Blogowisko

BLOGOWISKO to forma wypowiedzi na tematy, które nie mieszczą się w ramach innych działów tej strony. Postanowiłem skomentować swoją codzienność, czyli to jak widzę rzeczywistość, w której przyszło mi żyć. Serdecznie zapraszam do lektury.

Na skróty:
25 stycznia 2009
20 stycznia 2009
13 stycznia 2009
12 stycznia 2009
6 stycznia 2009
1 stycznia 2009
7, 9 grudnia 2007
5 - 8 października 2007
17 września - 2 października 2007
30 lipca - 21 sierpnia 2007
11 - 30 czerwca 2007
17 maja - 10 czerwca 2007
29 kwietnia - 12 maja 2007
18 kwietnia - 21 kwietnia 2007
18 marca - 8 kwietnia 2007
11 marca - 17 marca 2007
4 marca - 10 marca 2007
25 lutego - 3 marca 2007
18 - 24 lutego 2007
11 - 18 lutego 2007
4 - 10 lutego 2007


Kalendarz: 25 stycznia 2009

Pięć dni temu towarzysz Barack Hussein Obama został zaprzysiężony jako 44. prezydent USA. Szokujące jest zestawienie faktów: przysięgał kładąc rękę na Biblię, która jest Księgą Życia. Już dwa dni po tym udowodnił kilkoma deklaracjami i niejednym podpisem, że jest gorącym zwolennikiem aborcji, a więc formalnie jest przeciwko życiu. Śmiem twierdzić, że człowiek posiadający pełne władanie umysłem musi widzieć w tym wszystkim zasadniczą sprzeczność...

[do góry strony]

Kalendarz: 20 stycznia 2009

Byłem poza dostępem do jakichkolwiek środków masowego przekazu, gdy towarzysz Obama przejmował oficjalnie władzę nad największym żandarmem świata. Nie chciałem (bo już nie mogę) oglądać tego rozbuchanego zachwytu nad nowym władcą. Chciałbym natomiast (chociaż to niemożliwe) już dzisiaj posłuchać, co będą te same osoby mówiły za lat kilka...

[do góry strony]

Kalendarz: 13 stycznia 2009

Pan Palikot stał się gwiazdą polskich mediów. To jeden z najsmutniejszych dni dla takich mediów. Jaka gwiazda, takie media!

[do góry strony]

Kalendarz: 12 stycznia 2009

Od jakiegoś czasu, a dokładnie od referendum w sprawie Traktatu Europejskiego, zastanawiam się nad pojęciem demokracji. Czym jest demokracja, czyżby wyborem większości? Czym jest więc większość, skoro ta irlandzka powiedziała "NIE" i zostało to uznane za błąd? A może demokracja to taka przykrywka do dyktatury tych, którym dano władzę? Kto w demokratycznym świecie - tak przecież nazywa Europa sama siebie - może zakwestionować decyzje większości? Smutne to doświadczenie niby-demokracji. Na początku nie mogłem w to uwierzyć, a teraz nie mogę uwierzyć, że wszyscy tak spokojnie na to patrzą, jak nakazuje się Irlandii powtórzyć głosowanie, gdyż ostatnie było złe. Czy można wierzyć w Europę z tak wprowadzanym traktatem?!

[do góry strony]

Kalendarz: 6 stycznia 2009

Uroczystość Objawienia Pańskiego, czyli Epifania. Wspaniała to uroczystość, ale szkoda że tak zmasakrowana kulturowo. Przerażony jestem faktem zarzucenia prawdziwej nazwy tego Boskiego wydarzenia. Największy horror przeżywałem, gdy polscy posłowie debatowali nad ustanowieniem dnia wolnego 6 stycznia. Wszyscy (dokładnie wszyscy) nazywali ten dzień świętem "Trzech Króli". Nikt nie użył poprawnej, katechizmowej, liturgiczno-teologicznej nazwy. I jak współczesnym ateistom tłumaczyć tę kłopotliwą nazwę? Jak tłumaczyć wielkość tej uroczystości? Czyżby tylko tradycją? Czy poza polską tradycją mamy coś jeszcze w tym względzie do powiedzenia? Czy znamy inne - starsze tradycje?!

[do góry strony]

Kalendarz: 1 stycznia 2009

Zaczął się nowy rok, a właściwie bardziej skończył się stary. To był rok strasznie trudny. Rok nowości, wciąż jeszcze zmiany i rok wielu poważnych decyzji. Swobodnie nazywam go rokiem "najtrudniejszym w moim życiu", a jednocześnie coraz częściej mówię tez o nim: "najciekawszy rok w życiu". Z tymi dwoma odczuciami wchodzę w to, co nowe, co nie jest jeszcze nazwane, ale przez to jeszcze bardziej fascynujące i niezwykle wyczekiwane. Niech więc się zacznie... In nomine Domini...

[do góry strony]

Kalendarz: 7, 9 grudnia 2007

9 grudnia 2007
Po miesiącu od przyjazdu do Detroit, po spotkaniu z Kardynałem Rogerem Mahonny'm (29 listopada), nastał wreszcie dzień publicznego przejęcia funkcji proboszcza w Parafii Matki Boskiej Jasnogórskiej w Los Angeles. W języku liturgicznym akt ten nazywamy instalacją. W tradycji tej diecezji jest to, że instalacji tej dokonuje lokalny biskup. Wraz z bpem Edwardem Clarkiem ustaliliśmy, iż właśnie druga niedziela Adwentu będzie dniem mojej instalacji.

Na Mszy św. o godz. 12.00 w wypełnionym po brzegi kościele rozpoczęła się liturgia niedzielna pod przewodnictwem ks. Bpa, a w jej trakcie miał miejsce właśnie akt publicznego wprowadzenia proboszcza w posługę tej wspólnocie. Ponieważ przeżywałem takie wydarzenie pierwszy raz w życiu, nie muszę tłumaczyć, że było to dla mnie trudne, a zarazem piękne doświadczenie. Z jednej strony jak zawsze bałem się jakiejś wpadki językowej, a z drugiej - jakiejś gafy organizacyjnej. Na szczęście kapelan bpa - dk. Palmer, jak i sam Bp, to ludzie, którzy z ogromnym spokojem potrafili "przeprowadzić" tę ceremonię. Tak, że w zasadzie ja spokojnie mogłem być jej uczestnikiem.

Sama liturgia i aktywny udział wiernych to prawdziwe duchowe wydarzenie. Życzliwość, z jaką spotykam się tutaj od samego początku, jest dla mnie niezwykle cennym doświadczeniem. Zdaję sobie sprawę, że nie było i nie jest łatwą sprawą dla parafian przeżycie tak szybkiej, nagłej zmiany swojego duszpasterza. Niemniej parafianie zdali moim zdaniem piękny egzamin dojrzałości w tym czasie. Dzień instalacji proboszcza był najlepszym tego dowodem.

Dodatkowym atutem uroczystości był także fakt, że przybyło na nią dwóch niezwykle odważnych ludzi z samego Detroit. Ci wspaniali dwaj młodzi ludzie - Wojciech i Andrzej - sprawili mi nie tylko wielką niespodziankę, ale i absolutną radość. Trzeba mieć w sobie wiele energii i odwagi, aby wsiąść w samolot i przylecieć kilka tysięcy mil tylko po to, by uczestniczyć w instalacji proboszcza, który był jeszcze niedawno ich wikarym. Pomijam już względy finansowe takiej wyprawy. No cóż - tak się mierzy ostatecznie siłę przyjaźni. Jestem im za to ogromnie wdzięczny. Moją wdzięcznością chciałbym ogarnąć każdego parafianina w Los Angeles, który postanowił uczestniczyć w tym wydarzeniu parafialnym. To duży znak zaufania i życzliwości, który - jak mam nadzieję - zaprocentuje w naszym wspólnym życiu i współpracy dla dobra całej wspólnoty parafialnej. Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć z uroczystości: zdjęcie nr 1, nr 2, nr 3, nr 4.

7 grudnia 2007
W Konsulacie Rzeczpospolitej w Los Angeles odbył się tego dnia opłatek dla pracowników konsulatu. To niezwykle piękny gest Pani Konsul, że zechciała ze swoimi pracownikami spotakać się na takim uroczystym przyjęciu i że zechciała na to spotkanie zaprosić także proboszcza miejscowej parafii polonijnej. Dla mnie było to niezwykle miłym gestem i zarazem dowodem na pozytywne relacje, jakie łączą te dwie placówki.
Zapraszam do obejrzenia zdjęć: nr 1, nr 2, nr 3.

[do góry strony]

Kalendarz: 5 - 8 października 2007

Podróż przez Amerykę
Po raz drugi w życiu przejechałem Stany Zjecnoczone samochodem. Może brzmi to zbyt ambitnie, ale nie jest zbyt dalekie od prawdy. Cztery lata temu, gdy przenosiłem się z Los Angeles do Detroit, jechałem niemal tydzień z ks. Sebastianem Sosnowskim. To była podróż w nieznane, gdyż po roku mieszkania w Ameryce nie wiedziałem o niej prawie nic. Nie wiedziałem także, że jadąc byliśmy tak blisko cudownych miejsc, z których nie umieliśmy, a może nie chciało się nam korzystać. Wtedy jedynym atrakcyjnym punktem podrózy wydało nam się Denver, w którym spędziliśmy prawie dwa dni. Teraz było zupełnie inaczej.

Mój wspaniały przyjaciel, Wojtek, dzięki przewspaniałej żonie, mógł poświęcić swój czas i wybrać się w podróż w przeciwnym kierunku. Wyruszyłem 5 listopada z Detroit, a Wojtek dołączył do mnie w Chicago. Podróż trwała cztery dni, ale była zupełnie inna niż ta sprzed 4 lat. Postanowiliśmy z premedytacją wykorzystać maksymalną ilość piękna, które mijaliśmy. Najważniejsze wydawało się nam "zaliczenie" dwóch parków narodowych w Utah. To prawie na końcu świata, więc może nie trafić się następna taka okazja. Po morderczej podróży przez bezkresne równiny Nebraski i karkołomne góry Colorado, dotarliśmy do parku "Arches". Gdy przyjechaliśmy nocą do motelu "6", nie zdawaliśmy sobie sprawy, że rano obudzimy się w sercu kanionu pomiędzy ogromnymi skalnymi ścianami. Byliśmy zupełnie zaskoczeni tym, gdzie dotarliśmy. Ten księżycowy krajobraz tak przytłacza, że człowiek czuje się niezwykle malutki i pokornieje niemal odruchowo. Wjechaliśmy do Parku i po amerykańsku przejechaliśmy samochodem wszystkie atrakcje. Na szczęście była też jedna atrakcja, dla której musieliśmy poddać się dłuższemu spacerowi. Kto chodził po górach w Polsce, jak choćby Wojtek, to zapewne wie, że ten spacer był śmiechu warty.

Po wyjeździe z parku "Arches" po całym dniu jazdy, dotarliśmy w pobliże kolejnego parku - "Zion". Po następnej nocy w motelu "6" wyruszyliśmy rano w nieznane, które okazało się cudownym nieznanym. "Zion Park" to chyba najpiękniejsze miejsce, jakie widziałem w USA. Kanion pomiędzy przepięknymi, kolorowymi i kształtnymi skalnymi blokami jest tak malowniczy i uroczy, że mówiąc po ludzku, nie można sobie wprost wyobrazić jego piękna, zwłaszcza jesienią. To trzeba zobaczyć. Na zdjęciach próbowaliśmy zatrzymać choćby fragment tego piękna. Popatrzcie sami pod tekstem.

Do Los Angles - mojego nowego miejsca przeznaczenia - dotarliśmy w czwartkowy wieczór. Mam nadzieje, że nie będę musiał teraz pakować się i wędrować w podobny sposób. Mam nadzieje, że przełożeni pozwolą mi wreszcie trochę gdzieś dłużej spokojniej popracować. Tak więc - zaczyna się nowe.

Zdjęcia z podróży po Ameryce: zdjęcie nr 1, nr 2, nr 3, nr 4, nr 5, nr 6, nr 7, nr 8, nr 9.

[do góry strony]

Kalendarz: 17 września - 2 października 2007

17 września 2007 - wybór władz
To szczególny dzień dla Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej - dzień wyborów. Nowym Przełożonym Generalnym został mój proboszcz. To jeden z najszczęśliwszych dni, jakie doświadczyłem w życiu zakonnym. Śmiało mogę powiedzieć, że to szansa na prawdziwy rozwój naszej wspólnoty. Wierzę głęboko, że nadchodzą najlepsze dni dla wspólnoty, chociaż to wcale nie znaczy, że łatwe.

26-27 września - Chicago
Po raz kolejny odwiedziłem Chicago. Tym razem - po raz pierwszy - odkryłem piękno tego miasta. Zobaczyłem w nim to, czego nigdy dotąd nie udało mi się w nim dostrzec. Dzięki ks. Mateuszowi - mojemu współbratu - mogłem pochodzić po centrum i zobaczyć, że Chicago ma swój styl, ma swoją klasę. To jest coś niezwykle pozytywnego. W Hamtramcku nie wychodzę nawet na spacer, gdyż nie jest to bezpieczne. Tam mogłem swobodnie pochodzić po samym centrum i poczułem się przez chwilę, jak w Europie. Cieszę się, że miałem szansę na tę chwilę. Na zdjęciach zobaczcie, jak może być ciekawie nawet w Ameryce: zdjęcie nr 1, nr 2, nr 3, nr 4, nr 5, nr 6.

1-4 października - Minnesota, Dakota Południowa
Od dawna planowaliśmy z moim przyjacielem - ks. Waldkiem - tę wyprawę. Chcieliśmy dojechać tam, gdzie niewielu dojeżdża. Chcieliśmy dotrzeć do miejsc, które są oddalone od wielkich miast i lotnisk. Najpierw moja podróż do Minneapolis (miasta pracy kolegi), a prosto z lotniska 10 godzin jazdy samochodem niemal na granicę stanu Dakota Południowa i Wyoming. To podróż przez bezdroża prerii, kiedyś zamieszkałej przez Siuksów, a teraz przez nieliczne stada krów. Nasz plan obejmował zwiedzenie Parku Narodowego Badlands i dwóch narodowych pomników: słynnego Mt. Rushmore i Crazy Hors. Mt. Rushmore znany jest wielu, gdyż jest to wykuty w skale pomnik 4 prezydentów USA. Można wiele pisać o tym, co zobaczyliśmy, ale lepiej sami popatrzcie na zdjęcia, one mówią najwięcej: zdjęcie nr 1, nr 2, nr 3, nr 4, nr 5.

2 października - naszedł nowy czas
Ten dzień będe wspominał bardzo długo. Ks. Prowincjał "złapał" mnie w jakiś cudowny sposób na bezdrożach Dakoty Południowej, aby zapytać, czy nie chciałbym zostać proboszczem w Los Angeles. Odpowiedź była niemal natychmiastowa: "tak". Cztery lata temu, gdy wyjeżdżałem z LA do Michigan nie przypuszczałem, że tak szybko tam wrócę, i to jeszcze jako proboszcz. Zdaję sobie sprawę, jak ogromne jest to wyzwanie, ale z wielką radością chcę je podjąć. Po tej decyzji świat zawirował. I wiruje do dzisiaj.

[do góry strony]

Kalendarz: 30 lipca - 21 sierpnia 2007

Urlop
O urlopie trudno się pisze, zwłaszca po jego zakończeniu. Plany były wielkie i wszystkie zostały zrealizowane. Wraz z trzema innymi "podróżnikami" chcieliśmy przejechać Europę. Założeniem było pokazanie ludziom, którzy mieszkają od lat w Ameryce, że istnieje piękna Europa. Był z nami też Mateusz, który mieszka w Polsce, więc towarzystwo mieszane. Dla mnie była to pożegnalna tego typu wyprawa. Postanowiłem na kilka lat pożegnać się z Europą Zachodnią. Mam już na jakiś czas dosyć Paryża, Rzymu i kilku innych wielkich miast Europy. Poza tym dla człowieka mieszkającego w Ameryce, a zwłaszcza zakonnika, nie ma żadnych perspektyw finansowych na takie podróże. Do tej pory mogłem sobie na nie pozwolić, bo brałem ze sobą ludzi odważnych, którzy wraz ze mną zrzucali się na wędrowanie i stać nas było na najtańsze motele i posiłki, aby zobaczyć jak najwięcej. Teraz już powiedziałem sobie: dosyć, koniec. Nie będzie już takich wyjazdów. Nie może być tak, że wracam z wakacji i wymagam reanimacji fizycznej, duchowej i finansowej. Od następnego roku będę patrzył w innym kierunku. Moim marzeniem jest powrót na szlaki już częściowo przetarte przed laty. Chodzi o Wschód. Jeśli wiatry odnowy będą sprzyjały to za rok pojadę tam, gdzie można przeżyć dobę za 5-10 dolarów i być szczęśliwym. Jak się uda, to opowiem wam kiedyś więcej.

Natomiast z ubiegłych już wakacji chciałbym powiedzieć o kilku nowych, a w zasadzie i starych zachwytach. Pierwszy zachwyt dotyczy tego, co małe i piękne. Europa prowincjonalna jest dla mnie chyba najbardziej urokliwa. Kilka miasteczek pochowanych gdzieś w górach i przy wielkich turystycznych szlakach zrobiło na mnie największe wrażenie. Najpiękniejszymi punktami tegorocznych wakacji były dla mnie: Soluthurn, Kirchbichl, Mariastein, Ciche. Urok prowincji w najlepszym europejskim wydaniu.

Poza tym znowu pobłogosławiłem kolejne małżeństwa przyjaciół i to sprawia mi radość w najwyższym wydaniu. Niezwykle piękne jest oglądanie i słuchanie przysięg małżeńskich ludzi, których zna się od lat i teraz widać jak bardzo pięknie dojrzeli do małżeństwa i rodziny.

28 sierpnia - Chicago
To dzień mojego powrotu z Chicago. Nie chcę pisać o mieście i o Parafii, którą my chrystusowcy tam prowadzimy. Gdy wyjeżdżałem z Chicago, po miłym dwudniowym spotkaniu z moimi przyjaciółmi i współbraćmi, na terenie Chicago włączyłem (jak to zawsze czynię) jedną z polskich rogłośni radiowych. Dopiero teraz jednak dotarła do mnie strasznie bolesna prawda, której wcześniej nie zauważałem. Otóż zawsze narzekałem na bardzo niski poziom polonijnych mediów w Detroit (oczywiście nie wszyskich, ale zdecyowanej większości), tymczasem okazało się, że to jest chyba choroba mediów polonijnych w całej Ameryce. Jeśli bowiem Chicago, największe skupisko Polonii w Ameryce, nie stać na rzetelne, profesjonalne media, to czego można wymagać od takiego miasta jak Detroit? To, co usłyszałem w jednej, a potem w kolejnej rozgłośni (musiałem przełączyć, bo nie wytrzymałem), było dla mnie przerażające. Najpierw straszne reklamy, które zaśmiecają i odstraszają od słuchania czegokolwiek. Nie jestem przeciwnikiem reklam, bo rozumiem, że radia muszą z czegoś żyć, ale reklamę można też zrobić na jako takim poziomie. Potem jedna audycja za drugą to całkowita porażka intelektualna, słuchowa i duchowa. Jeżeli występuje człowiek, który jest przedstawiany przez prowadzącego jako najlepszy znawca kina w redakcji i bredzi o filmie, bo inaczej tego nie można nazwać, to nie wiem, co o tym myśleć. Prowadzący puszczając każdą niemal piosenkę mówi tekst w stylu: "Posłuchajmy jednej z najlepszych piosenek Republiki/Martyny Jakubowicz/Dżemu", po czym puszcza jakąś podrzędną piosenkę, to zupełnie nie pojmuję po co w ogóle mówi cokolwiek.

Moja teza, czy bardziej może wniosek jest następujący: albo oni zakładają, że mówią do ludzi upośledzonych intelektualnie, albo sami są upośledzeni intelektualnie. Tego się nie da słuchać!!!

W naszym lokalnym pisemku "Polish weekly" ktoś drukuje mój artykuł krytyczny na temat filmiku "Our polish story". W następnym tygodniu jakiś nawiedzony polonijny amerykanofil pisze list, który pośrednio odnosi się do mojego artykułu, a przede wszystkim atakuje prymitywnie autora, czyli mnie dlatego, że mam odmienne zdanie od nadawcy listu. Piszę na to natychmiast odpowiedź, której już pisemko jednak nie drukuje. Gdzie jest rzetelność dziennikarska, gdzie szansa na sprostowanie, wytłumaczenie, na dokończenie dialogu, zwłaszcza, że był on bardzo personalny nie z mojej winy? Postanowiłem, że już więcej nie pozwole wydrukować czegokolwiek w mediach na tym poziomie. Może tutaj w USA jest przyjęty ten poziom za normalny, ale ja pozostaje przy swojej tezie wygłoszonej kilka zdań wcześniej i jestem zniesmaczony w najwyższym tego słowa znaczeniu!!!

[do góry strony]

Kalendarz: 11 - 30 czerwca 2007

16 czerwca - premiera filmu "Our polish story"
Celowo czekałem z napisaniem poniższego tekstu. Czekałem przede wszystkim, aby opadły emocje, które towarzyszyły mi przy oglądaniu tego filmu. Założenie całej serii, mówiącej o poszczególnych grupach etnicznych zamieszkujących Detroit jest genialne, ale niestety na założeniu cała genialność się kończy. Wiem, że wielu próbuje bronić tego filmu, ale śmiem twierdzić, że chyba za bardzo są przesiąknięci Ameryką i za mało rozumieją problem.

A problem podstawowy tkwi w prawdzie. Jedyną bowiem prawdą, jaką przekazał ten film była prawda o nas, Polakach, niezmienna od pokoleń tutaj w Ameryce. To prawda o tym, że jesteśmy zacofani, biedni i pełni kompleksów i lęków. Ten film jest typowym utrwalaczem stereotypów. Próbowałem go oglądać nie jak Polak, ale jak Amerykanin, który nigdy w Polsce nie był. To było trudne przedsięwzięcie, ale chyba najsłuszniejsze. Przecież obraz ten stworzono dla typowych Amerykanów, a więc takich, którzy świata poza Ameryką nie znają. Film był w całości po angielsku, a niestety (o zgrozo!) nawet pięknie po polsku mówiący Polacy popisywali się w nim słabą angielszczyzną (strasznie to smutne!!!). A oto co zobaczyłem w tym filmie jako "Amerykanin":

Dziwny i strasznie smutny to naród ci Polacy - cudownie, że Ameryka jest dla nich taka dobra i wspaniała. Dobrze, że nie znosi im wiz, a nawet kończy loterię wizową, bo jeszcze wszyscy gotowi tutaj przyjechać. A tutaj będą mieli wszystko, będą mogli wszystko kupić, wszyscy się dorobią, staną się sławnymi twórcami kultury, handlowcami, biznesmenami i szanowanymi obywatelami. Ale zanim będą mogli pokazać się w filmie, będą musieli słono zapłacić, bo przecież tutaj nic się nie robi dla idei. Jedyną ideą jest robienie kasy i ten komercyjny film doskonale także i to pokazał. Żałosny to obraz pączkowo-pierogowy, zupełnie nie przystający do współczesnej Polski. Może jednak to i dobrze, bo jeśli pokazałby prawdę, to wielu Polaków za szybko by wróciło do swego kraju i kto wtedy zająłby miejsca sprzątaczek i służących w wielkich willach, w fabrykach i sklepach, gdzie ludzie z solidnym wykształceniem nocami woskują podłogi, gdy konsumenci - zawsze głodni nowego towaru - słodką śpią. Kto chciałby pracować za kilka dolarów bez ubezpieczenia, jakichkolwiek gwarancji socjalnych i emerytalnych... Trzeba więc utrwalać stereotyp raju na ziemi tutaj i tragicznej nędzy i zacofania tam.

Tak właśnie widziałbym ten film oczami Amerykanina. A co widzę oczami Polaka? Przede wszystkim widzę, że ten film nie mówi o moim narodzie i mojej ojczyźnie. Nie mówi o takiej Polsce, jaką znam i kocham, i dlatego jest mi strasznie przykro. Żałuję, że straciłem godzinę cennego czasu na obejrzenie tego filmu, bo przecież mogłem w tym czasie poczytać sobie Mrożka, Gombrowicza, Mickiewicza, Stasiuka albo nawet Pilcha, ale oni i tak są tutaj nieznani. Nie wymyślili komputera, nie zarobili 10 milionów w tydzień, ani nie zaprojektowali najpiękniejszego modelu samochodu. Mimo wszystko wolę ich, niż taką płyciznę.

PS: Jeśli ktoś chce coś sensowniejszego zobaczyć z Wierzynka, proponuję stronę internetową: www.wierzynek.com.pl.

25 czerwca - Król Arabii Saudyjskiej w Polsce
Tak się dziwnie złożyło, że dzień przed wizytą króla Arabii Saudyjskiej w Polsce wszedłem na stronę internetową o tym przepięknym kraju. Pośród wielu dziwnych praw - jakby zupełnie z kosmosu - znalazłem dwa, o których muszę tutaj napisać zwłaszcza w kontekście tej niezwykłej wizyty.

1. "Homoseksualizm uznawany jest w Arabii Saudyjskiej za podlegającą surowej karze zbrodnię".
Pytam więc w tym kontekście: gdzie jest Pan Biedroń - obrońca uciśnionych w Polsce homoseksualistów? Gdzie są marsze równości i parady? Jak mogą znieść obecność takiego tyrana gejów i lesbijek na polskiej ziemi? A może to jest tak, że kasą można zmazać brak demokracji, zamordyzm i odrzucenie wszystkich cywilizowanych praw. To świetna rada dla rządzących w Polsce i we wszystkich krajach demokratycznych. Dajcie ludziom kasę i wprowadźcie tyranię. Oni się na wszystko zgodzą, jak zrobicie kilka kosztownych operacji, spektakularnych darowizn i prezentów. Bo tu nikomu nie chodzi o idee, a jedynie o forsę. Aż dziwne, że nikt tego tematu w mediach nie podchwycił. Gazety i telewizje rozpisują się całymi dniami o jakimś jednym słowie polityka dyskryminującym gejów, a nie potrafią jednej notatki napisać o prawach obywateli w Arabii Saudyjskiej. Kasa monarchy przyćmiewa wszystko.

2. "W Arabii Saudyjskiej w restauracjach, parkach, bankach, szkołach i innych instytucjach publicznych obowiązuje podział według płci, tzn. oddzielne pomieszczenia dostępne są dla mężczyzn oraz rodzin i kobiet".
Gdzie jest krzykliwa Pani Środa, Pani Senyszyn i inne pokrzykujące Panie, które w każdym słowie dopatrują się podziału i nierównego traktowania kobiet i mężczyzn? Gdzie się podziały wszystkie organizacje feministyczne, walczące o słuszne prawa dla uciskanych i ciemiężonych w Polsce kobiet? A może wszystkie pobiegły do Pałacu Prezydenckiego na wręczenie Orderu Orła Białego dla wspaniałego monarchy. Ależ nie, one zapewne siedząc przed telewizorem spijają z jego ust słowa zapewnienia, że przecież on już zaplanował kolejne operacje dla okaleczonych przez los dzieci. To kolejna rada dla rządzących - finansujcie spektakularne operacje, których żadne ubezpieczenie nie jest w stanie pokryć. Wtedy nikt nie będzie mówił o jakiejś tam równości i prawach. Oddamy wszystkie prawa, jeśli wzrośnie nasz eksport, a przez to będziemy bogatsi. To się nazywa prawdziwa PARANOJA.

Ja już nie piszę o tym, że posiadanie Biblii i przyznawanie się do chrześcijaństwa może być w Arabii Saudyjskiej i wielu krajach arabskich karane nawet śmiercią, bo zaraz ktoś powie, że mają do tego święte prawo. Zresztą, nie miałem ochoty i chęci przedstawiać wszystkich praw w Arabii Saudyjskiej, które przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Proszę o reszcie poczytać na podstronie serwisu www.travel4u.pl.

I błagam o jedno - nie zachwycajmy się zbyt szybko jakimkolwiek monarchą rządzącym dzisiejszym światem. Były pokolenia, które kochały rewolucjonistów i tacy, którzy ich mordowali; znamy też i takich, którzy Stalina uważali za słońce narodów (niektórzy z nich nawet nobla dostawali), a teraz nawet się wstydzić za to nie potrafią. Bądźmy więc ostrożni w zachwytach.

[do góry strony]

Kalendarz: 17 maja - 10 czerwca 2007

17-30 maja 2007 - pobyt w Ojczyźnie
To już drugi raz w tym roku. Jak zwykle pobyt w Polsce to ogromna radość i piękne doświadczenie. Ojczyzna za każdym razem mnie zaskakuje i zachwyca zmianami i nowoczesnością, zwłaszcza w kontekście tego co widzę w Ameryce. Wyjazd był w zasadzie "służbowy". Nie jechałem na wypoczynek, ale na uroczystości, których - chcąc nie chcąc - po części byłem "aktorem". Najpierw błogosławiłem związek małżeński moich przyjaciół w Poznaniu. Kubusia poznałem, gdy miał chyba 14 albo 15 lat, a Zocha wkroczyła (z impetem) do naszej grupy młodzieżwej może rok albo dwa później. Wspólne wyjazdy i działanie w Parafii niewątpliwie były przyczynkiem do ich wzajemnego poznania, miłości, a teraz małżeństwa. Miło jest oglądać takie konkretne owoce duszpasterstwa (zdjęcie nr 1 i nr 2).

Kolejne niezwykle ważne wydarzenie tego wyjazdu to święcenia kapłańskie w naszym Zgromadzeniu. Abp poznański wyświęcił 22 maja dziewięciu chrystusowców. Pośród nich był także Marcin Sęk - mój przyjaciel i duchowe dziecko. Poznaliśmy się na początku mojego kapłaństwa, gdy stawiałem pierwsze kroki w Parafii św. Katarzyny w Goleniowie, a Marcin był w klasie maturalnej i od stycznia zaczął brać czynny udział w grupie młodzieżowej. Teraz jest kapłanem. To niezwykłe, gdy w jakiś sposób towarzyszy się młodemu człowiekowi na drodze jego dojrzewania najpierw do decyzji bycia kapłanem, a potem, gdy staje się to faktem. Ks. Marcin poprosił mnie, abym wygłosił kazanie prymicyjne w jego rodzinnej parafii. To było dla mnie wielkie wyróżnienie i ogromne zobowiązanie. Zanim jednak doszło do prymicji, przeżyłem jeszcze jedno wzruszające wydarznie. Wraz z całą grupą nowo wyświęconych kapłanów pojechałem do Częstochowy i na ich wspólnej Mszy Prymicyjnej na Jasnej Górze wygłosiłem kazanie w kaplicy Jasnogórskiej. Pierwszy raz w taki głęboki sposób przeżyłem Mszę św. na Jasnej Górze. To wielkie doświadczenie (zdjęcie z Jasnej Góry).

Będąc tak blisko południowej granicy nie mogłem nie skorzystać z okazji i nie pojechać do moich wspaniałych przyjaciół Czechów. Wraz z ks. Sylwestrem (też neoprezbiterem) po Mszy na Jasnej Górze, pojechaliśmy na obiad do Koprevnic, aby spotkać Daniela, Janę, Barborkę i Aneżkę. Znamy się od czasów mojej posługi w Kolonii, gdzie cała rodzina (jeszcze wtedy trzyosobowa) uczęszczała na msze polskie. Wiele nas wtedy połączyło. Od tej pory poznałem trochę języka, kultury i nabrałem ogromnego szacunku do naszych południowych sąsiadów.

9 czerwca - zakończenie roku szkolnego i katechetycznego
Lubię te uroczystości, nie dlatego, że to koniec pracy i początek odpoczynku na kilka miesięcy. Lubię je dlatego, że to dzień, w którym możemy zobaczyć wszystkich młodych ludzi, z którym pracujemy w jednym miejscu - na Mszy św. Cieszymy się bardzo, że w tej Parafii potrafiła się zebrać tak duża grupa dzieci i młodzieży, ale nie zapominajmy o ogromnej zasłudze rodziców, którzy sumiennie co sobota przywożą swoje dzieci na - dodatkowe przecież - zajęcia katechezy i j. polskiego.

9 czerwca - ministrancka pielgrzymka polonijna
Wraz z grupą ministrantów, którzy są jednocześnie katechizowani po polsku, wybraliśmy się na od dawna planowaną kilkugodzinną pielgrzymko-wycieczkę. Chcieliśmy zobaczyć najstarsze kościoły katolickie Detroit, które były budowane oczywiście przez Polaków. Polacy byli zawsze wyjątkową grupą emigrantów. Mimo, iż pochodzili z biednych, często wiejskich środowisk, to gdy wyjeżdżali w najdalsze zakątki świata, zawsze wiedzieli, że trzeba zadbać o rodzinę, a nie tylko zarabiać ciężko pieniądze. Trzeba też mieć miejsce specjalnej, duchowej i kulturowej formacji. Takim miejscem dla polskich emigrantów zawsze był kościół. Dlatego w zasięgu dosłownie kilku kilometrów od Parafii św. Floriana można zobaczyć kilka pięknych kościołów polonijnych. Niekótre z nich są już zamknięte, gdyż Polacy przeprowadzili się w inne rejony metropolii, a ich byłe miejsce zamieszkania zostało często doszczętnie zdewastowane przez nowych, czarnoskórych mieszkańców. To niezwykle szokujące zjawisko, gdy wjeżdża się w te rejony. Widać potwornie zniszczone, zaniedbane domy i ulice, a pośród nich stoi piękny zabytkowy (jak na Amerykę) kościół pamiętający świetność tego miejsca.

Idąc tymi śladami odwiedziliśmy najpierw kościół Św. Wojciecha. To najstarszy w Detroit i drugi w Michigan Kościół wybudowany przez Polaków. Został zamknięty już w 1990 roku, ale specjalnie utworzone Towarzystwo św. Wojciecha zajmuję opieką nad nim i udostępnianiem go zwiedzającym (zdj. 1). Po wejściu natychmiast widać, że kościół wymaga remontu, ale mimo to wciąż ma swój niezwykły urok stylizowanej na gotycką świątyni (zdjęcie z kościoła Św. Wojciecha).

Następnie tego samego dni odwiedziliśmy kościół św. Jacka. To świątynia parafii, która obchodziła w tym roku swój setny jubileusz. O tym pisałem w notatce z 6 maja. Ten przepiękny kościół zdobiony w stylu bizantyjskim robi niezwykle silne wrażenie na zwiedzających i modlących się. Na szczęście ta parafia jeszcze nie została zamknięta, więc można przynajmniej na mszę niedzielną tam uczęszczać (zdjęcie z kościoła Św. Jacka).

Ostatnim punktem naszej sobotniej wyprawy był grób ojca Solanusa. To słynna w Detroit postać. W tym roku wielkie obchody uświetnią pięćdziesiątą rocznicę jego śmierci i będą włączone w przygotowania do procesu beatyfikacyjnego (zdjęcie przy grobie ojca Solanusa).

[do góry strony]

Kalendarz: 29 kwietnia - 12 maja 2007
Liturgia: IV i V TYDZIEŃ WIELKANOCNY

Sobota - niedziela (5-6 maja)
W tych dniach miały miejsce wydarzenia, o których mógłbym pisać długo, a i tak byłoby zawsze za mało. Przede wszystkim chodzi o nasz Parafialny Festiwal Truskawkowy. Festiwal w amerykańskich parafiach jest odpowiednikiem naszych polskich odpustów, ale daleki to odpowiednik. Przyglądam się amerykańsko-polonijnym festiwalom od pięciu lat i dochodzę do coraz smutniejszych przekonań.
Ostatnie przekonanie jest takie, że jeśli nie polikwidujemy tych festiwali lub nie zmienimy ich formuły, to za każdym razem coraz bardziej będziemy obrażać Polskę. Schemat festiwalu jest prosty. Wszystko zaczyna się od Mszy św., ale oczywiście na niej nie ma żadnych tłumów - zaledwie garstka zainteresowanych. Potem można już, wychodząc z kościoła, wpaść w festiwalowy rytm. Na czym polega ten rytm? Przede wszystkim na jedzeniu pierogów i kiełbasy (uwaga: dla wielu Amerykanów to jedyne polskie przysmaki. Myślą, że kuchnia polska nie ma już nic wiecej do zaoferowania!!!). Do tego można wypić piwo (oczywiście niejedno i nie polskie najczęściej - ble...), zobaczyć występy zespołów wykonujących polskie tańce ludowe i posłuchać zespołów muzycznych grających... polki. Tak, tak - dla wielu Amerykanów przychodzących na te festiwale to często jedyny obraz Polski: pierogi, kiełbasa, tańce ludowe i muzyka w rytmie polki. Nikt nie wie skąd się wzięło to łączenie polki z Polską. A może wiadomo, ale wstyd się przyznać, że z nieznajomości. Jestem przekonany (chociażby po sobie), że zdrowo myślący Polak, który niedawno przyjechał z Polski, gdy dotrze na taki festiwal, przeżyje absolutny szok. Żeby się zupełnie pogrążyć w smutku, może jeszcze usłyszeć Amerykanów mówiących, że im się Polska podoba, bo jemy pierogi, kiełbasę, po domach tańczymy tańce ludowe i jeszcze śpiewamy i tańczymy wszędzie polki.
Ja ze smutkiem muszę stwierdzić, że w takim obrazie nie widze żadnej prawdy o współczesnej Polsce. A może chcemy tym ludziom zafundować taki polski skansen? Może oni właśnie na te festiwale przychodzą jak do skansenu, jak do muzeum?! To by usprawiedliwiało wiele. W Hamtramcku jest kilka polskich restauracji. Na początku tam byłem kilka razy, bo wypadało. Teraz robię wszystko, aby tam nie chodzić. Wszystkie one szczycą się polskością, ale jaką polskością?! Poziom tych knajpek odpowiada polskim barom mlecznym i to nawet myślę, że będzie trudno takie bary w Polsce znaleźć. Bałbym się zaprosić do takiej polskiej restauracji Amerykanów, bo jaką Polskę mogę im pokazać w ten sposób? Chyba polską made in "Miś". Żenujące.
Nie dziwię się więc, że młodzi Amerykanie, którym proponuję wyjazd do Europy i Polski na wakacje rezygnują jak najszybciej, bo boją się, że u nas nie ma toalet, że będą musieli jeść tylko pierogi i że już na lotnisku ubierzemy ich w stoje łowickie i zmusimy do tańców ludowych, kiedy oni wolą dyskotekę. Na dokładkę jeszcze może każemy im grać polki na dowolnym instrumencie. Polacy uprawiając taki skansen sami sobie strzelają gola. Ciekawe kiedy nadejdzie czas na poważne zmiany. Temat jest jednak znacznie szerszy, niż się wydaje, bo nie obejmuje przecież tylko gastronomii czy festiwali parafialnych, ale chodzi na przykład o poziom profesjonalizmu tzw. polonijnych mediów, czy poziom szkół polskich prowadzonych na obczyźnie, a skończywszy na stylu bycia Polakami, gdziekolwiek mieszkamy. Niektórzy powiedzą, że wkładam kij w mrowisko... Aż dziwie się, że nikt nie odważył się zrobić tego wcześniej. Szkoda!!!

Niedziela (6 maja)
Tego dnia udałem się jako reprezentant naszej parafii na obchody stulecia Parafii św. Jacka w Detroit. To parafia z wielkimi tradycjami, a jak na Amerykę to wielka historia - 100 lat. Mszy św. przewodniczył Abp Kard. Adam Maida. Piękna uroczystość - dużo wiernych, wszystko odświętne, wewnętrzny wygląd kościoła porażający, ale oczywiście pośród wiernych brakowało ludzi młodych. Liturgia ratowana przez kleryków, cała obsługa przedsięwzięcia spoczęła na barkach ludzi w starszym wieku. Taka jest niestety specyfika Ameryki, że ludzie przenoszą się, zmieniają miejsce życia (średnio co 5 lat). Kiedyś tętniąca życiem polonijna parafia, dzisiaj jest wymierającą wspólnotą, która zapewne boryka się z bolesnym pytaniem "co dalej?".
Te pytania są chlebem powszednim wielu parafii położonych blisko śródmieścia. Dla zobrazowania prawdy o tym, jak wygląda proces upadku pięknych, historycznych części amerykańskiej metropolii, zrobiłem kilka zdjęć w najbliższym sąsiedztwie kościoła. Proszę popatrzeć jakie budynki stoją vis-a-vis wejścia do pięknej polonijnej świątyni. To są kontrasty iście amerykańskie. Niech te zdjęcia będą też świadectwem dla tych, którzy z Polski bezkrytycznie patrzą na amerykańską rzeczywistość i nazywają ją rajem na ziemi. Zdjęcie nr 1, nr 2 i nr 3.

Piątek (11 maja)
Aby odreagować wydarzenia, o których wyżej, wybrałem się do Filharmonii na II Symfonię Gustawa Mahlera, zwaną "Zmartwychwstanie". To największe artystyczne wydarzenie, jakie przeżyłem w Ameryce. O tym możesz przeczytać tutaj.

Sobota (12 maja)
Odreagowanie trwa dwa dni. Tym razem poszedłem do Opery Detroickiej na "Uprowadzenie z Seraju" Mozarta. A co przeżyłem w operze, możesz przeczytać tutaj.

[do góry strony]

Kalendarz: 18 kwietnia - 21 kwietnia 2007
Liturgia: II TYDZIEŃ WIELKANOCNY

Poniedziałek
Tego dnia wieczorem rozpoczęły się nasze (chrystusowców z USA i Kanady) doroczne rekolekcje w Chicago. Cała podróż samochodem (5 godzin!) upłynęła nam (dzięki technicznym umiejętnościom ks. Proboszcza) na słuchaniu polskiego radia.
Cały niemal dzień (i kolejne dni również) Amerykanie żyją jednym wydarzeniem: strzelaniną w Virginii. Pisałem o tym problemie już przy okazji innych strzelanin 11 lutego. Teraz chciałbym jeszcze dodać kilka przemyśleń, które są coraz bardziej ugruntowane. Mam wrażenie, że chyba Amerykanie lubią takie tragedie. Teraz będą tygodniami pokazywali na wszystkich kanałach jak strzelanina poruszyła naród. Będą pokazywali tłumy gromadzące się w kościołach, na placach i cmentarzach. Będą pokazywali wielką narodową solidarność w obliczu strasznej tragedii. A ja powiem jedno: oni chyba nic nie rozumieją. Tylko mocno ogłupiony naród może uważać za oznakę wolności prawo do posiadania broni. Tylko zdeprawowany, bezmyślny i odgórnie sterowany naród może bronić prawa do posiadania broni, gdy rocznie tysiące niewinnych ludzi giną z rąk wariatów. Nikt mnie nie przekona, że broń jest komukolwiek potrzebna. Michael Moore poruszył świat swoim filmem "Bowling for Columbine" (pol. "Zabawy z bronią") - poruszył świat, ale nie Amerykę. Pokazał głupotę prawa do posiadania broni i tragiczne tego konsekwencje. I co? I nic! Ciągle komuś opłaca się przekonywać, że posiadanie broni to dobrodziejstwo. Ilu jeszcze niewinnych ludzi musi zginąć, aby ten naród zrozumiał, co trzeba zrobić. Żal mi tego narodu. Żal mi tego, że ludzie nie widzą zła i tylko leczyć próbują jego skutki. To wcale nie doprowadzi do rozwiązania problemu. Niestety.

Środa
Polska wraz z Ukrainą otrzymała prawo do organizowania Euro 2012. To ogromny sukces. Cała Polska się cieszy, a ja razem z Nią!

Sobota
Studenci z Ann Arbor przyjechali na plebanię i odbyło się kolejne spotkanie. Po smacznej kolacyjce i dyskusjach o wszystkim, zobaczyliśmy wspólnie rosyjski film z 2003 r. pt. "Powrót". Oglądałem go chyba 3. lub 4. raz, a dopiero teraz doznałem olśnienia. Okazało się, że po raz pierwszy odkryłem chyba jego sens. Co za rewelacja. Nigdy tak jak teraz nie patrzyłem na ten obraz. Postanowiłem, że muszę jeszcze raz ten film pokazać w DKF-ie. Rosyjskie kino ma swoje piękne tradycje i niewiele kinematografii do takich arcydzieł dorośnie. Zwiagincew wyraźnie jest pod wpływem Tarkowskiego i chyba niebawem powinniśmy o nim mówić jak o drugim Tarkowskim. Do tradycji filmowej dochodzi spuścizna literacka i ogólnokulturowa Rosji i tak powstają arcydzieła. Ten film właśnie taki jest, ale trzeba umieć go oglądać. Dzieki studentom poszliśmy w niezwykle głębokie interpretacje. Jestem pod wielkiem wrażeniem.

[do góry strony]

Kalendarz: 18 marca - 8 kwietnia 2007
Liturgia: IV TYDZIEŃ WIELKIEGO POSTU do WIELKANOCY

18-21 marca
Rekolekcje w Parafii św. Jadwigi Wawelskiej w Poznaniu. Piękny to czas. Po 7 latach zobaczyłem, jak żyje wspólnota, u której początków i narodzin byłem. Tam spędziłem wspaniałe 3 lata posługi i teraz mogłem popatrzeć na jej wciąż rosnące piękno. Oczywiście po twarzach dorosłych nie widać zmian, ale gdy zobaczyłem młodzież, to coraz trudniej odkrywałem w niej te dzieciaki, które tak pięknie były widoczne w naszej parafii. To niezwykłe, gdy po latach patrzę na tych dzisiaj dorastających, którzy wciąż są obecni i tak pięknie pokazują, że było warto się trudzić.

23 marca
Odwiedziłem Dom Dziecka prowadzony przez Siostry Szarytki w Kartuzach. To między innymi ten ośrodek chcieliśmy wesprzeć naszą parafialną akacją na początku Wielkiego Postu. Siostra Małgorzata przyjęła mnie niezwykle ciepło i serdecznie - obiadem. Potem mogłem zobaczyć jak mieszkają i spędzają swój wolny czas dzieci. Aż tak rodzinnej i ciepłej atmosfery się nie spodziewałem. Jestem pod wielkim wrażeniem, a resztę można zobaczyć na zdjęciach: zdjęcie 1. i zdjęcie 2.

25-28 marca
Rekolekcje w Parafii Niepokalanego Poczęcia NMP w Iławie. Moja rodzinna parafia. Po cichu zawsze marzyłem o tym, aby właśnie tam wygłosić kiedyś rekolekcje. Kiedy wydawało się to niemożliwym, nagle pojawił się nowy Proboszcz. Rok temu, gdy przyleciałem do Polski poprowadzić rekolekcje akademickie na KUL-u, odwiedziłem naszego nowego Pasterza, aby złożyć należne homagium. Ks. Jerzy ujął mnie niezwykłym ciepłem i w pierwszym zdaniu powitania zaproponował rekolekcje.
To wielka radość i ogromne zobowiąnie, ale warto je podejmować. Moja rodzinna wspólnota parafialna okazała się niezwykłym miejscem. Ja jej po prostu po latach nie poznaję. Wszystko kwitnące, prężne, a tłumy na rekolekcjach nieprzebrane. Tego się po prostu nie spodziewałem. Rekolekcje rekolekcjami, ale przecież to także czas spotkań po latach. Pośród wielu spotkań było jedno szczególne - z Panią Profesor Kwiatkowską. Myślę, że każdego człowieka cieszy, gdy słyszy miłe słowa, ale ksiądz słyszący miłe słowa od swojej ukochanej i bardzo wymagającej licealnej polonistki to już szczyt szczęścia. Ogromnie mnie uradowało to spotkanie po latach. To przecież dzięki Pani Profesor pokochałem język polski i dzięki jej wymaganiom czytałem kiedyś wszystkie obowiązkowe lektury. Teraz wiem, że warto było. Pan Bóg postawił własnie taką osobę na mojej drodze, a ona najbardziej pomogła mi przygotować się do powołania, które wybrał dla mnie Bóg. Ogromnie jestem za to wdzięczny.

29 marca
Powrót do USA to zawsze trudny moment dla mnie. Upłynęło już prawie 5 lat od mojego wyjazdu z Ojczyzny, a ja wciąż wracam do Stanów ze spuszczoną głową i wciąż podróż powrotna mi się dłuży. Ciekawe, że po kilku miesiącach pracy w Niemczech wracałem z każdego wyjazdu jak do domu, a tutaj nie czuję jeszcze takiego klimatu. Trochę szkoda, ale przecież nie wszystko może sprawiać radość. Pośród radości są też obowiązki, chociaż czasami ciążą i są prawdziwym krzyżowaniem naszych marzeń o swym powołaniu. A wszystko przez to, że kiedyś uwierzyłem na słowo takim, co słowa rzucają na wiatr. Od tej pory inaczej słucham słów, zwłaszcza, gdy wiele obiecują...

1-7 kwietnia
Wielki Tydzień. Pan Bóg odkrywa przed nami swe największe tajemnice. Krok po kroku przyglądamy się Chrystusowi wypełniającemu wolę Ojca. To kosmiczna liturgia - kosmiczny spektakl prawdy o jednym ludzkim życiu, które było z Boga. Nie można przejść obok tego obojętnie, chyba że nie ma się serca.

[do góry strony]

Kalendarz: 11-17 marca 2007
Liturgia: III TYDZIEŃ WIELKIEGO POSTU

Wtorek
Wylatuję na dwa tygodnie do Polski. Stało się już niemal zwyczajem, że w czasie Wielkiego Postu głoszę rekolekcje w Ojczyźnie. Tym razem będę miał ogromną przyjemność wygłoszenia nauk rekolekcyjnych w Parafii św. Jadwigi Wawelskiej w Poznaniu (Parafia, w której pracowałem przez 3 lata) i w mojej rodzinnej Parafii Niepokalanego Poczęcia NMP w Iławie. Nie ukrywam, że odczytuję te rekolekcje jako wielkie wyzwanie, bo doskonale znam Parafię poznańską i wiem, że większą jej część stanowią pracownicy naukowi wyższych uczelni Poznania, co przecież nie ułatwia zadania. Natomiast co do Iławy, to już Pan Jezus powiedział, że "Tylko w swojej ojczyźnie i pośród swoich może być prorok lekceważony". Tym optymistycznym akcentem kończąc, błagam wszystkich czytających o modlitwę w intencji tych rekolekcji. Niech Duch Święty działa.

[do góry strony]

Kalendarz: 4-10 marca 2007
Liturgia: II TYDZIEŃ WIELKIEGO POSTU

Piątek
Ks. prof. Węcławski zrezygnował z kapłaństwa. Gdy uczęszczałem na studia doktoranckie na Uniwersytecie A. Mickiewicza na wydziale Teologicznym, miałem cotygodniowe seminaria z ks. Tomaszem Węcławskim. Wielki to był teolog, niezwykły umysł, wspaniały erudyta, ale zawsze mnie zastanawiało, dlaczego w tych wszystkich teologicznych rozważaniach nie ma jednoznacznego spojrzenia wiary. Ja rozumiem, że teologia jest poszukiwaniem intelektualnym, ale jednak jestem przekonany, że inaczej wygląda to poszukiwanie u człowieka żyjącego swą wiarą, a inaczej u człowieka patrzącego na wszystko z poziomu tylko i wyłącznie intelektu.
Teraz czytam list, apel, wyjaśnienie - nie wiem nawet jak to nazwać - Tomasza Węcławskiego po jego dramatycznej decyzji. Brakuje mi w tym tekście tylko jednego i aż jednego - odwołania do Boga, do Chrystusa. Nie mogę pojąć jak teolog tej klasy mówiąc o kapłaństwie może przemilczeć Chrystusa. Jak może mówić o Kościele (instytucji) bez mówienia o jego Założycielu. Przecież my nie sprawujemy jakiegoś "swojego" kapłaństwa. To jest kapłaństwo Jezusa Chrystusa i to w Kościele tegoż Chrystusa. Jak ktoś, rezygnujący z Bożego wybrania, może to pominąć w swoim rozważaniu i decyzji? Nie wiem i nie pojmuję jak to jest możliwe. W całej więc sprawie to właśnie jest dla mnie największy szok.
Liczę jednak na to, iż - jak pisze prof. Węcławski - jego dalsza praca pokaże prawdziwe oblicze prawdy, za którą poszedł i od której odszedł.

Sobota
Niezwykle piękne wydarzenie miało miejsce tego dnia. Z inicjatywy (zupełnie oddolnej) grupy studentów z Ann Arbor spotkaliśmy się w tym pięknym akademickiem mieście, aby zainicjować coś w rodzaju klubu polskiego studentów. Nazwa zresztą zupełnie nie jest istotna. Najistotniejsze bowiem jest to, że są ludzie chętni na spotkania i pogaduszki o wszystkim, co ważne i mniej ważne. A do tego oczywiście wszystko może być przy okazji okraszone jakimś dobrym filmem. Cieszę się tym bardziej, że praca z młodzieżą akademicką zawsze była dla mnie najbardziej fascynującym wyzwaniem. Gdy przełożeni wyżsi zaproponowali mi funkcję duszpasterza akademickiego w Szczecinie, byłem u szczytu radości. Można powiedzieć, że nawet chyba trochę zgłupiałem z tej radości, bo zgodziłem się dla tej funkcji wrócić z pracy w Niemczech do Polski - to była prawdziwa głupota. Nie zdawałem sobie bowiem sprawy, że bycie duszpasterzem z prawdziwego zdarzenia w polskich realiach, w parafii prowadzonej przez mój zakon, jest po prostu niemożliwe. No chyba, że ma się mądrego i odważnego proboszcza. Ja takiego nie miałem i po roku skapitulowałem. To była wspaniała przygoda, ale skończyła się tak, jak się skończyła, czyli wyjazdem do Ameryki. Teraz znowu poczułem się jak za dawnych, dobrych lat. Mam nadzieje, że nasze spotkania będą się rozwijały, o czym nie omieszkam informować w tym miejscu.
Bardzo dziękuję Agnieszce, bez pomocy której nie byłoby naszego pierwszego spotkania. Na zdjęciach możecie zobaczyć jak było miło: zdjęcie nr 1, nr 2, nr 3 i nr 4.

[do góry strony]

Kalendarz: 25 lutego - 3 marca 2007
Liturgia: I TYDZIEŃ WIELKIEGO POSTU

Niedziela
Po wieczornej Mszy odbyła się pierwsza u św. Floriana multimedialna adoracja krzyża - połączenie muzyki, obrazu i przestrzeni. Więcej na temat takich przedsięwzięć tutaj.
Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć z tej adoracji: zdjęcie nr 1, nr 2 i nr 3.

Oskary rozdane. Zawsze z dużym niesmakiem oglądałem to przedstawienie, w czasie którego amerykańskie kino gnije we własnym, bardzo nieświeżym sosie. W tym roku już widać pewną zmianę. Może nie jest to całkowita zmiana, ale wyraźnie widać, że kino amerykańskie wobec swej indolencji i absolutnej impotencji artystycznej, zaczyna zwracać się ku światu. Widzą to zwłaszcza ci, którzy od dłuższego czasu śledzą ten rynek. Kiedyś (całkiem niedawno) jedynie w wypadku oskara dla filmu obcojęzycznego odbierał go ktoś niezbyt poprawnie mówiący po angielsku. Teraz w kilku kategoriach nagrodzeni zostali ludzie świata filmu spoza Ameryki. To wielki sukces Akademii. Coraz częściej widać zagubienie i nieprzygotowanie organizatorów, którzy nie mają na czas tłumacza. Enio Moriccone tylko dzięki Clintowi Eastwoodowi (sam nie wiem jak to zrobił) mógł mówić po włosku. Może dotrze do Amerykanów także w świecie filmu, że dzisiaj nie mogą mieć monopolu nawet na język. Szkoda, że "Babel" nie dostał oskara, ale skoro może to była ostatnia szansa dla Scorsese na statuetkę, więc niech już mu będzie na zdrowie. Dobrze, że doceniono Whitakera, bo to zdecydowanie najlepszy aktor roku. "Życia na podsłuchu" jeszcze nie widziałem, ale dużo słyszałem i dobrze, że wygrał ten właśnie film. Liczyłem trochę na "Volvera", ale gdyby Almodovar na ekran - jak to ma w zwyczaju - wpuścił kilku transwestytów i gejów, miałby szansę. Opowiedział zbyt piękną i zbyt "czystą" opowieść, a za takie jeszcze się oskara nie dostaje.

Poniedziałek
Ciekawość zwyciężyła. Poszedłem zobaczyć wystawę ludzkiego ciała (Bodies the Exhibition) w Scient Center w samym centrum Detroit...
Pierwszy raz zetknąłem się z problemem tej wystawy w czasie pracy w Niemczech. Wtedy była tak blisko - w Oberhausen, lecz jakoś nie potrafiłem się wtedy zdecydować na jej obejrzenie. Teraz już nie wytrzymałem. Jeśli ktoś nie wie dlaczego się tak rozpisuję nad problemem wystawy, to tłumaczę, że wszystkie eksponaty tej ekspozycji pochodzą z prawdziwych ludzkich ciał. W sumie pokazanych jest 20 pełnych ciał "wybebeszonych" (ależ to dobre słowo) i odkrywających największe zakamarki naszej fizyczności.
W zasadzie od dawna wyzbyłem się elementu lęku czy grozy w kontakcie z nieżywym ciałem. Gdy pracując w Goleniowie musiałem odprawiać pogrzebowe nabożeństwa tuż po obiedzie i gdy będąc kapelanem szpitala w Essen byłem wzywany często w trakcie posiłku nawet na sale operacyjną, gdy trzeba było namaścić człowieka przywiezionego z wypadku samochodowego na autostradzie. A często proszono o to tuż przed operacją - na stole operacyjnym. Dla mnie najważniejsze było to, aby wystawa dotarła do mnie z ważniejszym przesłaniem - o pięknie człowieka. Dokładnie tak - chodziło mi o to, aby odkryć w tym wszystkim piękno. Jeden z moich przyjaciół, lekarz w Sanoku, gdy studiował na I roku medycyny i gdy poznaliśmy się przypadkowo (przypadków przecież nie ma!) w autobusie opowiadał mi z ogromnym przejęciem o pięknie budowy człowieka, ale nie pięknie estetycznym - on mówił o pięknie stworzenia, o pięknie, które prowadzi do wielkiej fascynacji człowiekiem jako istotą. Ostatecznie mówił więc o pięknie genialnego Stwórcy.
Na wystawę wybrałem się ze znajomym, który studiuje biologię na UofM. Potrzebowałem kogoś, kto z większym znawstwem pomoże mi to wszystko przyjąć. W pewnym momencie w jakiś naturalny zupełnie sposób - przytłoczeni trochę ilością ludzkiego mięsa - uznaliśmy, że bez ducha bylibyśmy niezwykle ubogimi istotami. Można więc śmiało powiedzieć, że wyszedłem usatysfakcjonowany. Zobaczyłem misteryjnie zbudowane maszyny i przekonałem się (nie pierwszy przecież raz), że Dusza daje prawdziwe piękno naszemu człowieczeństwu.

Piątek
Katecheza dla dorosłych. Bardzo lubię te spotkania. Chociaż ilość osób przychodzących na katechezy nie jest oszałamiająca, to jednak jest to grupa ludzi prawdziwie zainteresowanych swoją wiarą. Zdaję sobie sprawę, że to niezwykle elitarne spotkanie, bo kto dzisiaj w zagonionym świecie chce mieć czas na pogłębianie swej religijnej wiedzy w pierwszopiątkowy wieczór. A jednak są ludzie odważni nawet tutaj, a może zwłaszcza tutaj. To już XXIV spotkanie katechetyczne dla dorosłych u św. Floriana. Jeszcze się nam nie znudziło.

Sobota
Adam Małysz Mistrzem świata. To brzmi pięknie i jesteśmy z tego dumni. Znowu wracają w pamięci te wspaniałe chwile pierwszych zwycięstw Adama 6 lat temu. Pisałem o tym więcej pod datą 4 lutego.

[do góry strony]

Kalendarz: 18-24 lutego 2007
Liturgia: VII TYDZIEŃ W CIĄGU ROKU, POCZĄTEK WIELKIEGO POSTU

Wtorek
Ostatki - oczywiście w kinie. Długo się wahałem, który film wybrać. Ostatecznie wybór padł na "Ghost Rider". Kolejne rozczarowanie. O tym pisałem już na podstronie o filmie. Muszę jednak jeszcze parę słów zamieścić i tutaj. Zaczynam bowiem coraz głębiej dostrzegać pewien problem związany z hollywoodzkim kinem. Problem, który wyraźnie wymyka się rozważaniom czysto filmowym, a staje się bardziej filozoficzno-społecznym problemem.
W jednym z polskich programów o kinie kilka dni temu krytyk filmowy powiedział, że kino amerykańskie w zasadzie pełni głównie rolę nauczyciela i nawet poza tę rolę nie potrafi wyjść. Właśnie to jest chyba źródło wielu problemów, których ani kino, ani społeczeństwo zupełnie nie dostrzegają. Jeśli bowiem kino, będące najpowszechniej przyjmowaną formą sztuki we współczesnym świecie (jakkolwiek o filmie jako sztuce można też dyskutować) staje się nauczycielem, to na miłość Boską - zacznijmy wymagać od tego nauczyiela jakiegoś poziomu nauczania. Przecież ten "nauczyciel" nie formuje, a raczej deformuje i oducza myślenia biednych nieboraków - swoich uczniów. Nauczyciel musi być wzorcem nie tylko (a może najmniej) stylu obnoszenia się ze swym wyglądem. Nauczyciel powinien kształtować postawy, zachowania, wartości. Jesli więc kino amerykańskie jest "nauczycielem", to strach może człowieka ogarnąć, gdy pomyśli o tym, jakich to uczniów taki nauczuyciel uformuje. Wtorkowy seans był dla mnie jakimś swoistym przełomem. Wyszedłem tak potwornie zniesmaczony z kina, że muszę o tym krzyczeć. Przecież takie kino nie ma żadnych wartości do przekazania. Poza efektami nie ma w nim dokładnie NIC!!!
Wymieszanie dobra ze złem jest tak ogromne, że trzeba być geniuszem moralnym, aby sobie z tym radzić. Przekaz intelektualny jest na poziomie imbecyla i pozostaje tylko obraz i dźwięk. Jak tak dalej pójdzie, to może rozdając oskary powinno się je przydzielać w kilku zaledwie kategoriach. Na przykład: najpiękniejsza aktorka, najprzystojniejszy aktor, najlepiej ogłupiające efekty i oczywiście główna nagroda - za film z największą dawką głupoty. Na te moje utyskiwania jeden ze znajomych powiedział, że wszyscy ludzie jakich zna, mówią iż idą do kina tylko na rozrywkę. Tak więc nauczyciel stał się mistrzem rozrywki. Może to jest nawet taki styl nauki - sztuka rozrywki. A gdzie jest miejsce dla głębszego rozwoju?! Czy cechą rozrywki ma być głupota? Coraz bardziej współczuje tym, którzy będą się taką rozrywką rozrywali.

Środa Popielcowa
Wyjątkowo nie lubię tego dnia. Nie lubię jego niezrozumienia. Nie wiem jak to wykrzyczeć ludziom, którzy tłumnie przychodzą do kościoła po przydział dawki popiołu na cały rok. Wielu z nich (przytłaczająca większość) przyjmuje symboliczny popiół jako magiczne naznaczenie. Tak filmowo - rzekłbym - hollywoodzko. Żyjemy niestety w świecie, w którym symbole zostały tak zniszczone i tak wyświechtane, że dla wielu mają zupełnie inne znaczenie niż mieć powinny. Nigdy nie mogłem i nadal nie mogę pojąć fenomenu tego dnia. Jak bowiem zrozumieć ludzi, którzy przychodzą tłumnie przyjąć popiół na swe głowy i jednocześnie w czasie tej samej liturgii są bardzo obojętni wobec Eucharystii. Przecież wielu z nich mogłoby przyjąć żywe Ciało Chrystusa. Nie robi to na nich wrażenia. Popiół działa bardziej, ale cóż to za działanie, jeśli nie prowadzi do pogłębienia związku z Bogiem? Kolejna zewnętrzność bez pogłębienia. Jedno jest pewne - wielu z tych świątecznych gości środopopielcowych przybędzie zapewne z okazji kolejnych magicznych wydarzeń - poświęcenia pokarmów. Zapewne - jak zwykle - będą się awanturować o to, dlaczego na ich koszyk mniej niż na pozostałe spadło kropli wody święconej. Jak to zmienić? Jak to wyleczyć? Oto są pytania.

[do góry strony]

Kalendarz: 11-18 lutego 2007
Liturgia: VI TYDZIEŃ W CIĄGU ROKU

Niedziela
Rozpoczynam wraz z grupą młodzieży z naszej Parafii akcję pomocy Domom Dziecka w Polsce. Pomysł podsunął mi pewien parafianin, który na własną rękę pomaga już jakiemuś ośrodkowi w Polsce, więc ma doświadczenie. Po kolędzie odwiedziłem wiele młodych małżeństw, które nie mogą sobie wręcz poradzić z ogromną ilością zabawek w ich domach. Dzieci mają tutaj często tak dużo zabawek i ciuszków, że nie są w stanie ich zniszczyć, a nawet dobrze ich poznać. Uruchomiłem więc młodzież, która natychmiast, spontanicznie i jednoznacznie odpowiedziała zaangażowaniem.
Poszperałem w internecie i wytypowałem dwie placówki, które chcemy objąć naszą pomocą. Pierwsza to Dom Pomocy Społecznej dla dzieci niepełnosprawnych (z zespołem Downa, porażeniem mózgowym i wodogłowiem) prowadzony przez Siostry Służebniczki NMP NP w Starej Wsi (woj. podkarpackie), a druga placówka to Dom Dziecka prowadzony przez Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a'Paulo w Kartuzach (woj. pomorskie). To pierwsza tego typu akcja w naszej parafii, więc zbieramy doświadczenie na przyszłość. Po trzech niedzielach zobaczymy jakie będą efekty. Na razie jestem pod wrażeniem! O wszystkim napiszę w kolejnych odcinkach blogowiska.
A na zakończenie dla orientacji podaję strony internetowe placówek, które wymieniłem powyżej:
www.dpsdzieci.przemysl.opoka.org.pl
www.dzieci-kartuzy.gd.com.pl

Poniedziałek
W USA kolejne strzelaniny. Tym razem w mormońskim Salt Lake City i w kolebce Ameryki - w Filadelfii. To nie pierwsza i nie ostatnia strzelanina w kraju, który mówi o sobie, że jest wzorem wolności na świecie. Taka właśnie jest ta wolność. Michael Moore w "Bowling for Columbine" (pol. "Zabawy z bronią") jednoznacznie pokazał, jak chore jest prawo, które pozwala w tak łatwy sposób kupić i posiadać broń. Nikt go nie słuchał (zresztą on wcale nie był pierwszym mówiącym w ten sposób). Spotkałem wielu ludzi, którzy demonstrując swoją amerykańskość pokazywali mi spore kolekcje broni w swych domach. W wielu rozmowach (nawet z Polakami tutaj mieszkającymi) musiałem bronić swojego poglądu, że posiadanie broni jest większym niebezpieczeństwem niż jej nieposiadanie. Na to często słyszałem argumenty w stylu: "Gdyby wszyscy mieli broń, wówczas nikt by nas nie zaatakował, bo by się bał". To jest właśnie wizja tego świata. Nie szukaj przyjaźni i miłości - popatrz, tutaj wszyscy zamiast kochać, powinni się bać drugiego. Niezła kaszanka. Ciekawe, czy ten świat dojdzie kiedyś do takiego niebotycznego poziomu rozwoju, że zrozumie, iż człowiek osiąga zawsze więcej, gdy szuka pokoju z otwartymi dłońmi niż zaciśniętymi na kolbach pistoletów. Ilu jeszcze szaleńców musi wyjść na ulice i ilu jeszcze niewinnych i bezbronnych ludzi musi umrzeć, aby zrozumiano, że nie tędy droga?

[do góry strony]

Kalendarz: 4-10 lutego 2007
Liturgia: V TYDZIEŃ W CIĄGU ROKU

Niedziela
Mimo napiętego programu dnia robię wszystko, aby na bieżąco śledzić zmagania polskiej drużyny o mistrzostwo świata w szczypiorniaku i Adasia Małysza w Titisee-Neustadt. Internet to jedno z największych osiągnięć naszych czasów. W jednej chwili mogę siedzieć za biurkiem w swoim pokoju w Detroit, na jednym podglądzie mogę obserwować mecz w Kolonii, a na innym cały czas śledzić wyniki każdego skoku naszego Orła.
Zapewne rodacy są już chwilami zmęczeni Małyszem i z pewnym niedowierzaniem patrząc na kolejny sezon jego zmagań czekają, kiedy się wycofa. My, mieszkający z dala od Ojczyzny, w jakiś specyficzny, zupełnie inny sposób patrzymy na każdego Polaka, który czegoś dokona na świecie. Zawsze przy tej okazji wspominam pierwszy wielki sezon Adama. Pracowałem wtedy w Kolonii. Niemcy byli przekonani, że skoki narciarskie są ich sportem narodowym, i w tych okolicznościach przyrody pojawił się Polak z Wisły. Nie zrozumie problemu ten, kto wtedy nie mieszkał w Niemczech. Oni byli zakochani w Schmitcie, wydawali cotygodniowe pisemko poświęcone swojemu ulubieńcowi i skokom. I nagle hegemonia Niemców została przełamana, bo pojawił się Adam. To, że Adam, nie byłoby jeszcze kłopotliwe, ale to przecież Polak. Dla wielu Niemców było nie do pomyślenia, że człowiek z tak biednego kraju może pokonać ich ukochanego Martina. Pamiętam, jak całą noc spędziłem przed telewizorem, aby rano z radością i nieukrywaną dumą przed Mszą w Bazylice św. Seweryna zapytać niemiecką zakrystiankę, czy wie, kto dzisiaj wygrał konkurs skoków w Japonii. A wiedziałem, że była fanką (jak wszystkie niemal Niemki) Martina. Jakie to były dla nas, Polaków w Kolonii, piękne dni. Ech.... chciałoby się tak częściej. Teraz więc, gdy oglądam Koeln Arenę w telewizji i widzę Polaków walczących o złoto, wracają te kolońskie czasy jak cudowny bumerang.

Poniedziałek
Wybrałem się do kina na "The Last king of Scotland". Co to za niezwykły film (możesz o nim przeczytać tutaj). Gdy oglądałem ten obraz, nurtowało mnie coś zupełnie innego. A może wcale nie tak bardzo innego.
Pamiętam, jak 4 lata temu, pracując pierwszy rok w USA, a dokładniej w Los Angeles, zaczynała się ta tragiczna wojna w Iraku. Byłem jedynym (słownie: jedynym) człowiekiem w moim kręgu, który kategorycznie i jednoznacznie był przeciw tej wojnie. Niemal na każdym kroku o tym informowałem. Nie wynikało to wcale z szalejącego antyamerykanizmu w mojej głowie i duszy. Ja po prostu czułem, że ten wojenny ruch jest jakimś tragicznym, absurdalnym, irracjonalnym posunięciem. Uświadamiał mi to kategorycznie papież, występujący przeciwko wojnie; także i to, że po przyjeździe do USA bardzo szybko przekonałem się, iż obywatele tego kraju (zwłaszcza ci urodzeni tutaj) nie mają zielonego (i jakiegokolwiek) pojęcia o świecie. Kraj, który jest tak bardzo zamknięty i tak bardzo nie rozumie świata, nie może zmieniać go według swego upodobania, bo nie pojmie jego inności i tego, że z tą innością światu jest do twarzy.
Pisałem wtedy bardzo jednoznaczne teksty opisów na gg. Na przykład: "Ropa za krew!!!", "Brzydzę się tą wojną!!!", "Nie jedźcie do Iraku!!!". Wielu ludzi z mojej listy gg pisało oburzonych na mnie, jak mogę tak negatywnie oceniać tę wojnę. Nawet mój szacowny proboszcz, człowiek, który przeżył dwie wojny w Polsce, był za. Wielu parafian - Polaków, zwłaszcza tych, którzy przybyli tutaj właśnie w konsekwencji jednej tragicznej wojny, teraz byli za wojną w Iraku. Wielu mi mówiło: "ksiądz nie rozumie świata", "ksiądz nie rozumie Ameryki", "ksiądz powinien być wdzięczny"... Za co wdzięczny?! A najbardziej dobijały mnie teksty: "Ksiądz tego nie rozumie, bo ksiądz jest za młody". Jakże głupia była wtedy dla mnie starość, która widzi sens w wojnie.
Dzisiaj z wielką dumą przypominam sobie te trudne dla mnie dni. Z wielką dumą, że nie uległem nagonce środków przekazu, które zmieliły serca i mózgi wielu ludzi. Nie uległem, byłem jednoznaczny i kategoryczny. Możliwe, że przez to w tamtych dniach wielu ludzi odwróciło się ode mnie, bo się nie zgadzali. Taką cenę trzeba jednak często płacić, jeśli ma się jakiekolwiek poglądy odmienne od tłumu słuchającego telewizora. Zwłaszcza, gdy jest się duszpasterzem i trzeba stanąć po stronie prawdy, pokoju i sprawiedliwości, a nie oficjalnej, politycznej doktryny. Po tych ponad czterech latach cieszę się, że byłem taki, jaki byłem. Nie żałuję żadnego ze słów, które wtedy wypowiedziałem i żadnego z kazań, których wydźwięk był jednoznaczny, chociaż często bardzo zakamuflowany.
Podobne chwile, chociaż już mniej kategoryczne, przeżyłem, gdy wykonywano wyrok śmierci na byłym władcy Iraku. Wyraźnie i jednoznacznie nie mogłem się z tym pogodzić, że tego człowieka nazywa się ludobójcą, gdy po świecie chodzą władcy mordujący miliony swych obywateli choćby w Afryce. Tak się stało, że poznałem pół roku temu pewną afrykańską rodzinę emigrantów - uciekinierów z Rwandy. Opowiadali o tragedii i krwawych dyktatorach w Afryce. Nie mogę wciąż zrozumieć, dlaczego ich nikt nie chce osądzać, likwidować i z nimi walczyć. Czyżby życie ludzi Afryki było miej warte niż tych ofiar w Tikricie? A może to jest zupełnie inny problem i zupełnie inne interesy wchodzą tu w grę?
Gdy więc patrzę na film o krwawym dyktatorze Ugandy, wracają wspomnienia z Los Angeles. I dobrze, że wracają...

[do góry strony]