Film - ostatnio widziałem...

Z rozwijanej listy poniżej wybierz tytuł filmu (wg daty dodania):


"Popiełuszko. Wolność jest w nas", reż. Rafał Wieczyński
(Polska - premiera kinowa 16 lutego 2008)

Jadąc do Polski na rekolekcje, założyłem sobie plan minimum, że muszę zobaczyć ten film. Miałem 15 lat, gdy mordowano ks. Jerzego Popiełuszkę. Pamiętam do dzisiaj atmosferę tamtej patriotycznej Polski, która żyła tą śmiercią, a zwłaszcza tamtym procesem bandytów. Można powiedzieć, że czekałem na ten film, aby po latach znowu dotknąć tamtych chwil. Po obejrzeniu filmu mogę powiedzieć, że podobał mi się i jednocześnie trochę mnie rozczarował. Podobała mi się rzetelność i dokładność scenarzysty oraz reżysera. Podobała mi się odwaga pokazania kilku scen, które w dzisiejszym czasie brzmią ważnie, zwłaszcza jednoznaczna sugestia o szujostwie Urbana. Rozczarował mnie słabością scen zbiorowych i bladością niektórych rozwiązań reżyserskich. Wydaje się, że dla ludzi młodych (nieznających historii ks. Jerzego) wiele aspektów filmu - poprzez ich skrótowość - będzie niezrozumiałych. Moja ulubiona, niezwykle wzruszająca scena, to rozmowa (a raczej krzyk) mokotowskiego proboszcza na korytarzu prokuratury. Dobrze, że ktoś potrafi tak ostro powiedzieć tak ważne prawdy. Kto nie był na filmie - niech idzie, a kto był - niech namawia innych do obejrzenia!

[do góry strony]

"33 sceny z życia" ("33 Scenes from Life"), reż. Małgorzata Szumowska
(Niemcy, Polska - premiera kinowa 5 września 2008)

Film można opisać jednym zdaniem jako "obraz życia po odrzuceniu Boga". Nic ten film mi nie dał, niczego mnie nie nauczył, do niczego mnie nie poprowadził. Jednego jestem tylko pewien: ten film jest najgorzej udźwiękowionym filmem, jaki w życiu widziałem. Za takie zepsucie dźwięku ten film powinien być skazany na niebyt w polskiej kinematografii.

[do góry strony]

"Wygnanie" ("The Banishment"), reż. Andriej Zwiagincew
(Belgia, Rosja - premiera kinowa 18 maja 2007)

Pierwszy film Zwiagincewa ("Powrót") był dla mnie objawieniem. Czekałem z utęsknieniem na nowy obraz tego młodego mistrza. Doczekałem się i powiem szczerze, że warto było czekać. Po obejrzeniu "Wygnania" powiedziałem sam do siebie, że mamy nowego mistrza kina. Zwiagincew wraca do wielkich tradycji i zarazem tworzy coś nowego oraz niezwykle porywającego. Wydaje mi się, że ten reżyser spokojnie może być już teraz nazywany najambitniejszym i najpoważniejszym reżyserem młodego pokolenia.
A co do samego filmu: jest to genialny obraz. Pokazuje toksyczne relacje międzyludzkie, ale relacje, które są przede wszystkim zmaganiem. Zmaganie to kończy się tragicznie, gdyż brakuje tego co najistotniejsze, czyli MIŁOśCI. W filmie jest scena, która mnie totalnie rozbroiła: bohaterka poddawana jest niechcianej aborcji, kamera pokazuje dzieci układające puzzle, z których wyłania się obraz Zwiastowania. Potem, wieczorem dzieci przed snem czytają "Hymn o miłości" św. Pawła. To kolejny film Zwiagincewa, który odważę się nazwać mistycznym. Teraz czekam już na kolejny film tego geniusza współczesnego kina.

[do góry strony]

"W sieci kłamstw" ("Body of Lies"), reż. Ridley Scott
(USA - premiera kinowa 10 października 2008)

Widziałem już kilka filmów o wojnie cywilizacji zachodniej z arabską. Jedne były dobre, a o drugich nawet szkoda tutaj pisać. Ten film jest trochę inny, bo pokazuje polityczne mechanizmy i szerzej patrzy na to co nazywamy "światem arabskim". Nawet obraz amerykańskiego podejścia do sprawy jest tutaj pokazany na dwa sposoby, albo raczej z dwóch stron. Widzimy człowieka (Leonardo DiCaprio) rozumiejącego i szanującego świat odmienny od swojej amerykańskiej ojczyzny. Widzimy także totalnego ignoranta (Russel Crowe), dla którego amerykańska ojczyzna to jedyne sensowne miejsce na świecie, a wszystko inne (i wszyscy inni) to tylko klocki, które - gdy ma się władzę i pieniądze - można dowolnie przestawiać, rządzić nimi i wyzyskiwać. Film wydaje mi się bardziej przekonujący od wszystkich tryumfalno-amerykofilnych obrazów o tej najbardziej haniebnej wojnie naszych czasów.

[do góry strony]

"Nie wracaj w te strony" ("Don't Come Knocking"),
reż. Wim Wenders
(DVD - premiera kinowa 19 maja 2005)

Są takie filmy (chociaż jest ich niewiele), które odkrywam po latach i po ich obejrzeniu zadaję sobie jedno zasadnicze pytanie: "Dlaczego dopiero teraz zobaczyłem ten film?". Tak właśnie przeżyłem ten film Wendersa. To obraz wielkiej tęsknoty człowieka za ojcostwem, za bliskością, za rodziną i za domem. Film piękny, chociaż zakończenie mogłoby być inne. Skoro jednak nie mamy na to żadnego wpływu, wypada nam więc chwalić to, co jest. Polecam ten film gorąco.

[do góry strony]

"Tajne przez poufne" ("Burn after reading"),
reż. Joel Coen, Ethan Coen
(USA - premiera 12 września 2008)

Jak każdy niemal film Cohenów i podoba się, i nie podoba jednocześnie. Historia wytrzaśnięta z kosmosu, akcja na siłę śmieszna i dramatyczna czasami. Niemniej, gdy idzie się czasami do kina, aby odpoczywając trochę się pośmiać i sponiewierać emocjonalnie, to film spełnia powyższe kryteria. Oby jednak takie wyjścia do kina były bardzo sporadyczne. Tego Wam i sobie życzę!

[do góry strony]

"Eagle Eye", reż. D.J. Caruso
(USA - premiera 26 września 2008)

Klasyczny amerykański film sensacyjny. Jest w nim wszystko, a więc: zagrożenie mocarstwa przez agencje wewnętrzne, prezydent, flaga i wspaniali bohaterowie do ostatniej krwi broniący swej Ojczyzny przed nią samą. Dlatego filmu nie polecam.

[do góry strony]

"Stop Loss", reż. Kimberly Peirce
(USA – premiera 28 marca 2008)

Od samego początku myślałem, że jest to typowa propagandówka, głosząca zachwyt nad polityką i brutalną dominacją Ameryki w świecie. Ameryki, która myśli, że posiada monopol na prawdę i w imię tej swojej prawdy chce wprowadzić lub bardziej narzucić demokrację "made in USA". Z biegiem czasu okazało się jednak, że jest to film uderzający w wojenną machinę Ameryki. Natychmiast przypomniał mi się wspanały film Alana Parkera "Ptasiek" ("Birdy"), który obnażał bolesną prawdę o skutkach wojny wietnamskiej w narodzie amerykańskim. "Stop Loss" obnaża jeszcze bardziej i ostrzej prawdę o bolesnych skutkach wojny irackiej. Skutkach, które teraz noszą w sobie żołnierze wracający z tej koszmarnej wojny. Jednak wcześniej czy później także będzie brzemię tej wojny boleśnie dźwigał cały naród. Bardzo cieszy mnie, że takie filmy powstają, szkoda jednak, że nie powstawały pięć lat temu, gdy cały naród amerykański niemal jednogłośnie krzyczał o konieczności i zbawiennej potrzebie tej wojny. Ten film powinien zobaczyć każdy, kto nosi w kieszeni paszport "mocarstwa".

[do góry strony]

"Whisky", reż. Juan Pablo Rebella, Pablo Stoll
(Argentyna - DVD 14 grudnia 2007)

Mówi się o kinie europejskim, a może jeszcze bardziej o polskim, że to często jest "kino drogi". "Whisky" przekonało mnie, że nie jesteśmy zbyt oryginalni. Ten obraz udowodnił mi (nie pierwszy raz), że nie doceniamy kinematografii południowoamerykańskiej. Po obejrzeniu filmu byłem zszokowany i zachwycony jednocześnie. To film piękny i smutny zarazem. To film nie do końca wypowiedziany (i dobrze!) i mówiący wielkimi znakami zapytania. To film prowokujący do dyskusji, do przemyślenia, do ponownego obejrzenia. To film czarujący i porywający, chociaż dynamizmu w nim nie ma i być nie powinno. Takie obrazy najlepiej mogą nas edukować w temacie piękna kina. Serdecznie polecam.

[do góry strony]

"Oko" (ang. "The Eye"), reż. David Moreau, Xavier Palud
(USA – premiera 9 stycznia 2008)

Film bardzo emocjonalnie nakręcony. Temat ciekawy, ale moim zdaniem reżyser przedobrzył efekty thrillerowskie. Chyba nie lubię takich filmów.

[do góry strony]

"Chłopiec z latawcem" (ang. "The Kite Runner"), reż. Marc Forster
(USA – premiera 9 stycznia 2008)

Bardzo polubiłem ten film. Początkowo nie chciałem go oglądać, ale kilku moich przyjaciół poleciło mi ten obraz, mówiąc z ogromnym zachwytem o jego pięknie. Mimo iż od premiery upłynęło wiele czasu, zaskoczony byłem wypełnioną po brzegi salą. To jeden z wielu filmów, które są chyba lepiej zrozumiane poza Ameryką.
Jest to opowieść o wojnie w Afganistanie, o emigracji amerykańskiej, a przede wszystkim o przyjaźni przekraczającej kalkulacje tego świata. Cieszę się, że dla wzwocnienia prawdziwości odbioru reżyser nie bał się zatrudnić aktorów mówiących w swym oryginalnym języku. Wielkim atutem tego obrazu jest przepiękna ścieżka dźwiękowa, zawierająca w sobie tak wiele rodzimych, afgańskich motywów. Film bardzo mi się podobał, chociaż może zbyt mocno eksploatuje sentymentalizm w treści i formie przekazu. Przy beznadziejności propozycji hollywoodzkich, "The Kite Runner" jawi się niemal jak objawienie czegoś innego – ciekawszego.

[do góry strony]

"To nie jest kraj dla starych ludzi" (ang. "No Country for Old Men"), reż. Joel Coen, Ethan Coen
(USA – premiera 9 stycznia 2008)

Tak jak myślałem – bracia Cohenowie nas nie zaskoczyli. Film jest dobry, a nawet bardzo dobry. Jednak dla Amerykanów chyba niezbyt czytelny. Zwłaszcza, gdy chodzi o rozwiązanie całej sprawy. Poszedłem do kina potwornie zmęczony i bałem się, że zasnę, gdy mnie przynudzi ekranowa opowieść. Tymczasem film trzymał w napięciu i zainteresowaniu do tego stopnia, że wychodząc z kina około północy, czułem się jak nowo narodzony i mogłem spokojnie rozpoczynać dzień, a tymczasem zastała mnie noc. Film polecam bardzo i liczę na jego Oskarowe osiągnięcia, bo jest za co nagradzać.

[do góry strony]

"Pokuta" (ang. "Atonement"), reż. Joe Wright
(USA – premiera 7 grudnia 2007)

Nie wiem zupełnie, za co ten film jest tak podziwiany. Nie rozumiem, za co został zdobywcą Złotego Globu. Chyba sprawa ma się z nim tak, jak z kilkoma filmami z przeszłości,które poprzez agresywną reklamę i straszne pieniądze osiągnęły wiele, a były nie do oglądnięcia. Film jest nudny, smutny, żałosny i nie ma w sobie nawet jednej rzeczy, któraprzekonałaby mnie do ponownego obejrzenia tego obrazu. Jest w nim natomiast jedna scena, która mnie zaskoczyła przy bladości całego filmu. Chodzi mianowicie o scenę wojenną na plaży. Ona robi wrażenie, ale poza tym to po prostu szkoda czasu na ten film, chyba, że ktoś jest kinowym sadomasochistą. Ja do takich nie należę, więc raz jeszcze mówię: nie traćcie czasu na ten film.

[do góry strony]

"Mgła" (ang. "The Mist"), reż. Frank Darabont
(USA – premiera 5 października 2007)

Film po prostu dobry. Po wyjściu z kina powiedziałem, że to jeden z najlepszych obrazów ostatnich lat, ale teraz już mniej emocjonalnie go oceniam. To taka niby bajeczka, ale kanwa bajki była potrzebna do opowiedzenia czegoś znacznie ważniejszego. Niestety, jak zauważyłem na sali kinowej, większość Amerykanów raczej poza bajeczkę tutaj nie wyjdzie. Są straszne potworki, są obrzydliwe dziwaczne stworzenia, ale myślę, że umieszczono je w filmie, aby postawić pytanie: „Jak zachowuje się człowiek wobec tajemnicy, która go przerasta?”. To film o spotkaniu człowieka z tajemnicą. Dla mnie, księdza, to mistyczne pytanie i absolutnie fundamentalny problem dla naszej wiary. Najciekawsze jednak w filmie jest to, że reżyser nie opowiada się ostatecznie po żadnej ze stron. Chociaż widzimy porażkę ludzi owładniętych apokaliptycznymi wizjami spojrzenia na tajemnicę, to ostatecznie także racjonaliści w tym filmie przegrywają. I to jak tragicznie przegrywają. Film polecam bardzo, ale błagam, nie zatrzymujcie się na poziomie oglądania efektów komputerowych.

[do góry strony]

"Jestem legendą" (ang. "I am legend"),
reż. Francis Lawrence (USA – premiera 14 grudnia 2007)

To jest film, co się zowie: mocny, straszny, ostry, poważny, ambitny i do tego pouczający. Takich filmów trochę mi brakuje w amerykańskim kinie. Jak już zaczną się efekty, to robi się bajeczka. A tutaj są efekty, straszenie, a jednak jest też i przesłanie, i nawet takie zagadnienie, jak spór o Boga i jego rolę w upadku cywilizacji. Ten obraz jest tak dobry, że już po wyjściu miałem ochotę obejrzeć go jeszcze raz. Mam nadzieję, że gdy zrealizuję postanowienie, to nie zmienię mojej oceny filmu.

[do góry strony]

"Film o pszczołach" (ang. "Bee Movie"),
reż. Simon J. Smith (USA – premiera 2 listopada 2007)

Film miałem obejrzeć dla relaksu, ale tak mnie zrelaksował, że ostatecznie uśpił. Niemniej film całkiem niezły. Jedna z moich znajomych dopatrzyła się w nim nawet przesłanki o wyższości pewnej "grupy-narodu" i muszę powiedzieć, że przesłanka mi się bardzo spodobała. Koniecznie muszę ten film obejrzeć raz jeszcze. Myślę, że coś jest w nim na rzeczy.

[do góry strony]

"Michael Clayton", reż. Tony Gilroy
(USA – premiera 5 października 2007)

Clooney nie po raz pierwszy udowadnia, że filmy, w których gra i które reżyseruje, to nowa jakość w Hollywood. Ten obraz to opowieść o tym, jak chcąc ukryć prawdę i zarobić duże pieniądze, niszczy się ludzi. Dochodzenie do poznania prawdy jest drogą trudną, bolesną i potwornie zagmatwaną. Ostatecznie wygrywa prawda, ale przypłacona śmiercią. Bolesne i do bólu prawdziwe. To po prostu film pokazujący współczesną walkę o ideały.

[do góry strony]

"30 dni nocy" (ang. "30 Days of Night"),
reż. David Slade (USA – premiera 19 października 2007)

Nie przepadam za horrorami, ale ten chciałem zobaczyć. Może dlatego, że jest straszny i mroczny, ale bardzo "realnie" nakręcony. Postraszył mnie i taki był jego cel. Nic więcej nie da się o tym filmie powiedzieć.

[do góry strony]

"We Own the Night", reż. James Gray
(USA – premiera 12 października 2007)

To film o pewnej rodzinie (chyba polskiego pochodzenia, bo nazwisko Grudzinski na to wskazuje), która zaczyna być prawdziwą rodziną dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii. Film zbyt propagandowo pokazuje walkę ze światem brudnych interesów, ale proporcje pomiędzy psychologiocznymi i sensacyjnymi wątkami są dobrze wyważone.

[do góry strony]

"Królestwo" (ang. "Kingdom"), reż. Peter Berg
(USA – premiera 28 września 2007)

Zaskakujący film. Można powiedzieć, że uświadamia on widzom kilka niezwykle ważnych rzeczy, o których wielu po prostu zapomina. Po pierwsze, mówi o wojnie cywilizacji, która nie ma już szansy na sensowne i mądre zakończenie. Po drugie, mówi o tym, że wielu polityków zgadzając się na wojnę zapomniało, że każda wojna jest tragedią dla świata. Żaden, nawet najszlachetniejszy cel, nie może uświęcać środków. Wojna to śmierć, zniszczenie i ludzka tragedia. Wojna wreszcie, to wynaturzenie, które odbiera światu nadzieję na lepsze jutro. To film niezwykle smutny, a jego finał pokazuje, że jeszcze długo będziemy się smucić, patrząc na to, co dzieje się w świecie. Film powinni zobaczyć zwłaszcza zwolennicy wojen. Może coś zrozumieją!!!

[do góry strony]

"The Brave one" (pol. "Odważna"), reż. Neil Jordan (USA – premiera 14 września 2007)
To film jednej aktorki – Judie Foster. Lubię ją, bo ma świadomość, że nie zagra ciałem. Ona wie, że może wciągnąć widza tylko przez swoją rzetelną grę. To jeden z niewielu filmów amerykańskich, gdzie jest jakaś całkiem nieźle zagrana psychologia postaci. Można nawet powiedzieć, że ten obraz spokojnie powinien się mieścić w kategorii dramatów psychologicznych, ale wiadomo, że wtedy nic by w Ameryce nie zarobił. Musi być więc strzelanko i dużo krwi z zagadką. Niemniej mimo wszystko film jest po prostu dobry.

[do góry strony]

"3:10 to Yuma" (pol. "3:10 do Yumy"), reż. James Mangold (USA – premiera 7 września 2007)
Zacznę od tego, że nie cierpię westernów. Do tego stopnia, że gdy ktoś mówi mi, iż brzydki film oglądał, to pytam czy był to western. Z takim nastawieniem poszedłem do kina. I... przeżyłem szok. Film jest niezwykły. Ogromną ilość piękna nadaje mu gra aktorska i cały klimat mroczności Dzikiego Zachodu, a zarazem jednoznaczności postaw. Zderzenie dwóch silnych osobowości głównych bohaterów jest wydarzeniem, wokół którego tak naprawdę rozgrywa się cała akcja filmu. Oczywiście, jak to w westernach bywa, wygrywa dobro, ale okupione tragiczną śmiercią. Film zapewne będzie walczył o oscary w tym roku.

[do góry strony]

"Death sentence", reż. James Wan (USA – premiera 31 sierpnia 2007)
Film, jakich wiele nakręcono w Hollywood. Ścieżka dźwiękowa jest w nim tak piękna, że klasyczny obraz sensacyjny staje się dzięki niej całkiem interesujący. Kavin Bacon nieźle sobie poradził z trudną rolą, chociaż ciągle brakuje mi w amerykańskich bohaterach filmowych psychologicznej głębi. Aktor, gdy ma zagrać coś z wnętrza swej postaci, najczęściej próbuje to nadrobić tylko zewnętrznością. Zresztą to jest akurat najbardziej agresywna cecha tej cywilizacji.

[do góry strony]

"Ocean’s Thirteen", reż. Steven Soderbergh (USA – premiera 8 czerwca 2007)
Już trzecia część Ocean’a i mam nadzieję, że ostatnia. Nie to, że jest zła, czy nudna, ale ile można. Znając komercyjne podejście do sprawy, prawdopodobnie powstanie jeszcze kilka części, ale ja mam nadzieje, że nie ulegnę już presji i nie będe musiał oglądać tej opowiastki bez końca. Zresztą te twory najczęściej końca nie osiągają.

[do góry strony]

"Mr. Brooks", reż. Bruce A. Evans (USA – premiera 1 czerwca 2007)
Taka sobie opowieść (nawet całkiem mroczna) o bogatej rodzinie, której się pozornie wszystko układa, a w rzeczywistości jest dotknięta typową dla bogatych kręgów zgnilizną moralną pod każdym niemal względem. Film jak wiele. Typowa hollywoodzka papka, chociaż zabarwiona na krwisto.

[do góry strony]

"Day watch" (pol. "Dzienna straż"), reż. Timur Bekmambetov (Rosja – premiera w Rosji w 2006, USA - premiera 1 czerwca 2007)
Niemal rok temu obejrzałem na dvd z Polski pierwszą część („Straż nocna”) tej filmowej opowieści rodem z Rosji. Byłem pod wrażeniem odradzającego się rosyjskiego kina, które powstaje jak feniks z popiołów. Teraz, dzięki jakimś cudownym chyba zrządzeniom, druga część dotarła nawet za ocean. Co prawda tylko do kin niekomercyjnych, ale to akurat jest powszechny los produkcji spoza upadającego twórczo Hollywood. Druga opowieść Bekmambetowa wyjaśniła wiele z pierwszej i spina dzieło piękną klamrą. Film to opowieść o walce dobra ze złem. Jednak w tym filmie dobro i zło przybiera czysto fizyczny, a nie tylko metafizyczny wymiar. Filmu nie da się opowiedzieć, bo dzieję się w nim wiele, ale na jedną rzecz pragnę zwrócić szczególną uwagę: bardzo mądrze jest pokazana postać zła i dobra. Dobro nigdy nie jest destrukcyjne, a raczej łaskawe i cierpliwe. Zło natomiast czeka na uderzenie dobra, czeka na przysłowiową pierwszą krew. Mimo, że dobro jest wiecznie uderzane, krzywdzone, poniewierane, to jednak nigdy nie oddaje, nie mści się. Wie bowiem, że zejście na poziom działania zła wzmaga jedynie konflikt. To najważniejsze przesłanie filmu. Tego najbardziej oczekiwałem i zostałem w pełni usatysfakcjonowany.

[do góry strony]

"Fracture", reż. Gregory Hoblit (USA – premiera 20 kwietnia 2007)
Anthony Hopkins miał być jasną stroną tego ciemnego filmu. Średnio mu się udało. Film raczej smutny. W zasadzie to się trochę na nim namęczyłem i przyjemności z oglądania niewiele miałem. Nic bym nie stracił, jakbym nie poszedł do kina tego wieczoru.

[do góry strony]

"Disturbia" (pol. "Niepokój"), reż. D.J. Caruso (USA – premiera 13 kwietnia 2007)
Niepozorny, ale całkiem niezły film w swoim gatunku. Jedyny problem to bardzo przewidywalna akcja. Niemniej warto poświęcić czas, aby się trochę postraszyć i nawet pośmiać chwilami. Mistrzowsko nakręcony wypadek – aż przeraża – i tak ma być!

[do góry strony]

"Bezmiar sprawiedliwości", reż. Wiesław Saniewski (Polska 2007 – prapremiera we Wrocławiu 7 marca 2007)
Jedyny film, jaki udało mi się zobaczyć w czasie pobytu w Polsce. Oglądałem go i cały czas się zastanawiałem, jak by wyglądał jego odbiór w Stanach. Ponieważ treść przewyższałaby widzów, więc prawdopodobnie połowa z nich po 30 minutach wyszłaby zaopatrzyć się w nowy popcorn, a druga połowa przeszłaby do sąsiedniej sali na coś bez treści, ale za to z efektami. Ci, którzy wróciliby z popcornem, wypadliby z wątku i do końca nie wiedzieliby o co chodzi, a nawet gdyby się domyślili, to zakończenie by im udowodniło, że i tak nic z tego nie pojmują.
Film świetny, bo zmuszający do zastanowienia i poszukiwania sensownych odpowiedzi. Rola Frycza moim zdaniem zasługuje na nagrodzenie. Film wymagający, ale dobry, bo nieamerykański i absolutnie nie dla wszystkich. To w nim cenię najbardziej.

[do góry strony]

"The Reaping" (pol. "Plaga"), reż. Stephen Hopkins (USA – premiera w USA 6.IV.2007)
Dochodzę coraz częściej i coraz mocniej do przekonania, że nie wiem, po co chodzę do kina. Jeśli decyduję się na film hollywoodzki, to muszę być prawie pewny, że nie idę na film, ale na efekty. Fabryka snów stała się fabryką urojeń i wizji komputerowych. Chciałem zobaczyć film mówiący o zagrożeniu człowieka przez brak szacunku do świata. Zobaczyłem efekty, efekty i jeszcze raz efekty. Treść tego filmu i jego sens są w przybliżeniu równe zeru. Szkoda, że nawet z takiego tematu robi się takie dziadostwo.

[do góry strony]

"Shooter" (pol. "Strzelec"), reż. Antoine Fuqua (USA – premiera w USA 23.III.2007)
Bardzo zaskoczył mnie ten film, ale nie formą, bo to typowa produkcja rodem z Hollywoodu. Zaskoczyło mnie jego przesłanie - jednoznaczne, mocne i bardzo antyamerykańskie. Myślę, że nawet za czasów zimnej wojny nie kręcono tak trafnych i jednoznacznych obrazów w obozie wroga. Zwłaszcza, że wróg był toporny i niezwykle ograniczony w środkach wyrazu. Tutaj zdziwienie jest kolosalne, gdyż film mówi prawdę widzianą od wewnątrz.

[do góry strony]

"9 Kompania", reż. Fyodor Bondarczuk (Rosja 2005 – DVD obejrzane 1.IV.2007)
Szokujący obraz. Nie przypuszczałem, że w aż tak dobrej kondycji jest współczesne kino rosyjskie. Syn wielkiego Siergieja Bondarczuka nakręcił film w iście holywoodzkiej dramaturgii (co akurat niekoniecznie musi być chlubą dla reżysera) i opowiedział historię prawdziwą, która przerasta wszystko, co o wojnie afgańskiej jesteśmy sobie w stanie pomyśleć. To film o potwornych dramatach młodych ludzi, wysłanych przez reżim upadającego komunistycznego imperium na krańce świata, aby umacniać nieludzki system. Gdy dzisiaj jesteśmy świadkami podobnych błędów w wydaniu amerykańskim, możemy jedynie przypuszczać, że za 20 lat ktoś opowie nam podobne historie, dziejące się dzisiaj w Iraku czy Afganistanie. Mogę tylko mieć nadzieję, że nie będę aż tak złym prorokiem.

[do góry strony]

"The Lives of others" (pol. "Życie na podsłuchu"), reż. Florian Henckel von Donnersmarck (Niemcy – w USA premiera w kinach niezależnych 9.III.2007)
Takich filmów najbardziej mi brakuje w Stanach. Dobrze, że przynajmniej kina niezależne bronią honoru tego, co można zobaczyć w USA. Oczywiście niezależne kino oznacza, że średnia frekwencja na seansie zapewne waha się od 10 do 20 osób. Niemniej przynajmniej ten gest w kierunku dobrej europejskiej kinematografii trzeba dostrzec i pochwalić. Film jest próbą rozliczenia z czasem, o którym wszyscy chcielibyśmy już zapomnieć i przestać o nim mówić. Jednak im głębiej wchodzimy w temat, tym bardziej widzimy, że przestać o nim mówić nam po prostu nie wolno.

[do góry strony]

"Zodiak", reż. David Fincher (USA – premiera w USA 2.III.2007)
Potwornie wydłużony i przez to niezwykle męczący film, który spokojnie można opowiedzieć w godzinę, a on trwa niestety prawie trzy. Szkoda czasu.

[do góry strony]

"300", reż. Zack Snyder (USA – premiera w USA 9.III.2007)
Gdybym wiedział, że to tylko komiks przeniesiony na ekran, czułbym się lepiej. Niestety zdaję sobie sprawę, że to także propagandowy film, który ma przygotować społeczeństwo na większą akceptację działań zbrojnych Imperium. Zwłaszcza, że Persja ukazana tutaj jako banda zdziczałych, żądnych krwi i zboczonych dziwaków to przecież dzisiejszy Iran.

[do góry strony]

"Breach", reż. Billy Ray (USA – premiera w USA 16.II.2007)
To opowieść o jednym sprzedawczyku i łajdaku w FBI, o jednym bardzo wrażliwym agencie i o wielu wspaniałych, cudownych, inteligentnych, niedoścignionych, przewidujących, silnych, wymagających, twardych, prawdomównych, życzliwych, wyrozumiałych agentach, którzy są chorzy na amerykański patriotyzm oczywiście. Tylko tyle i aż tyle można o tym filmie powiedzieć.

[do góry strony]

"Ghost rider", reż. Mark Steven Johnson (USA – premiera w USA 16.II.2007)
Myślałem na początku, że to będzie film o walce dobra ze złem. Niestety to była kolejna tandeta okraszona jak zawsze ogromną ilością efektów. Wszystko chyba głównie po to, aby wychowani na hollywoodzie mogli wyjść z kina i powiedzieć "WOW!!!".
Absolutne dno! Szkoda czasu!!!

[do góry strony]

"Letters from Iwo Jima" (pol. "Listy z Iwo Jimy"), reż. Clint Eastwood (USA – premiera w USA 20.12.2006)
Udało się – zobaczyłem kandydatów do głównego Oscara. Ten film wydaje się bez szans w ostateczniej rozgrywce, ale dobrze, że dotarł tak daleko. Cieszy mnie fakt, że krytycy w Ameryce wreszcie dostrzegają filmy wymagające od widza, a nie tylko tandetę i efekciarstwo. Od lat nie było tak dobrej listy kandydatów do Oscara, jak w tym roku.
Wróćmy jednak do filmu. To obraz niezwykle przypominający „Cienką czerwoną linię”. Pokazuje wojnę, a jednocześnie jest wielkim krzykiem o bezsensowności każdej (uwaga: KAŻDEJ!!!) wojny! Wielką odwagę ma Clint Eastwood, kręcąc film absolutnie nieamerykański. Zaledwie kilka zdań aktorzy wypowiadają po angielsku. Zresztą, amerykańskich aktorów nie ma w tym obrazie. To, co mną najbardziej wstrząsnęło, to bardzo oczywista prawda o wojnie. Prawda, której często po prostu nie dostrzegamy. Chodzi o to, że wojna to konkretni ludzie po obu stronach barykady. Wojna, to ludzie, którzy pozostawiają swoje żony, dzieci, domy i idą walczyć, często nie rozumiejąc po co. Wojna wreszcie to miejsce wyładowania wrogości między ludźmi, którzy w pokoju byliby wspaniałymi przyjaciółmi. Wojna to po prostu głupota!
Na koniec jeszcze jedna refleksja parafilmowa. Dziwi mnie bardzo postawa Spielberga, który jest producentem tego filmu. Obserwuję tego człowieka bardzo uważnie i widzę jakieś zaskakująco pozytywne przemiany w jego sylwetce twórczej. Rok temu nakręcił "Monachium" - naraził się strasznie swoim żydowskim braciom, bo powiedział kilka bardzo ostrych słów o ich działaniu. Teraz jest producentem filmu, który bardzo uderza w wyobrażenie o amerykańskim wojsku i przede wszystkim o sensie trwającej dzisiaj wojny. Nie wiem w jakie karty i z kim ten facet teraz gra, ale podziwiam.
No i zupełnie na koniec: ten film bardzo popiera tezę, którą zapisałem w blogowisku tydzień temu. Otóż spośród sfanatyzowanych żołnierzy japońskich, którzy potrafią bezsensownie rozrywać się granatami dla cesarza, jest zaledwie kilku, którzy myślą jak normalni ludzie. Najbardziej jednak zadziwia postawa dwóch oficerów (w tym dowódcy obrony wyspy), którzy kiedyś mieli okazję być w USA. Jeden jako sportowiec na olimpiadzie, a drugi jako student. Ich poznanie Ameryki było poznaniem świata, który zupełnie odbiegał od japońskich standardów, ale jego inność wzbudzała w nich ogromny szacunek. Ten szacunek do inności powodował, że widzieli ludzką godność w swoich wrogach. Widzieli w nich takich samych jak oni ludzi. Takiego właśnie spojrzenia życzę wszystkim dzisiejszym żołnierzom na wszystkich haniebnych i niepotrzebnych frontach współczesnego świata.

[do góry strony]

"The Last King of Scotland" (pol. "Ostatni Król Szkocji"), reż. Kevin Macdonald (USA – premiera w USA 19.1.2007)
Jestem pod wrażeniem. To kolejny w ciągu ostatnich kilku lat film podejmujący problem Afryki. Tym razem oglądamy fragment krwawej historii Ugandy. Niemniej, nie jest to wcale film historyczny. To opowieść o dramatycznych doświadczeniach młodego idealisty - szkockiego lekarza, który dzięki przypadkowi wchodzi we wpływowe sfery władzy Ugandy. To także opowieść o tym, jak wielka jest przepaść dzieląca spojrzenie na świat w poszczególnych jego miejscach. Zderzenie Europejczyka z afrykańską rzeczywistością może być - i często niestety jest - ogromnym dramatem. Forest Whitaker, grający rolę dyktatora Adi Amina jest w tym obrazie tak doskonały, że przez dwie godziny zapomniałem, że jest amerykańskim aktorem. To bezapelacyjnie doskonała oskarowa kreacja.
Jednak nam, widzącym dramat bezsensownej wojny w Iraku i wielu innych haniebnych, oszalałych działań wojennych współczesnego świata, ten film uświadamia bardzo jednoznacznie, że świat niszczy i skazuje na śmierć nie tych dyktatorów, których powinien. I to jest dla mnie najistotniejsze przesłanie!!! Absolutnie warto zobaczyć.

[do góry strony]

"The Queen" (pol. "Królowa"), reż. Stephen Frears (Wielka Brytania – premiera w USA 6.10.2006)
Zawsze nie lubiłem Anglii. Nawet gdy lecę do Europy i mam do wyboru tańszy lot przez Londyn albo droższy przez część kontynentalną, to wolę dopłacić. Ta śmieszna dziwaczna fobia odróżniania się koniecznie od reszty Europy powoduje, że patrzę na Anglię jak na kraj pełen zarozumiałości, a jednocześnie kompleksów i frustracji. No i jeszcze angielska niechęć do Kościoła Katolickiego. Wszystko to sprawiło, że długo czekałem od premiery, aż wreszcie zdecydowałem się zobaczyć "Królową". Szedłem z pewną nadzieją, że może chociaż trochę ten film przekona mnie do Anglii. Niestety nie tylko mnie nie przekonał, ale jeszcze bardziej pogłębił negatywne wrażenie. Rola Królowej zagrana nawet nieźle, precyzyjnie – po angielsku. Ogólnie jednak niespecjalnie polecam...

[do góry strony]

"Pan’s Labyrinth" ("El Laberinto del Fauno"; pol. "Labirynt fauna"), reż. Guillermo del Toro (Hiszpania – premiera w USA 12.1.2007)
To niesamowicie sadystycznie nakręcony film. Hiszpanie po ponad 60 latach wciąż nie potrafią rozliczyć się ze swoją przeszłością. Ten obraz chyba miał być jakimś kolejnym komentarzem do tego, co Hiszpania przerobiła za czasów Franco, ale mam wrażenie, że jest to komentarz potwornie wypaczony i niezwykle jednostronny. Jeśli film mający pokazać grozę wojny domowej dzieli strony na dobrych i złych i nie dostrzega nawet cienia wątpliwości w tych jednoznacznych podziałach, to jest to po prostu niebezpieczne. Do tego dochodzi sprawa świata baśniowo-metaforycznego; świata, w którym nawet to, co jakby dobre, wydaje się obrzydliwe i niestosowne. W tym strasznym na wszystkich płaszczyznach świecie porusza się dziecko. I to jest prawdziwy szczyt sadyzmu.
Jeśli ktoś chce sobie zafundować dwie godziny brutalności, sadyzmu i potworności, musi zobaczyć ten film. Mnie to z lekka zniesmaczyło, chociaż trzeba przyznać, że strona techniczna i pomysł - bardzo interesujące.

[do góry strony]

"Curse of the Golden Flower", reż. Zhang Yimou (Chiny – premiera w USA 21.12.2006)
Uważam, że po obejrzeniu tego obrazu każdy hollywoodzki film (nawet wielkobudżetowy) będzie zwykłą kiczowatą opowiastką. Amerykanie opowiadający historie o swoim Spidermanie i Supermanie przy tej opowieści się po prostu ośmieszają. Kiedyś Bertolucci zachwycił świat „Ostatnim cesarzem”. Potem widzieliśmy „Przyczajonego tygrysa...” i „Hero”, a teraz Zhang Yimou przypieczętował wszystko i pokazał nam coś, co jest absolutnie chińskie i po prostu wielkie. Historia z X wieku została opowiedziana jak najbardziej współczesny dramat z elementami wielkiej tragedii i uczuć. Sceny batalistyczne, scenografia i kostiumy zapierają dech w piersiach. Nawet mam wrażenie, że gdybym nie miał podpisów angielskich i musiał oglądać film w oryginale, to doskonale rozumiałbym jego przekaz. Tego filmu nie można nie widzieć.

[do góry strony]

"Alpha dog", reż. Nick Cassavetes (USA – premiera w USA 12.01.2007)
Prymitywny, niby-śmieszny, a tak naprawdę żałosny i tandetny. Żałuję, że poszedłem to coś zobaczyć.

[do góry strony]

"Night at the Museum" (pol. "Noc w muzeum"), reż. Shawn Levy (USA – premiera w USA 22.12.2006)
Szkoda gadać!!! Absolutne dno!!!



[do góry strony]

"The Perfume. The Story of a Murderer" (pol. "Pachnidło"), reż. Tom Tykwer (Francja-Niemcy-Hiszpania – premiera w USA 27.12.2006)
Chyba 7 lat temu pewna znajoma studentka filologii germańskiej zachęciła mnie do przeczytania książki wyjątkowej. Nosi ona tytuł „Pachnidło” i została napisana przez Patricka Süskinda. Studentka powiedziała, że to prawdziwie pachnąca książka. I tak dokładnie tę książkę zapamiętałem. Nie potrafiłem po latach przypomnieć sobie zbyt wielu szczegółów, ale wiedziałem jedno: w czasie czytania w jakiś wyjątkowy sposób zapachy tam opisane pachniały w wyobraźni. Na interpretację kinową powieści czekałem bardzo. Niestety, jak zwykle Ameryka nie popisała się. Ponieważ film był europejski (mimo, że po angielsku), można go było zobaczyć jedynie w bardzo ograniczonej liczbie kin. Z powodu braku czasu w okresie kolędowym, wybrałem się do kina dopiero w ostatni dzień projekcji filmu, i to jeszcze na ostatni seans w detroickiej metropolii. Absolutnie nie żałuję. To powieść i film o tym, że zmysły potrafią rządzić człowiekiem. Ten, kto potrafi zapanować nad zmysłami innych, przejmuje nad nimi pełną kontrolę. To film o tym, jak bardzo niebezpieczne jest zaufanie jedynie zmysłom. To także przestroga, abyśmy nie byli zbyt pewni dróg, do których mogą nas zaprowadzić nasze zmysły. To film z genialną, absolutnie wspaniałą rolą drugoplanową Dustina Hoffmana. To dwie i pół godziny wspaniałego kina, chociaż czasami może zbyt ostrego i nawet odrażającego swym naturalizmem. Po prostu warto zobaczyć.

[do góry strony]

"Children of man" (pol. "Ludzkie dzieci"), reż. Alfonso Cuaron (USA – premiera w USA 25.12.2006)
Ten film to fantastyka realistyczna do bólu. Możemy przeżyć prawdziwy szok, gdy uświadomimy sobie, że wizja Europy pokazana przez reżysera jest wizją, która niestety może się spełnić, chociaż nie ma dzisiaj tak jednoznacznych przesłanek do tego. Guaron pokazuje Europę i świat walczący z emigrantami, izolujący ich od rdzennych obywateli z „dobrym” paszportem. To świat, gdzie człowiek nie może mieć zaufania do drugiego człowieka, bo nie jest w stanie uwierzyć w jakiekolwiek pozytywne intencje. W tym świecie pełnym gwałtu i chaosu rodzi się dziecko. To jedyna nadzieja tego filmu na lepsze jutro. Nadzieja od początku zagrożona, zwalczana, niszczona, ale jednak nadzieja.
Film nakręcony niezwykle przekonująco, realistycznie i z pewną dawką humoru sytuacyjnego (zwłaszcza doskonała scena z poszukiwaniem łódki „I need a boat...” – to lubię!).

[do góry strony]

"Eragon", reż. Stefen Fangmeier (USA – premiera w USA 15.12.2006)
Idąc na film myślałem, że takie sławy jak Jeremy Irons i John Malkovich obronią tę historyjkę przed krytyką. Niestety nie obronili. Tragedia. W połowie filmu miałem ochotę wyjść. Gdy widzę ulizanego hollywoodzkiego pajacyka wsiadającego na smoka, który ma problem z własną tożsamością, to po prostu mnie mdli. Nigdy więcej!

[do góry strony]

"Apocalypto", reż. Mel Gibson (USA – premiera w USA 8.12.2006)
Gibson jak zwykle zadziwia, zaskakuje, przeraża, porywa i fascynuje. Jedno jest pewne – on jest niezwykle konsekwentny. Nie pierwszy bowiem raz robi film, aby wygłosić prawdy absolutnie uniwersalne. Ten obraz mówi o zdecydowanej wojnie cywilizacji – wojnie na śmierć i życie. Nie jest to jednak wojna miedzy cywilizacją judeochrześcijańską, islamską, buddyjską czy pogańską. To o wiele bardziej uniwersalna wojna pomiędzy cywilizacją śmierci i cywilizacją miłości. Po stronie cywilizacji śmierci zawsze stoi brutalna siła, manipulacja społeczeństwem, przepych pozbawiony smaku i moralna zgnilizna. Taka cywilizacja zmiata po drodze wszystko, co jeszcze chce oddychać świeżym powietrzem. Taka cywilizacja nie dyskutuje i nie słucha racji piękna.
Gibson jednak chce przekonać wrażliwego widza, że zawsze warto stanąć w obronie miłości i swych świętych wartości. Wiara w świętość tego, co nadaje sens życiu zawsze dodaje sił, zdolności i mądrości do walki. I choć często trzeba uciekać na peryferia i wciąż zaczynać od nowa, to jednak warto.
Polecam absolutnie. Film dla koneserów, choćby nawet Agnieszka Holland myślała inaczej!

[do góry strony]

"Turistas", reż. John Stockwell (USA – premiera w USA 1.12.2006)
To już trzeci na przestrzeni kilku lat film, który wyraźnie pracuje nad tym, aby Amerykanie nie wyjeżdżali poza granice swego ukochanego kraju. "Euro Trip" (2004) i "Hostel" (2005) przestrzegały Amerykanów (oczywiście nie wprost) przed podróżami do Europy, której mieszkańcy tylko czyhają na turystów z "najwspanialszego kraju na ziemi", aby pozbawić ich godności i życia. Teraz kolej przyszła na Brazylię. Ten cudowny kraj pokazany jest tragicznie, strasznie i brutalnie. Jego mieszkańcy to złodzieje i bandyci, którzy dla pieniędzy zrobią wszystko (zwłaszcza z turystami z Ameryki). Dla kogoś oglądającego film w Europie może wydać się dziwne, że amerykańscy bohaterzy filmu dopiero po jakimś czasie dowiadują się (dzięki poznanej Australijce!!!), że język którym posługują się mieszkańcy Brazylii wcale nie jest językiem hiszpańskim, a portugalskim. Ci, którzy bardziej orientują się w realiach edukacyjnych naszego największego sojusznika, wcale nie będą się dziwić, gdyż poziom ignorancji Amerykanów wobec świata jest dostrzegalny tutaj gołym okiem.
Po tym filmie jedno jest niemal pewne – wśród amerykańskich widzów poza masochistami nie znajdą się chyba tacy, którzy chętnie wyruszą na wakacyjne wojaże poza granicę USA - zwłaszcza do Brazylii. Może i dobrze – więcej miejsca będzie dla nas.

[do góry strony]

"Casino Royal", reż. Martin Campbell (Wielka Brytania – premiera w USA 17.11.2006)
Jak to Bond – zobaczyć warto, ale zachwycać się nie ma czym.



[do góry strony]

"Happy feet", reż. George Miller (USA – premiera 17.11.2006)
Ministranci, zwłaszcza ci, którzy byli ze mną w tamtym roku w Sea World w San Diego, wiedzą dobrze, że mam słabość do pingwinów. Gdy więc wypatrzyli w czasie naszej ostatniej wyprawy do IMAX-a na "Open Season", że będzie niebawem premiera pingwinowego filmu, nie było rady - musieliśmy iść i na ten. Okazało się, że wszyscy wyszliśmy z kina zachwyceni. Pingwiny nie tylko były piękne, ale do tego śpiewały i miały poczucie humoru. Ten film nawet trudno zaklasyfikować do jakiegoś gatunku. To już nie jest tylko animacja. Ja osobiście bliski jestem nazwania go animowanym musicalem. Myślę, że każdy, kto ma jako takie poczucie humoru i lubi dobrą muzykę od Queenu aż po rap, nie wyjdzie zawiedziony z kina. Jest jeszcze jeden element, który warto zauważyć w tym obrazie. O dziwo, podejmuje on wątek ekologiczny. Wszyscy, którzy znają Amerykę i jej raczej obojętne spojrzenie na problem światowej ekologii, mogą nieźle się zdziwić oglądając "Happy feet".
Zdjęcia z kina: zdjęcie 1, zdjęcie 2.

[do góry strony]

"Deja Vu", reż. Tony Scott (USA – premiera 22.11.2006)
To bajka o tym, jak człowiek chce przechytrzyć czas. Ponieważ człowiek ma odpowiedni kolor skóry i jest Amerykaninem, więc wszystko mu się udaje. A ja wciąż nie przepadam za bajkami na poważnie i nie zachęcam nikogo do podobnych eksperymentów z czasem.

[do góry strony]

"Trzeci", reż Jan Hryniak (DVD) (Polska – 2004)
Film od początku kreuje się na dopowiedzenie czegoś do „Noża w wodzie”. Akcja zawiązuje się zgrabnie, a nawet humorystycznie i dramatycznie. Potem widz jest wciągany w tę układankę z wieloma niewiadomymi, by na końcu dowiedzieć się że chodziło o coś zupełnie innego. Lubię!!!


[do góry strony]

"Babel", reż. Alejandro González Iñárritu
Film zupełnie na nasze czasy i o naszych czasach. Akcja dzieje się jednocześnie, a w zasadzie niejednocześnie, w trzech miejscach: Maroku, Meksyku i Japonii. To trzy światy, trzy rzeczywistości, ale dotknięte jedną chorobą – cywilizacją. W każdym z tych miejsc widzimy egzystencjalne i duchowe cierpienie, z którym bohaterowie nie potrafią sobie poradzić. Obok frustracji, ludzkiej porażki i braku uczuć, pojawia się po prostu człowiek – meksykańska emigrantka-opiekunka, marokański tłumacz i japoński policjant. Oni ratują ten film, ale jeszcze bardziej "ratują" cywilizację. Pokazują, że w każdym miejscu i w każdej sytuacji człowiek może zachować swą godność bycia człowiekiem. Pokazują w ten sposób ogromną afirmację człowieczeństwa. Film przypominał mi trochę "Na skróty" Altmana, ale jest w nim coś więcej niż podobieństwo. To kino moralizatorskie i niezwykle przejmujące. Reżyser tak umiejętnie prowadzi nas od strachu i przerażenia do nadziei i wiary, że ma się wrażenie, iż jesteśmy raczej w kościele, niż na planie filmowym.

[do góry strony]

"Catch a fire" (pol. "Rozpalić ogień"), reż. Phillip Noyce
To kolejny po "Hotelu Ruanda" i "Wiernym ogrodniku" film poruszający problematykę Afryki - jej bolesnych i wciąż niezabliźnionych ran po tym czego doświadczyła i wciąż doświadcza od białego człowieka i jego cywilizacji.

[do góry strony]

"Saw III" (pol. "Piła III"), reż. Darren Lynn Bousman
Patrząc na ten film, a nawet jeszcze kilka dni po projekcji, wciąż stawiam sobie pytanie – po co kręci się takie filmy?


[do góry strony]

"Central do Brazil" (pol. "Dworzec nadziei"), reż. Walter Salles
Po latach przypomniałem sobie ten film. Absolutnie rewelacyjny. To film tęsknoty człowieka. Mówi o ludziach, którzy będąc samotni szukają wiary w drugiego człowieka. Ich samotność nie jest tylko wolnym wyborem. Jest konsekwencją przeszłości. Lekarzem tęsknot staje się mały chłopiec wierzący w piękno tego, co nas, ludzi, może łączyć.

[do góry strony]