagrów, Sybiraków, zesłańców, zakatowanych patriotów... To nie do wiary dla obywatela wolnego świata, który nigdy nie spotkał się z takim bestialstwem i okrucieństwem.

                Polacy na całym świecie winni wiedzieć, co się działo i co się dzieje z Polakami wywiezionymi do Rosji sowieckiej, a tak haniebnie przez dziesiątki lat przemilczanymi i zapomnianymi.

Jan P. Wampuszyc
Troy, Michigan, USA