Literatura - ostatnio przeczytałem...

Z rozwijanej listy poniżej wybierz tytuł książki (wg daty dodania):


"Opowieści chłodnego morza", Paweł Huelle
(Kraków 2008, wyd. Znak)

Ta książka nie powaliła mnie na kolana. Jest po prostu taka zwykła, przeciętna. Nie ma w niej nic błyskotliwego, szalonego, zaskakującego... po prostu jest rzetelnie napisaną książką. Pocieszające jest to, że autor nie chce czytelnika na siłę uszczęśliwiać ekstrawagancją formy, co jest niezwykle modne we współczesnej literaturze. Może więc jeśli ktoś jest już zmęczony współczesną, fajerwerkową twórczością, powinien sięgnąć właśnie po opowiadania Huelle ze względu na ich zwyczajność. Ja tak zrobiłem i nie żałuję, chociaż laudacji też nie potrafię po ich lekturze napisać.

[do góry strony]

"Pandrioszka", Krystyna Kurczab-Redlich
(Poznań 2008, Dom Wydawniczy Rebis)

A miało być tak pięknie... Kupowałem tę książkę z entuzjazmem. Chciałem przeczytać kolejny dobry tekst o Rosji. Zaintrygowało mnie to, że autorką książki jest osoba, która - jak pisze - przypadkiem trafiła do Rosji. Była przez kilka lat obserwatorem codziennego życia Rosjan. Po przeczytaniu kilku stron byłem pod wrażeniem, gdyż wszystko, co przeczytałem było absolutnym odzwierciedleniem tego, co sam doświadczałem będąc wielokrotnie w Rosji. I na tym mój entuzjazm się zakończył. Potem już było tylko gorzej.

Przy okazji tej recenzji chciałbym wyrazić swoją krótką opinię na temat trochę szerszy, niż ta książka. Chodzi o problem dziennikarstwa. Od jakiegoś czasu narasta we mnie przekonanie, że dzisiaj (może tak było zawsze?) słowo "dziennikarz" coraz częściej można uznać za synonim słowa "człowiek niekompetentny". Chodzi o to, że dziennikarze - o ile są w miarę dobrze wykształceni w rzemiośle pisania czy mówienia - to bardzo często po prostu nie wiedzą o czym mówią i piszą. O ile potrafią sprawnie używać pióra czy mikrofonu, o tyle nie potrafią mówić z sensem. Niektórzy może powiedzą, że się czepiam, ale gdy czytam wywody na temat, który jest moją zawodową pasją (chodzi o religię!), to zadaję sobie wciąż pytanie: "skąd oni biorą te teksty?". Ja rozumiem, że książka jest pewną osobistą prawdą, ale nie może ona być w sprzeczności z obiektywną prawdą i wiedzą. Nie może ktoś bronić swoich prawd, jeżeli są one sprzeczne z rzeczywistością. To świadczy o bardzo niskiej kulturze tego, kto chce coś nam przekazać. Kiedy wreszcie dziennikarze zrozumieją, że mają służyć i przekazywać prawdę, a nie ją tworzyć? Piszę tak o dziennikarzach w kontekście książki, gdyż autorka "Pandrioszki" jest właśnie zawodowym dziennikarzem. Może dlatego ma ona poważny problem z oceną pewnych obiektywnych rzeczywistości. A to, co autorka napisała na temat religii i Kościołów w Rosji (zwłaszcza na stronach 56-66) powinno wręcz budzić grozę w oczach czytelników, którzy choćby pobieżnie znają temat. Boję się takich dziennikarzy, którzy chcą urastać do roli mędrców. Trochę żałuję czasu, który poświęciłem lekturze tej książki.

[do góry strony]

"Dzień oprycznika", Władimir Sorokin
(2008, wyd. WAB)

Mam nadzieję, że ta książka stanie się dla mnie początkiem większego projektu czytelniczego. Po wielu latach zaczynam na nowo marzyć, by znowu "wrócić" do Rosji, która zawsze mnie fascynowała i przerażała zarazem. Powrót zaczynam więc od literatury. "Dzień oprycznika" nie jest pierwszą książką Sorokina w mojej biblioteczce, lecz dla przekory z nią postanowiłem się zmierzyć na samym początku "powrotu".

Autor opisuje Moskwę i Rosję przyszłości. Im głębiej jednak wkraczamy w tą barwną opowieść, tym bardziej widzimy, że przyszłość to zakamuflowana teraźniejszość. Może przy drugiej lekturze tej książki wytrwały czytelnik znający dobrze Rosję odkryje jeszcze więcej zbieżności. Czytając Sorokina odnosi się wrażenie, że jest wielkim krytykiem dzisiejszej władzy. Krytyka jednak idzie znacznie dalej, gdyż przeradza się w dramatyczne i tragiczne proroctwo. Oby nigdy się nie spełniło...

[do góry strony]

"Senność", Wojciech Kuczok
(2008, wyd. WAB)

Lubię czytać książki napisane świetnym, wyrafinowanym i niezwykle dowcipnym językiem. Lubię książki, w których zawikłane losy bohaterów układają się w ostatniej odsłonie w barwna mozaikę. Nie lubię natomiast, gdy nawet najbardziej sprawne szafowanie słowem zasłania formą treść. Nie lubię, gdy autor chce mnie na siłę bawić i czarować. Może już za stary na to jestem, a może za dużo już przeczytałem podobnych książek, a może przestały mnie już po prostu bawić. Chciałbym czegoś więcej.

[do góry strony]

"Chesterton. Obrońca wiary", Jaga Rydzewska
(Ząbki 2004, wyd. Apostolicum)

Księża święceni przed ostatnim Soborem bardzo często posługiwali się w przepowiadaniu cytatami z Chestertona. Ja wychowałem się w takim Kościele, w którym o Chestertonie nie mówiono, albo mówiono niewiele. Postać tego wielkiego dziennikarza i apologety chrześcijaństwa intrygowała mnie od dawna. Kilka miesięcy temu wpadła mi w ręce książka biograficzna o nim. Wreszcie dowiedziałem się, kogo tak często mój proboszcz iławski i wielu innych dostojnych kapłanów przywoływało w swych kazaniach. Teraz, po lekturze książki, nie dziwię się popularności Chestertona.

To wspaniała postać, człowiek legenda, a niektórzy twierdzą nawet, że to może być przyszły święty. Chesterton był anglikaninem, ale pod wpływem głębokiego zainteresowania chrześcijaństwem, poznawania jego historii i rozmów z zaprzyjaźnionym księdzem, postanowił przejść na katolicyzm. Wszystko działo się w Anglii, która od pięciuset lat była i jest alergicznie nastawiona do wspólnoty katolickiej.

Książka Rydzewskiej jest napisana bardzo interesującym, dziennikarskim językiem. Wplecione w nią wątki biograficzne, świetnie dobrane cytaty z książek i artykułów Chestertona powodują, że tytułowy bohater staje się nam niezwykle bliski. Polecam przeczytanie tej książki, a jeszcze bardziej zachęcam do sięgnięcia po książki samego Chestertona. Chwała Bogu, że Fronda zaczęłą po latach nadrabiać zaległości i wydawać dzieła tego wielkiego znawcy i obrońcy chrześcijaństwa.

[do góry strony]

"Cudze pole. Przypadki Księdza Grosera", Jan Grzegorczyk (Poznań 2007, wyd. Zysk i s-ka / W drodze)
Po "Adieu" i "Truflach" przyszedł czas na trzecią część przypadków księdza Grosera. Wydaje się, że to zdecydowanie najodważniejsza z części. Czytając tę książkę można jednak odnieść wrażenie, że autor ulega pewnej pokusie dziennikarskiego pisania. Książka jest błyskotliwa, akcja wartka, wątki interesujące, ale jednak chyba trochę za dużo tutaj sensacyjności. Wcześniejsze części były jakby delikatniejsze, wolniejsze, ale i jednocześnie przyjemniejsze w czytaniu. Rozumiem, że teraz po dużym sukcesie pierwszych książek Grzegorczyk chce zawalczyć o czytelnika dotąd stojącego z boku. Szkoda, że robi to takim bardzo telewizyjnym chwytem. Może być tak, że zdobędzie dzięki "Cudzemu polu" nowych czytelników, ale jednocześnie starci wielu starych. Nie jest dobrze, gdy w jednej książce gromadzi się wszystkie możliwe przypadki odstępstw, zdrad i niewierności w życiu kapłańskim i zakonnym. Czytelnik żyjący w luźniejszych relacjach z Kościołem może odczytać te przypadki jako zachętę do odstąpienia od wspólnoty, która jest według książki bardziej grzeszna niż święta. Dla człowieka znającego i rozumiejącego realia życia wspólnoty kościelnej, nie ma tutaj nic, co mogłoby zachwiać wiarą. Ostatecznie nie wiem co powiedzieć o tej książce. Z jednej strony podoba mi się jej odwaga i bezkompromisowość, a z drugiej boję się o jej czytelników. A może nie powinienem się obawiać?

[do góry strony]

"Dojczland", Andrzej Stasiuk (Wołowiec 2007, Wyd. Czarne)
Stasiuka lubię od zawsze, więc naturalną rzeczą było sięgnięcie po tę pozycję. Niemcy lubiłem i ceniłem kiedyś jako kraj, ale moi przełożeni oduczyli mnie tej sympatii. Książka Stasiuka wpisuje się w obecną moją niechęć do wszystkiego, co przypomina mi Niemcy z najpiękniejszych czasów. Autor "Dojczlandu" wędruje po niemieckich dworcach kolejowych i lotniskach, aby odsłonić przed nami różnicę, która od zawsze odróżnia Słowian od Niemców. Stasiuk robi to genialnie, mocno, kategorycznie, śmiesznie i prawdziwie. Tę książkę uważam za obowiązkową lekturę dla tych, którzy byli, są lub będą mieszkańcami - albo choćby zwiedzaczami - naszego zachodniego sąsiada. To książka bolesna (dla sąsiadów), a prawdziwa (dla nas), lecz każdy i tak powinien sprawdzić (najlepiej na własnej skórze) to, co napisał autor. Tak jak zrobiłem to na przykład ja. Nie żałuję, choć nie chcę już tego drugi raz przerabiać. Dzisiaj wolę zamiast odwiedzin w Niemczech usiąść i raz jeszcze poczytać "Dojczland".

[do góry strony]

"Cały czas", Janusz Anderman (Kraków 2006, Wyd. Literackie)
Historia jednego z pospolitych łajdaków, który na podstępie, kłamstwie i cwaniactwie zdobył sławę i uznanie najpierw za tamtej Polski, a potem także i za tej. To swoiście wykrzywiony opis środowiska wykształciuchów, którzy myśleli i do dzisiaj myślą, że są inteligencją.

[do góry strony]

"Telefrenia", Edward Redliński (Warszawa 2006, Wyd. Świat Książki)
Książka o uzależnieniu od mediów, mody, zewnętrzności, od całego tego przyziemnego świata. To także powieść o chorych relacjach rodzinnych, gdzie w miejsce miłości osób najbliższych wszedł z kopytami świat krzykliwy i zachłanny na popularność. Wreszcie, to także książka o relacji i miłości ojca i syna. Relacji, która w dzisiejszym świecie jest szczególnie zaniedbana i spychana na dalszy plan życia rodzinnego. W tej książce może przejrzeć się wielu, którzy próbowali i wciąż próbują zdobyć świat, wchodząc w jego pajęczynę.

[do góry strony]

"Skaza", Magalena Tulli (Wołowiec 2006, Wyd. Czarne)
Kolejna książka nominowana do NIKE. Nie jestem nią zachwycony, chociaż podziwiam konsekwencję realizacji pomysłu literackiego. Wszystkie powieści Tulli czyta się raczej trudno. Wymagają one ogromnego zaangażowania czytelnika. Na własny użytek nazwałem tę książkę powieścią uwewnętrznioną. Zabieg autorki polegający na opisie jednego wydarzenia, widzianego kolejno oczami niemal wszystkich jego uczestników, jest niezwykle śmiały. Prowadzi do tego, że czytelnik może odnosić wrażenie, że jest w samym centrum wydarzenia. Niemal kreuje to wydarzenie i jest „wszechwiedzący”, gdyż zna odczucia wszystkich bohaterów. Myślę, że to książka, do której powinno się wracać, aby ciągle być odkrywcą. Ja jednak nie planuję w najbliższym czasie tego powrotu, gdyż wyczerpał mnie pierwszy kontakt.

[do góry strony]

"Dom Róży. Krysuvik", Hubert Klimko-Dobrzaniecki (Wołowiec 2006, Wyd. Czarne)
Dwa w jednym – mówiąc najkrócej. To dwa utwory, które są różne pod względem formy, treści, przekazu i pomysłu. Mimo to są dla siebie wspólne. Czytelnik decyduje, który z nich przeczyta jako pierwszy - bardzo ciekawy pomysł i wspaniale przemawiający do wyobraźni. Dla mnie zdecydowanie ciekawszy jest utwór pt. "Dom Róży". To opowiadanie o smutnej rzeczywistości bogatego kraju, który może być nęcący dla emigrantów z Polski, ale gdy stanie się z nim twarzą w twarz, potrafi przerazić. To strasznie smutny opis starości i bezradności w nowoczesnym społeczeństwie. To także opis pustki wewnętrznej pokolenia młodych, których jedynym zajęciem jest zarabianie kasy i konsumpcja bez granic. To opis naszych czasów.

"Krysuvik" to opowieść zupełnie inna, chociaż z wyraźnym przełomem, zaskoczeniem, zmianą. To obraz człowieka, który marzy o normalności, stabilizacji, miłości, ale gdy to wszystko otrzymuje, chce ciągle czegoś więcej i to go gubi. Jakże to powszechny obraz naszej codzienności. Książka jest nominowana do NIKE, ale jej nie dostanie, bo autor ma zbyt jednoznaczne i negatywne spojrzenie na lobby gejowskie. To jeden z najjaśniejszych punktów tej książki.

[do góry strony]

"Powrót Aleksandra", Zbigniew Kruszyński (Kraków 2006, Wyd. Literackie)
Spodziewałem się więcej po tej książce. Niestety rozczarowanie narastało z każdą przeczytaną stroną. Opowiadania te są napisane językiem dla mnie zupełnie niestrawnym. Rozumiem, że autor chciał w małej formie zmieścić dużo treści, ale dlaczego robi to przy pomocy tak kompletnie niezrozumiałych, karkołomnych dygresji? Czytając tę książkę miałem ciągle wrażenie, że gdzieś z autorem biegniemy. Ja zdecydowanie nie nadaje się na literaturowego biegacza. Książka mnie znudziła, zamęczyła i odrzuciła od siebie. Jest to kolejny nominat to NIKE. Miejmy nadzieje, że jej nie zdobędzie.

[do góry strony]

"Widnokrąg", Wiesław Myśliwski (Kraków 2007, Wyd. Znak)
Jest to niezwykle czysta, klarowna i rzetelnie napisana litaratura. Sześćset stron książki to opowieść o codziennym życiu, ale przedstawiona w sposób niecodzienny. Autor we wszystkim niemal dostrzega jakieś magiczne piękno. Piękno, którego nie nazywa i nie wskazuje bezpośrednio. To piękno codzienności, zwyczajności – piękno normalnego ludzkiego życia. Ogromnie zachwycały mnie w tej książce cudownie wkładane w usta bohaterów dygresje. Od tego momentu Myśliwski staje się dla mnie mistrzem dygresji. "Widnokrąg" powinien się znaleźć w każdej szanującej się biblioteczce. Warto do niego często zaglądać. Zwłaszcza, gdy tracimy poczucie piękna w naszym zwyczajnym życiu. Gdybym miał skomentować tę książkę jednym zdaniem, to byłoby to zdanie z piosenki zespołu Myslovitz: "Upadamy wtedy, gdy życie przestaje być dla nas codziennym zdumieniem". Nie upadajmy więc – Myśliwski mówi nam, że życie może być zawsze codziennym zdumieniem.

[do góry strony]

"Jezus z Nazaretu", Joseph Ratzinger - Benedykt XVI (Warszawa 2007, WAB)
Jan Paweł II przyzwyczaił nas do wyjątkowości tekstów, które pisał. Przyzwyczaił nas do tego, że mogliśmy czytać nie tylko jego dogmatyczne teksty, ale również i te pisane w "świecki" sposób.

Benedykt XVI idzie tymi samymi śladami. Jego pierwsza niedogmatyczna książka, wydana w czasie pontyfikatu, to właśnie "Jezus z Nazaretu". Już we wstępie Ojciec Święty pisze, że każdemu z czytelników wolno mieć przeciwne zdanie, niż autor książki. Prosi jednak, aby każdy czytelnik postarał się o odrobinę sympatii, bez której niemożliwe jest jakiekolwiek zrozumienie. Natchniony tym wezwaniem, przystąpiłem do lektury.

Od pierwszych stron czułem, że czytam niezwykłą książkę. Co prawda chwilami trąci akademickimi rozważaniami dla bardzo wąskiego grona, ale jednak większa część takstu jest napisana z niezwykłą pasją poszukiwacza i miłośnika prawdy o Jezusie. Wspaniałe rozważania na temat "Ojcze nasz" powinny stać się obowiązkową lekturą wszystkich wierzących. Medytacje nad poszczególnymi chrystologicznymi przypowieściami Jezusa były dla mnie prawdziwą ucztą duchową, która pozwoliła odkryć absolutnie nowe treści w tekstach znanych mi doskonale i rozważanych od lat. Rozdział poświęcony kuszeniu Jezusa przez szatana to tekst najwyższych lotów teologicznych i intelektualnych. Po raz pierwszy odkryłem w ewangelicznych opisach kuszenia treści, których nigdy wcześniej nie dostrzegałem. To prawdziwe duchowe "oświecenie".

Książka ta śmiało może stać się podręcznikiem do pogłębionej katechezy dla dorosłych, którzy otrzymali już solidną formację religijną i obrzędową. To pozycja wymagająca od czytelnika wdrapywania się na tematy trudne i wymagające od nas głębokiego zamiłowania do poszukiwań prawdy. To pozycja nie do czytania do poduszki, ale raczej do medytowania na kolanach. Sam czytałem ją w konfesjonale, bo po pierwszych stronach stwierdziłem, że ślęczenie nad nią w prywatności własnego pokoju jest jakimś okaleczaniem, czy zubożaniem prawdy z tego co najważniejsze – z modlitwy i bliskości z Panem.

[do góry strony]

"Nagrobek z lastryko", Krzysztof Varga (Warszawa 2007, WAB)
To była moja wakacyjna lektura. Lubię takie książki. Z jednej strony ostra i mocna, a z drugiej prawdziwa i śmieszna. Autor opisał naszą chorą rzeczywistość, stając się widzem z dalekiej przyszłości. Świetnie czyta się ironiczne i wręcz szydercze opisy codzienności, która dla nas jest normą, a dla bohatera staje się jedynie historyczną opowieścią. Czasami marzę, aby obudzić się za kilkadziesiąt lat i z ulgą stwierdzić, że świat znormalniał. Ta książka pomogła mi nabrać większego dystansu do rzeczywistości, która mnie otacza. Warto poczytać.

[do góry strony]

"Szklana huta", Daniel Odija (Wołowiec/Warszawa 2006, Czarne/Pruszyński i S-ka)
Zawsze lubiłem czytać krótkie formy literackie. One pokazują bez zniekształceń umiejętności pisarza. Wielką sztuką jest zapisać na kilku stronach zwartą i logiczną fabułę. Odija w wielu swych opowiadaniach potrafił sprostać wyzwaniu tej formy. Jego utwory to jednoznaczne świadectwa rozrachunku ze zdziczałą codziennością. Opisał świat akwizytorów, złodziei, policjantów, pijaków i lekarzy. Potrafił również, niemal metafizycznie, spojrzeć na sens naszych twarzy, rzeczywistość śmierci i narodzin oraz codziennego zmagania z własną bezsilnością. Niektóre opisy to istne majstersztyki słownych piramid. Podziwiam, chociaż mam wiele zastrzeżeń, co do poziomu piękna języka w niektórych opowiadaniach. Nie zawsze treść usprawiedliwia formę i nie zawsze forma usprawiedliwia treść.

[do góry strony]

"Lala", Jacek Dehnel (Warszawa 2007, WAB)
Jedna z najgenialniejszych książek, jakie ostatnio czytałem. Tak już od wielu lat nikt w Polsce nie pisał. Nie do pomyślenia jest fakt, że można napisać książkę niemal pamiętnikarską z takim rozmachem, poczuciem humoru i stylem. Ostatnie rozdziały o odchodzeniu babci to chyba najpiękniejsze teksty o godności starości, jakie powstały we współczesnej literaturze polskiej. Ogromnie nam dzisiaj brakuje takich tekstów. Dehnel jest naszej literaturze po prostu potrzebny jak powietrze. Czekam na kolejne książki.

[do góry strony]

"Reisefieber", Mikołaj Łoziński (Kraków 2006, Wyd. Znak proza)
Łoziński to kolejny ciekawy i ambitny pisarz najmłodszego pokolenia. W swej książce opisuje doświadcznia utraty sensu egzystencji i żalu, że życie jest takie, a nie inne. Główny bohater (Daniel) leci z Ameryki do Europy, aby odkryć prawdę o swej matce, której od lat nie chciał znać. Odkrywanie prawdy o matce staje się odkrywaniem prawdy o Danielu i znaczeniu ludzkich relacji. To przejmująca książka o konieczności poszukiwania dróg do serc i umysłów ludzi, z którymi żyjemy w biskości naszych rodzin, małżeństw i przyjaźni. Jestem pod wielkim urokiem tej powieści.

[do góry strony]

"Baltazar", Sławomir Mrożek (Warszawa 2006, Wyd. Noir sur Blanc)
Przedziwna to książka. Pamiętam doskonale czasy, gdy (jeszcze nielegalnie) zaczytywaliśmy się Mrożkiem w szkole średniej. Jeszcze dokładniej pamiętam czasy (tuż po upadku komuny), gdy niemal każdy polski teatr chciał mieć w sezonie przynajmniej jeden utwór autora "Portretu" w repertuarze. Wtedy także i ja na tym skorzystałem. Nie zliczę Mrożkowskich sztuk, które obejrzałem na deskach teatrów w czasie moich studiów. "Baltazar" jest utworem innego Mrożka. Jak sam autor przyznaje w zakończeniu - to książka, która nie pretenduje do doskonałości. Niemniej myślę, że przez swoją inność i nowość spojrzenia właśnie ta książka stanie się niemal lekturą obowiązkową wszystkich czytających Mrożka dwadzieścia, trzydzieści, czy nawet czterdzieści lat temu. "Baltazar" powstał jako terapia dla autora. Po udarze mózgu i afazji, która spowodowała niemal zupełne zagubienie języka (wszystkich języków jakie znał) Mrożek postanowił za namową lekarzy napisać swoją autobiografię. Nazwał ją imieniem, jakie od teraz symbolicznie nosi on sam. Stwierdził, że utrata języka i choroba doprowadziły do tego, że już nie ma Mrożka – jest Baltazar. Znając utwory starego Mrożka, trudno jest przywyknąć w trakcie czytania do tego "nowego" stylu i samej formy literackiej utworu. Chociaż czasami spoza typowej pisaniny pamiętnikarskiej wyziera stary Mrożek, ale to dobrze.
W "Baltazarze" bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie fragmenty prawdziwego zawstydzenia i żalu ze związku autora z systemem totalitarnym poprzez kilkuletnią przynależność do PZPR. To jeden z niewielu ludzi kultury, który tak prawdziwie i szczerze potrafił się z tym rozliczyć. Przepiękne i niemal wzruszające są ostatnie fragmenty książki o starości, o chorobie i przede wszystkim o Polsce. To niezwykłe, że ten obywatel świata mieszkający wiele lat poza Ojczyzną pisze: "Ale teraz mogę mówić i pisać tylko po polsku i odczuwam ulgę jak ktoś, kto po długiej wędrówce zawitał do domu rodzinnego".
Książka ze wszech miar godna polecenia.

[do góry strony]

"Wyspa", Eustachy Rylski (Warszawa 2007, Wyd. Świat Książki)
Nic mnie w tej książce nie zainteresowało. Nawet przez chwilę myślałem, że autor chce wykorzystać chwilową większą popularność, dlatego tworzy coś na siłę. Po przeczytaniu całości odszedłem od takiego myślenia, ale dalej nie wiem jaki przekaz autor chciał zamieścić w tych kilku opowiadaniach. Jak dla mnie są jakieś mdłe, nudne i pisane jakby bez celu. Wypada jedynie wierzyć, że Rylski zachwyci nas może kolejną swoją książką, na którą już teraz czekam, aby zatrzeć w sobie wrażenie z "Wyspy".

[do góry strony]

"O bibliotece", Umberto Eco (Warszawa 2007, Wyd. Świat Książki)
Kto by pomyślał, że z tak wydawałoby się nudnego tematu, jakim jest biblioteka, można uczynić temat ksiązki. Eco zastosował zaskakującą metodę, gdyż ukazał znaczenie miejsca jakim jest biblioteka, poprzez opisanie zaprzeczenia biblioteki. W osiemnastu punktach wypisał to, co może być w bibliotece najgorsze dla jej użytkowników. Na szczęście nie pozostał jednak na etapie tylko negatywnego spojrzenia. Opowiedział też o dwóch bibliotekach, które w ciekawy sposób rozwiązują swoje problemy organizacyjne. Jedna z nich to Sterling Library w Yale, a druga to biblioteka uniwersytetu w Toronto. Najciekawszym jednak zestawieniem tej książki jest przejście od metafizyki (tak tak, metafizyki) biblioteki, do jej praktycznego znaczenia w społeczeństwach i całym świecie. Dla tego zaskakującego połączenia warto zajrzeć do książki.

[do góry strony]

"Kapuściński: nie ogarniam świata", Witold Bereś, Krzysztof Burnetko (Warszawa 2007, Wyd. Świat Książki)
Po śmierci mistrza reportażu powiedziano o jego twórczości i o nim samym chyba już wszystko. Nie chcę wysilać się na oryginalność i szukać dziury w całym, aby być innym od pozostałych. Skromnie więc powiem tylko, że z zamieszczonych tutaj wywiadów mnie najbardziej uderzyło to, co myślał Kapuściński o współczenej Ameryce. Zgadzam się z nim całkowicie, że już niemal widać jej kres... Co do Polski powiedział natomiast kilka zdań, które najbardziej dostrzegają ci, co w Polsce tylko bywają. Chodzi mianowicie o bardzo niską kulturę stylu życia społeczeństwa i odnoszenia się człowieka do człowieka. Książka jest - jak każda jego książka - po prostu godna polecenia.

[do góry strony]

"Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej środkową", Jurij Andruchowych, Andrzej Stasiuk (Wołowiec 2001, Wyd. Czarne)
Mówiłem, że odpocznę sobie od Stasiuka na jakiś czas, ale nie wytrzymałem. Książka zainteresowała mnie połączeniem dwóch opowiadań na jeden temat. To dwugłos ukraińsko-polski o Europie. Trzeba pamiętać, że wydano tę pozycję 3 lata przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej i na 5 lat przed pomarańczową rewolucją. Niemniej to, o czym piszą autorzy wciąż jest aktualne. Andruchowycz rozpoczyna swoje rozważania od bardzo nieciekawego filozoficznego obrazu czasu. Bardzo nie lubię, jak pisarz na siłę chce być filozofem, a nie został do tego powołany. Ten fragment bardzo mnie zmęczył. Za to kolejna część utworu opowiadająca historię rodzinną jest wspaniała i absolutnie przyćmiewa początek.
Stasiuk natomiast w stylu, który dobrze już znam i lubię, opowiada o swoim miejscu osobistym w Europie, o swoim świecie i swoim spojrzeniu na nasz piękny kontynent, a zwłaszcza na jego część środkową. Przepięknie maluje rzeczywistość połączenia ludowości z nowoczesnością. Takiego Stasiuka lubię najbardziej i natychmiast mam ochotę przeprosić się ze wszystkim, co napisał.

[do góry strony]

"Rozmowy o Biblii. Nowy Testament", Anna Świderkówna (Warszawa 2003, Wyd. PWN)
To miał być ostatni tom rozmów, ale na szczęście pojawiają się już kolejne. Pani Profesor z ogromną naukową erudycją opowiedziała czytelnikom tym razem o Nowym Testamencie. Wielką przyjemnością jest czytanie takich książek. Zwłaszcza, gdy mamy świadomość wielkości naukowego autorytetu autora, a jednocześnie czytając widzimy niezwykle piękną łatwość przekazu treści trudnych. Szczególnie chciałbym zwrócić uwagę na to, o czym sama autorka mówi w zakończeniu książki. Całe bowiem "Rozmowy o Biblii" są skierowane nie tylko do tych, którzy wierzą w Boga i wierzą Bogu. W zamierzeniu autorki książki te mają przekazać naszym braciom niewierzącym coś niecoś o tym, w co wierzymy i powiedzieć to w taki sposób, byśmy mogli się wzajemnie zrozumieć. Jednocześnie są to książki o tym, jak fascynująca może być dla każdego (bez względu na jego poglądy) lektura Biblii. Pismo Święte jest bowiem zjawiskiem jedynym w swoim rodzaju w naszej cywilizacji. Serdecznie zachęcam wszystkich do lektury dzieł Anny Świderkówny.

[do góry strony]

"Rynek w Smyrnie", Jacek Dehnel (Warszawa 2007, WAB)
Żałuję, że dopiero teraz odkrywam literaturę Jacka Dehnela. Na szczęście to młody człowiek, więc jeszcze się z jego twórczością będę miał czas zaprzyjaźnić. "Rynek w Smyrnie" to tomik opowiadań, które mnie urzekły przede wszystkim niezwykle wysublimowanym językiem. Językiem, który (to niezwykle rzadkie odczucie) jest nie narratorem, opowiadaczem, lustrem, ale wręcz pierwszoplanowym bohaterem opowiadań. Wyjątkowy to dar pisać w taki sposób. Od czasu mojego wyjazdu na emigrację, język stał się dla mnie jednym z zasadniczych podmiotów codzienności i potrafię docenić bardziej niż kiedykolwiek człowieka kochającego język. Odkryłem w tej książce kilkanaście stron tak napisanych, że czytając je zapomniałem zupełnie o akcji utworu. Piękna forma przeniosła mnie bowiem na inny poziom odbioru. Może jest tak również dlatego, że zmęczyli mnie ci współcześni pisarze, którzy na siłę chcą być oryginalni, a często w zauroczeniu oryginalnością zapominają o dbałości formy. Wobec nich Dehnel to mistrz piękna. Nie mogę się już doczekać, kiedy wezmę do ręki wcześniejszą książkę Dehnela („Lala”), a potem oczywiście podzielę się z Wami swoimi przeżyciami.

[do góry strony]

"Tekturowy samolot", Andrzej Stasiuk (Wołowiec 2001, Wyd. Czarne)
Jestem rozczarowany tą książką. Jak Stasiuka cenię, pisałem już nie raz i nie dwa. Teraz jednak jestem rozczarowany i to muszę także szczerze napisać. Oczywiście ten zbiór felietonów nie jest jednolicie słaby. Są teksty całkiem niezłe (np. "W poszukiwaniu zdradzonego czasu"), odważne (np."Fantomy po przystępnej cenie"), mądre (np."O starości i śmierci") i przewrotne (np. "Święty Gral i detektywi"). Mimo to ogólnie książka mnie zmęczyła i odrzuciła na jakiś czas od Stasiuka. Tyle tylko mogę i chcę powiedzieć.

[do góry strony]

"Fototapeta", Michał Witkowski (Warszawa 2006, WAB)
Po bulwersującej i strasznie słabej książce "Lubiewo" mamy kolejną słabą książkę Witkowskiego. Czytałem i czekałem, kiedy wreszcie coś w niej znajdę godnego tych paru złotych, które za nią zapłaciłem. Nie znalazłem niestety nic. Krytycy oczywiście już pływają w zachwytach, bo inaczej zabraknie im gestu tolerancji, o który wszystkim teraz chodzi. Szukają w tym dziełku jakiejś gombrowiczowszczyny, a ja czytam i widzę jedno wielkie pozerstwo. Ależ to smutne tak się wozić. Niby to śmieszne ma być, niby inteligentne, a jest nic nie warte. Jestem przekonany, że jeśli czytelnik nie będzie się sugerował głosem krytyki i nie będzie szukał taniej rozrywki słownej, to sam zobaczy, że po skończeniu tej książki w duszy, sercu, umyśle nie pozostaje nic... dosłownie nic! Szkoda czasu!

[do góry strony]

"Kontrabasista i inne utwory", Patrick Süskind (Warszawa 2007, Świat Książki)
To było do przewidzenia. Po sukcesie ekranizacji „Pachnidła” można wreszcie na rynku księgarskim nabyć kolejne utwory Süskinda. Z wielką przyjemnością przeczytałem ten tom opowiadań. O „Kontrabasiście” słyszałem wcześniej i potwierdzam wszystkie dobre rzeczy, jakie temu utworowi przypisują krytycy. Pozostałe opowiadania mają bardzo podobny klimat. Ich bohaterowie to ludzie dziwni, pełni fobii, lęków i kompleksów, ale mimo to bardzo mocno osadzeni w swej rzeczywistości. To ludzie, w których niemal każdy z nas może się przejrzeć i ujrzeć cząstkę siebie. To z jednej strony jednostki wybitne, wyjątkowe, inne niż otaczająca je rzeczywistość, a jednocześnie pragnące spokoju, harmonii ze światem i w sobie. Przy pomocy tych postaci Süskind ukazuje czytelnikowi świat najprostszych i najgłębszych zarazem marzeń, jakimi chciałby żyć każdy człowiek na ziemi. Polecam gorąco tę książkę.

[do góry strony]

"Cień wiatru", Carlos Ruiz Zafón (Warszawa 2005, Wyd. Muza SA)
Wiele osób polecało mi przeczytanie tej książki. Cieszę się, że trafiła do moich rąk, chociaż powiem szczerze, że liczyłem na coś jeszcze lepszego. Bardzo dobrze i w wielkim napięciu prowadzona fabuła powoduje niechęć do odkładania książki choćby na minutę. Jak więc zacząłem, tak i musiałem jak najszybciej zakończyć lekturę. Historia dotyczy pewnej książki i tego, co wydarzyło się w życiu jej autora oraz tych wszystkich, którzy przeczytali jej treść. Autor tak malowniczo prowadzi czytelnika po najpiękniejszych miejscach i zakamarkach Barcelony, że aż chęć bierze zaplanować najbliższy urlop w tym mieście. Do tego piękna jednak dodany jest wątek detektywistyczno-makabryczny i to powoduje, że książka może podobać się wielu nawet bardzo wybrednym czytelnikom. Ja w każdym razie nie żałuję, że ją przeczytałem.

[do góry strony]

"Najgorętsze lato", Zsuzsa Bánk (Wołowiec 2006, Wyd. Czarne)
Książka obrzydliwie feministyczna. Autorka w bardzo zakamuflowany, a jednak wyraźny sposób (i to wcale nie jest sprzeczność) wyraża swą niechęć wobec mężczyzn. Jedyni bohaterowie „samcy” to: mąż sadysta, kolega gej i trup. Nawet, gdy się pojawiają mężczyźni, to są jedynie tłem dla przeżyć mądrych, uczuciowych, szlechetnych, dobroczynnych i niezwykle cudownych kobiet. A kobiety bohaterki niemal wszystkie trącą lesbijskimi poglądami i strasznie sfanatyzowanym zachwytem nad sobą. Książka żałosna. Postanowiłem, że to pierwsza i zarazem ostatnia pozycja tej autorki w mojej biblioteczce i w moich rękach. Absolutnie odradzam lektury tego pokroju, chyba że ktoś chce sobie trochę wykrzywić patrzenie na nasz piękny świat.

[do góry strony]

"Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku", Dorota Masłowska (Warszawa 2006, Wyd. Lampa i Iskra Boża)
Po traumatycznych czytelniczych doświadczeniach z książką Zsuzsy Bank chciałem sobie poprawić humor inną książką napisaną przez kobietę. Wszystko po to, aby nikt mi nie zarzucił literackiego szowinizmu. Wybrałem Masłowską i to był strzał w dziesiątkę. Dawno już nie śmiałem się tak obficie przy czytaniu jak teraz. Ta trzecia książka naszej młodej pisarki ma w sobie coś wyjątkowego. To połączenie świetnego humoru, groteski, tragikomedii i dramatu. Jedyne zastrzeżenia mam jak zwykle do języka. Ja rozumiem funkcję, jaką mogą pełnić, nawet w języku literackim, wulgaryzmy. Tutaj jest ich jednak chyba trochę za dużo. Niemniej będę wracał do tej książki, aby sobie od czasu do czasu poprawić humor.

[do góry strony]

"Kiedy byłem dziełem sztuki", Eric-Emmanuel Schmitt (Warszawa 2007, Wyd. Znak)
Każda książka Schmitta wywołuje we mnie natychmiastową chęć przeczytania. Autor posiada fascynującą umiejętność wciągania i trzymania czytelnika w ogromnym napięciu i oczekiwaniu. Jego fabuła jest zawsze tak dobrze skonstruowana, że nie można absolutnie zatrzymać się w trakcie czytania.
Tym razem Schmitt rozpoczyna swoją powieść od niezwykle tragicznych okoliczności – od próby samobójstwa. Dowiadujemy się, że główny bohater przeżywa swój życiowy dramat nieakceptacji siebie i swojego życia. W cudowny niemal sposób zostaje jednak odwiedziony od próby samobójczej, lecz jego zwycięstwo staje się początkiem prawdziwej tragedii. Jak wszystkie książki Schmitta, tak i ta kończy się swoistym wysublimowanym happy endem. Jest to utwór poruszający ogromną ilość absolutnie aktualnych i chyba zawsze fundamentalnych tematów. Ostatecznym ich związaniem i podsumowaniem jest temat nadrzędny, czyli kryzys cywilizacji. Autor prowadzi nas najpierw przez pasjonujące rozważania na temat bardzo mi bliski, czyli kryzys współczesnej kultury. Z tego kryzysu bardzo zgrabnie przechodzimy do absolutnie jednoznacznego związku z kryzysem człowieka, a wszystko rozpoczyna się od kryzysu podstawowego, czyli kryzysu rodziny.
Książka od początku do końca podejmuje temat-echo, czyli problem sensu człowieczeństwa i jego wielkości ukrytej w duszy. Wszystkie jednak smutne i prawdziwe rozważania autora zmierzają do tego, co najważniejsze, czyli do afirmacji życia i człowieczeństwa. To jest największa wartość tej książki. Mógłbym o niej pisać jeszcze wiele, ale to nie zastąpi jej samej, więc ruszaj czytelniku w tę niezwykłą przygodę.

[do góry strony]

"Być jak płynąca rzeka", Paulo Coelho (Warszawa 2006, Świat Książki)
Zacznę od tego, że nie lubię Coelho. Nie lubię, choć czytam. Znam jego wszystkie wydane na polskim rynku książki, a więc nie lubię i wiem dlaczego. Nie lubię go za populizm, płycizm, synkretyzm i niestety częsty brak wiedzy na tematy, które próbuje dogłębnie opisać. Nie lubię, ale gdybym miał wybierać książkę, która jest dla mnie najbliższa akceptacji, to zdecydowanie "Piąta góra".
Po takim wstępie powinienem przejść do dalszego ataku. Będzie jednak inaczej, gdyż ta książka mi się po prostu spodobała. Może dlatego, że nie jest powieścią i nie ma przydługiej, męczącej w wydaniu Coelho fabuły. A może dlatego, że tutaj autor nie chce uchodzić za mędrca w dziedzinach, na których się zupełnie lub bardzo słabo zna. Cykl myśli i impresji zawarty na niemal 300 stronach jest swoistą duchową biografią człowieka, który nie boi się świata i ma coś do powiedzenia temuż światu. Doskonały antywojenny tekst: "Dziękuję, Panie Prezydencie Bush" był dla mnie absolutnym odbiciem tego, co myślę i czuję. Przy wielu fragmentach książki stawiałem zrozumiałe tylko dla mnie znaczki akceptacji i chęci wykorzystania tych cytatów w przyszłości. Po tej książce z wielkim szacunkiem chylę czoła przed autorem i żałuję, że to nie była pierwsza jego książka, jaką wziąłem w swoim życiu do rąk.

[do góry strony]

"Polak potrafi", Jerzy Bralczyk (Warszawa 2006, Świat Książki)
To już druga książka Jerzego Bralczyka, którą mam przyjemność polecić do przeczytania. Od mojego wyjazdu poza granicę Ojczyzny doświadczam z każdym dniem z ogromną siłą, co znaczy mieć i kochać swój język. Takie książki jak ta bardzo pomagają mi zrozumieć piękno daru, jakim dla każdego z nas jest ojczysta mowa. Bralczyk z wielkim znawstwem, ale też i ogromnym poczuciem humoru pokazuje jak Polacy na przestrzeni wieków kształtowali umiejętność wyrażania słowami najbardziej zawiłych i karkołomnych treści. A przecież czynimy to głównie po to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa. Dzięki tej książce dowiedziałem się między innymi, że gdy mówię sobie dla żartu: „pchła pchłę pchła” to używam zabawnego ciągu homojoteleutonowego. Dla takiej wiedzy warto czytać podobne pozycje. Proszę mi wierzyć, że ta książka to ogromny skarbiec prawdy o języku, której nie dostrzegamy, gdy po prostu mówimy, a nie myślimy co mówimy.
Moje ulubione hasła to: "Cyganka prawdę ci powie", "Dobranoc pchły na noc", "Gadał dziad do obrazu", "Lotem bliżej", "Mówi się?", "No to frugo".

[do góry strony]

"Pokaz prozy", praca zbiorowa (Kraków 2006, Wydawnictwo Literackie)
Już to kiedyś pisałem: bardzo lubię w literaturze krótką formę opowiadania. Gdy więc zobaczyłem tę książkę w księgarni, nie musiałem się wiele zastanawiać. Jest to zbiór opowiadań 12 współczesnych twórców polskiej prozy. Nie chcę oceniać czy słusznie właśnie takie, a nie inne nazwiska się tutaj znalazły. Zresztą pomysłodawca zbioru ma prawo sam dokonać klasyfikacji według własnych kryteriów. Bardziej dręczyło mnie pytanie, kto był tym twórcą, gdyż we wstępie nikt z imienia i nazwiska się nie podpisał. Uznałem więc całą sprawę za zbyt błahą, aby się czepiać.
Książkę (mimo jej pokaźnych rozmiarów) przeczytałem w trzy wieczory i uległem sugestii. Postanowiłem mianowicie pójść za pomysłem wydawcy i z tej dwunastki wybrać sobie trójkę – jak to sobie nazwałem – finalistów. Jeśli więc ktoś nie będzie skłonny zbyt wiele czasu poświęcić na całą książkę, niech przeczyta te trzy opowiadania. Oto moi faworyci:
"Stół", Paweł Huelle (3. miejsce),
"Profesor Andrews w Warszawie", Olga Tokarczuk (2. miejsce i najlepsza zabawa, chociaż temat - jakby nie było - smutny),
"Liryki Lozańskie. Wariacje na temat Jerzego Pilcha", Antoni Libera (Absolutnie nr 1. Nie wiem nawet co o tym powiedzieć. Po prostu się podobało!!!).
A reszta książki oczywiście też znośna, chociaż bardzo nierówna. Na osobiste wyróżnienie zasługuje w moich oczach Włodzimierz Kowalewski za "Wieczór autorski". Na kartach tego opowiadania została wymieniona moja kochana Iława (chociaż z czasów pruskich). Dziękuję!

[do góry strony]

"Festung Breslau", Marek Krajewski (Warszawa 2006, WAB)
Po wielu wymagających lekturach, przyszedł czas na coś w zupełnie innym stylu. Marek Krajewski jest uznanym w Polsce pisarzem kryminałów. "Festung Breslau" to ostatnia książka z serii powieści z Eberhardem Mockiem. Nie czytałem poprzednich, ale ta jest wyjątkowo przyjemną lekturą na przerwę pomiędzy poważniejszymi rzeczami. Świetna książka na jeden głębszy oddech.
Przeczytaj moje ulubione cytaty z tej książki.

[do góry strony]

"Traktat o łuskaniu fasoli", Wiesław Myśliwski (Kraków 2006, wyd. Znak)
Jest to książka niepozorna. Nie chodzi jednak o wygląd, gdyż stron ma dużo i jest całkiem nieźle wydana, ale bardziej o treść. Dzisiaj panuje moda na literaturę ostrą, wyrazistą, atakującą czytelnika. Ta książka taka właśnie nie jest – i chwała za to Myśliwskiemu. To opowieść - albo raczej spowiedź - z życia. Jednak nie jest to życie awanturnicze, ekstrawaganckie i szokujące. Im dłużej czyta się te wyznania, tym bardziej dochodzi się do przepięknego przekonania, do tego mianowicie, że zwykłe życie (każde życie) jest w swej zwykłości także niezwykłe. To powieść o niezwykłej zwykłości. Takich książek strasznie nam brakuje, a jeszcze bardziej brakuje nam takiego sposobu patrzenia i widzenia. Dlatego serdecznie polecam to dzieło. Mogłoby spokojnie zostać nagrodzone, ale przecież NIKE chyba nie dostanie, bo zbyt piękne i zbyt normalne.

[do góry strony]

"Biblia a człowiek współczesny", Anna Świderkówna (2005, wyd. Znak)
Czytanie książek prof. Świderkówny to przede wszystkim ogromna przyjemność. A jeśli dodamy do niej możliwość głębszego poznawania świata Pisma i religii, to okazuje się, że taką literaurę możemy umieszczać tylko na najwyższej półce. Świderkówna to nie tylko wytrawny badacz Słowa, ale to nade wszystko głęboko kochający i wierzący Słowu człowiek. To się czuje niemal na każdej stronie jej książek. Nie wiem, czy jest w Polsce człowiek parający się pisaniem o Biblii, który potrafiłby tak prosto i łatwo mówić o rzeczach tak trudnych i wymagających. Czasami teksty zawarte w tej książce nagle przemieniają się w homilię, kazanie, naukę poruszającą czytelnika do głębi. Czytanie takich książek to wspaniała przygoda i możliwość odkrywania na nowo rzeczy dawno odkrytych, a jednak wciąż zaskakujących. Serdecznie polecam!

[do góry strony]

"Ten Inny", Ryszard Kapuściński (Kraków 2006, wyd. Znak)
Moi wspaniali poznańscy przyjaciele zarazili mnie kilka lat temu Kapuścińskim. Jego „Imperium” było napisane tak, że ja – bywalec IMPERIUM - podpisywałem się pod tą książką obiema rękami. „Heban” dokonał całkowitego zwrotu w moim myśleniu o Afryce, a „Szachinszach” uświadomił mi, że niewielu wie (a Amerykanie na pewno nie wiedzą) jaki jest prawdziwy problem krajów Bliskiego Wschodu. Po „Podróżach z Herodotem” pojąłem sens metafizyczny podróżowania, także mojego. Teraz – zaledwie na dwa dni przed śmiercią Kapuścińskiego – skończyłem czytać jego ostatnią wydaną w Polsce książkę „Ten Inny”. Chociaż to zbiór referatów wygłoszonych przez autora na różnych uczelniach Europy, to temat stał się doskonałym podsumowaniem jego życiowego dzieła. Wiem, że wielu zarzuca mu romans z reżimową władzą PRL-u, ale ja próbuję jednak nie oceniać człowieka, a jedynie jego talent i zdolność obserwacji świata. Teraz zresztą, gdy go już nie ma pośród nas, zostawmy ocenę jego słabości i politycznych wyborów, a doceńmy pisarza i dziennikarza. Pan Bóg często wybiera niezwykle słabych ludzi na depozytariuszy swoich skarbów.
„Ten Inny” to rozważania na temat inności świata, kultur, religii i człowieka. Inności, która dla jednych staje się barierą nie do pokonania, a dla innych fascynującym wezwaniem do poznawania świata. Inność to wyjątkowo prowokująca rzeczywistość w naszej codzienności. Wszak żyjemy w czasach, których symbolem stała się zawrotna niemal mobilność, a więc i szansa większego zbliżenia do INNYCH. Jednocześnie są to czasy ogromnego zagubienia człowieka, który obstawiony elektroniką w cyberprzestrzeni ma wiele kontaktów, a nie potrafi nawiązać relacji z najbliższymi sąsiadami. Kapuściński pisząc o inności, która towarzyszyła mu w ciągu całego dziennikarskiego życia, wzywa wszystkich do jej odkrywania i przekraczania. Od kilku lat mieszkam w mieście o ogromnej przewadze ludzi czarnoskórych, a moimi sąsiadami są coraz częściej muzułmanie, więc muszę uczyć się INNOŚCI i wiem, jak trudna jest to sztuka. Twórczość Kapuścińskiego stała się dla mnie niezwykle cenną pomocą w odkrywaniu piękna w INNOŚCI.

[do góry strony]

"Piękna rupieciarnia", Bohumil Hrabal (Wołowiec 2006, wyd. Czarne)
Dwa razy na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy podchodziłem do kontaktu ze współczesną literaturą czeską. Zacząłem od „Niewiedzy” Kundery, która bardzo mnie rozochociła od samego początku, a na 16. stronie okazało się, że mam egzemplarz z wadą i brakuje mu wielu stron – książkę rzuciłem w kąt z wielkim oburzeniem i rozczarowaniem. Kilka dni temu wróciłem do tematu – tym razem czas przyszedł na Bohumila Hrabala. Na szczęście mogłem go doczytać od początku do końca.
Ogólnie to bardzo lubię Czechów. Oczywiście nie dlatego, że gdy w latach dziewięćdziesiątych jeździłem do Austrii, byli aroganccy i chamscy na granicy. Lubię Czechów, bo pracując w Kolonii zaprzyjaźniłem się ze wspaniałą rodziną z kraju nad Wełtawą. Dzięki nim poznałem trochę ich kulturę, kuchnię, muzykę, a nawet język. Od tej znajomośći moje spojrzenie na naszych południowych sąsiadów nabrało oznak wielkiego szacunku i podziwu. Stąd też może ta ogromna chęć poznania ich literatury.
Książka Hrabala w zasadzie jest książką o Hrabalu. To zbiór krótkich form literackich, w których autor na różne sposoby mówi o sobie i o swoim świecie. Czytając, ma się wrażenie niezwykłej swojskości i bliskości tego pisania. To takie nasze, takie ciepłe i bardzo oswojone. Jeśli dorzucimy do tego wspaniale opisujący polską waleczność i patriotyzm fragment w „Grozach wojennych”, to Hrabal może być od zaraz czytany przez każdego Polaka. W „Pięknej rupieciarni” autor przekonuje, że bycie kimś wielkim dla współczesnego świata nie musi się wiązać z dziwactwem, potworną oryginalnością, czy jakąś wywrotową ideą. Twierdzi, że aby być dobrym pisarzem, trzeba być dobrym obserwatorem. Człowiek, który traci zdolność obserwacji świata i siebie – traci smak życia. Ta książka jest świetnym wprowadzeniem do innych, większych utworów autora. Jest jak przewodnik, jak mapa przygotowująca do jakiejś fascynującej podróży po pisarstwie wybitnego twórcy. Mam nadzieję, że ta mapa poprowadzi mnie ku wielkiej przygodzie z pisarstwem Hrabala. Na to jednak musi przyjść dogodny moment.

[do góry strony]

"Nieprawe łoże", Marcin Wolski (Warszawa 2006, wyd. Fronda)
To niezwykle porywająco napisana książka. Autor odkrywa przed czytelnikiem prawdę o czasach, które wciąż czekają na bliższe wyjaśnienie. Chodzi o działanie Polskiej Partii Robotniczej w okupowanej i powojennej Polsce oraz o czasy reżimu ekipy Jaruzelskiego. Podczas czytania wielokrotnie byłem zaskakiwany odkryciami, które nie po raz pierwszy waliły w gruzy moje wykształcenie w dziedzinie historii Polski współczesnej. Dobrze, że takie książki się pisze, jeszcze lepiej, że ktoś je wydaje. Najpiękniej jednak byłoby, gdyby wszyscy chcieli je czytać. Jak wiemy, z tym ostatnim jest najtrudniej. Sam doświadczony kilkultnim uczeniem w szkołach średnich wolnej Polski wiem, że te prawdy bardzo powoli będą zdobywały popularność pośród ludzi młodych. Jesteśmy tak zapatrzeni w przyszłość i tak się o nią troszczymy, że wielu szkoda czasu na odkrycie prawdy o przeszłości; przeszłości, która głównego bohatera „Nieprawego łoża” doprowadziła do odkryć brzemiennych w skutki w jego osobistym życiu. Szkoda tylko, że Wolski, opisując współczesność bohatera, robi to z niezwykłą perwersją, która w moich oczach osłabia poziom tej powieści. Pomimo to uważam, że to książka na naszym rynku niezwykle cenna.

[do góry strony]

"Każdego dnia", Terezia Mora (Wołowiec 2006, wyd. Czarne)
Wydawnictwo Czarne nie tylko wydaje książki Stasiuka, ale także od pewnego czasu dzięki tej oficynie możemy znaleźć na polskim rynku serię książek z cyklu „Inna Europa, inna literatura”. To literatura tworzona w tych i o tych krajach Europy, które nie zrobiły jeszcze oszałamiającej kariery na rynku księgarskim w Polsce. Ich innością jest też nowy, współczesny sposób spojrzenia na rzeczywistość Europy i jej problemów. Postanowiłem przyjrzeć się głębiej tej serii. Na pierwszy kontakt wybrałem książkę węgierskiej emigrantki mieszkającej w Niemczech. Na stronach internetowych niemieckiej prasy znalazłem wiele ciepłych recenzji o autorce i jej dziele. Nawet na ostatniej stronie okładki wydawca uraczył czytelników fragmentem recenzji Michaela Adriana z „Frankfurter Rundschau” mówiącym, że to jedna z najambitniejszych, najbogatszych i najpiękniejszych powieści niemieckojęzycznych ostatnich lat. Gdy sięgam po tak obcą literaturę, to trochę szkoda mi czasu na eksperymentowanie w ciemno i dlatego zawsze próbuje się przygotować na to, co może mnie spotkać po rozpoczęciu lektury.
Po przeczytaniu powieści śmiało mogę powiedzieć, że czuję się rozczarowany. Może nieskromnie to zabrzmi, ale jeśli to jest niezwykła powieść, to patrząc na polski rynek wydawniczy uważam, że jesteśmy chyba literacką potęgą w Europie. Ale przejdźmy do samej książki. Jest to dosyć przewrotnie opowiedziana historia młodego emigranta, prawdopodobnie z Sarajewa, zamieszkującego w mieście B. (wszystko wskazuje na to, że to Berlin, ale to wcale do końca nie jest pewne). To historia geniusza, który po wypadku i utracie pamięci okazuje się człowiekiem niezwykle uzdolnionym językowo. Ze znajomością dziesięciu języków i otwartą drogą do kariery zawodowej i naukowej okazuje się jednak człowiekiem przegranym. Jego obecność w świecie jest obecnością bardziej świadka niż podmiotu. Jego życie jest bardziej obserwacją niż realnością. Jego wybory są decyzjami przypadkowymi i bardzo często zupełnie nielogicznymi. Jego życie nie ma smaku – jest smutną formą egzystencji. Liczyłem na to, że może nastąpi jakiś zwrot w akcji, może jakieś zaskakujące rozwiązania, a tymczasem autorka dała czytelnikom w prezencie niezwykle psychodeliczne zakończenie, które osobiście popsuło mi humor i przyjemność czytania tej książki. Do ułomności zaliczyłbym także sam styl i język pisarski. Cały czas czułem w tej książce jakąś dziwną gonitwę myśli, która powoduje straszną niecierpliwość w czytelniku i wpływa druzgocąco na odbiór tego typu literatury. Niemniej jest też kilka bardzo interesujących rzeczy w tej książce. Pewna tajemniczość scenerii, rzeczy, miejsc i osób czyni z tej powieści jedną wielką zagadkę do rozwikłania, która może jednak częściowo rozwiązuje się w zakończeniu, ale to bardzo smutne zakończenie. Po odłożeniu książki na półkę myślę o niej kilka już dni i mam wrażenie, że to jednak bardzo realistyczny opis pewnej prawdy, o której wielu nieemigrantów nie zdaje sobie sprawy. Ostatecznie może to największy plus tej książki. Pokazuje ona bowiem jak wyobcowany i tragiczny jest los emigrantów żyjących z dala od swej ojczyzny, rodziny, kultury i religii. To ludzie pełni rozterek, dramatycznych życiowych wyborów i często tragicznych w skutkach decyzji. To książka o ludziach, z którymi od kilku lat pracuję i zaczynam rozumieć, co znaczy, gdy człowiek kocha coś, czym nie może na co dzień żyć.

[do góry strony]

"Michnikowszczyzna. Zapis choroby", Rafał Ziemkiewicz (wyd. Red Horse 2006)
To książka totalna. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie jest łatwo napisać dzisiaj sensowną książkę polityczną. Ziemkiewicz rok temu w brawurowo napisanym „Polactwie” rozliczył się z polskimi przywarami, nie tylko politycznymi. „Michnikowszczyzna” to uderzenie w wykreowane w III Rzeczpospolitej elity. To odkrycie prawd, o których nawet najodważniejsi mówili tylko po cichu.
Cieszę się, że jest taki człowiek jak Ziemkiewicz. Czytając tę książkę, co chwila sięgałem po długopis, aby z ogromnym zaskoczeniem zaznaczyć kolejny jej fragment godny powtórnego przeczytania. Chociaż intuicja i wartości, które wyznaję od lat pozwalały mi dobrze lokować swoje sympatie polityczne, to ta książka idzie jeszcze głębiej, niż tragiczna prawda, jaką od dawna podejrzewałem. Myślę, że wraz z „Michnikowszczyzną” może pojawić się fala poważniejszej dyskusji na temat porażki, jaką poniosła budowana na postkomunizmie III Rzeczpospolita. Marzę o tym, aby Ziemkiewicz mógł trafić pod strzechy z tą bolesną, ale i zarazem niezwykle oczyszczającą prawdą. Jednocześnie jestem realistą i przypuszczam, że po raz kolejny pojawia się niezwykle cenna rzecz, ale tylko dla pewnej grupy. Ci, których dotyczy „Michnikowszczyzna” nazwą autora oszołomem i jaskiniowym prawicowcem, a ci, którzy mogliby wyprostować trochę swoje spojrzenie na politykę i współczesną polską historię, najnormalniej w świecie nie będą mieli na to ochoty, bo przecież mają już swoją „GW”, która objawia im całą prawdę.
Mimo wszystko absolutnie polecam – to książka godna poświęcenia czasu. Zwłaszcza, gdy ktoś czuje się odpowiedzialny za swoją Ojczyznę i jej los nie jest mu obojętny.

[do góry strony]

"Mój język prywatny. Słownik autobiograficzny", Jerzy Bralczyk (Warszawa 2004, wyd. Iskry)
Od czasu, gdy wyjechałem za granicę zaczynam dostrzegać zupełnie inaczej słowo. Słowo i język stały się dla mnie ważnymi elementami życia. Coraz bardziej dociera do mnie niemal każdego dnia prawda o tym, jak wielkim skarbem jest język. Poza tym uwielbiam czytać biografie, a jeszcze bardziej autobiografie. Zwłaszcza te ubrane w formę dzienników. Książka profesora Bralczyka jest literackim połączeniem kilku pomysłów. Po pierwsze, to swoista autobiografia znaczona językiem, a dokładniej słowem. Po drugie, to swoisty słownik słów, które stanowią o nas, o naszej codzienności. Jesteśmy z nimi jakoś zbratani. Trzeba być mistrzem, aby to dostrzec i z takim polotem opisać. Chyba pierwszy raz w życiu dotarło do mnie, z jakich misternych, cudownych szczegółów składa się nasz język i jakie znaczenie ma w nim słowo – nawet to często przez nas na co dzień niemal pogardzane. Dzięki tej książce można nabrać szacunku do takich słów, jak na przykład: „akurat”, „albo”, „ale”, „hej”, „jakby”, „jako”, „przez”, „więc” i wielu, wielu innych. Niektóre hasła są napisane tak wspaniale, że aby odkryć ich piękno i pomysłowość autora, koniecznie trzeba je czytać na głos. Wiele z tych słów zaczyna na kartach książki niemal ożywać. Moje ulubione hasła to: „pięknie”, „sobie” i „względnie”. To genialna książka. Polecam każdemu, nie tylko polskim emigrantom. Kto nie potrafi kochać swego języka, po tej lekturze zacznie go kochać. A kto kocha swój język, zakocha się w nim od nowa.

[do góry strony]

"Czas kukułczych gniazd", Zbigniew Domino (Warszawa 2004, wyd. Studio Emka)
Zrobiłem tak, jak obiecywałem. Po świetnej „Syberiadzie polskiej” przeczytałem jej kontynuację. Jednak to już nie to samo. Mam wrażenie, jakby autorowi zabrakło polotu, a może temat po prostu jest mniej kolorystyczny. „Syberiada…” pokazywała tragedię niszczonego brutalnie narodu. „Czas...” opisuje powrót do ojczyzny tych samych ludzi. Ludzi, którzy doświadczyli dramatu zesłania na Sybir. Teraz wracają do swojej ukochanej ojczyzny, a ona nie okazuje się tą samą Polską. Wątek, który moim zdaniem jest najciekawiej pokazany, to dramat ludności autochtonicznej na ziemiach odzyskanych. Cieszę się, że w atmosferze dyskusji o wypędzeniach przeczytałem właśnie tę książkę. Autor nie boi się spojrzeć prawdzie w oczy. Ukazuje tragedię ludności niemieckiej, która żyła od pokoleń na swojej ojcowiźnie i wojna, a raczej jej zakończenie, z dnia na dzień uczyniło tych ludzi obcymi dla własnej ziemi. Z dużym wyczuciem autor mówi o tragicznym losie Niemców wyjeżdżających do swojej powojennej ojczyzny. Zabrakło mi natomiast w tej książce jasnego i ostrego stanowiska w sprawie władzy ludowej i organizacji życia Polski po II wojnie światowej. W niektórych miejscach książka ta wręcz sprawia wrażenie ocenzurowanej w PRL lub - co gorsza - napisanej na cześć PRL. A może to jednak tylko złudzenie.

[do góry strony]

"Możliwość wyspy", Michel Houellebecq (Warszawa 2006, WAB)
Houellebecq wyrasta na jednego z najgorętszych literackich krytyków współczesnej cywilizacji. W zasadzie nie chciałbym tutaj pisać o książce jako takiej. Bardziej interesuje mnie problem formy takiego pisarstwa. Może jest to styl uważany za ekstrawagancki i dlatego, jak w każdej epoce, skupia na sobie języczek u wagi.
Mnie jednak wciąż nie przekonuje to, że musimy koniecznie krytykować zło językiem zła. Mam nieodparte wrażenie, że autor tej książki tak postępuje. Ukazując z przyszłości krytykę naszych czasów i skutków bezmyślnej, obłędnej samozagłady poprzez upadek moralny, robi to językiem, który jest bliższy raczej upadkowi, niż jego krytyce. Nie wiem, czy do końca jest zrozumiałe to, co mam na myśli, więc mówiąc prościej: czytelnik może czuć mdłości sięgając po Houellebecqa. Czytając książkę i znając recenzję tego i innych dzieł francuskiego pisarza, cały czas czekałem na jakieś przełamianie, na jakiś punkt graniczny. Niestety, nie doczekałem się. Jest ocena, jest jakaś forma potępienia czy obrzydzenia dla dzisiejszej rzeczywistości, ale nie widzę recepty na to, co dalej. I tego mi w tej i wielu jej podobnych „krytycznych” książkach bardzo brakuje.
Przeczytaj moje ulubione cytaty z tej książki.

[do góry strony]

"Najlepsze polskie opowiadania", Łukasz Gorczyca (Poznań 1999, wyd. Obserwator)
Kupiłem tę książkę ze względu na tytuł i dlatego, że lubię czytać opowiadania. Od zawsze ta krótka forma literacka mnie fascynowała. Sam wyrastałem na Mrożku, którego mogliśmy tylko fragmentarycznie w ukryciu czytać. Teraz znaleźć jakieś godne uwagi opowiadnie to niezwykle trudna rzecz. Może dlatego, że niemal każdy może teraz w Polsce wydać to, co chce. Mam nieodparte wrażenie, że z tą książką było podobnie. Na tylnej okładce, cytując Henryka Berezę z „Twórczości”, wydawca przekonuje, że Gorczyca to jakiś niezwykle utalentowny młody pisarz polski, który dzięki swoim opowiadaniom przywraca wiarę we współczesną literaturą polską. Mocne i wielkie słowa. Chyba zbyt wielkie. Jedyne opowiadanie, jakie zapamiętam z tego zbioru to „Jaskinia” i nawet nie wiem dlaczego mi się podobało.

[do góry strony]

"Śnieg", Orhan Pamuk (Wydawnictwo Literackie 2006)
Tę książkę zacząłem czytać w dniu, gdy Papież Benedykt XVI rozpoczynał swoją pielgrzymkę do Turcji. Myślałem, że ta powieść niepoprawnego politycznie tureckiego pisarza (nagrodzona w tym roku Noblem) pomoże mi zrozumieć ten kraj. Chciałem też po raz pierwszy trochę inaczej spojrzeć na pielgrzymkę papieską. Najczęściej jesteśmy skazani przez media na ich bardzo subiektywnie wykreowany odbiór rzeczywistości.
Orhan Pamuk od początku swej książki przekonuje „obcego” czytelnika, że zrozumienie fenomenu Turcji jest praktycznie niemożliwe dla kogoś, kto nie jest Turkiem. Główny bohater Kerim Alakuşoğlu (dla łatwości czytania nazywany „Ka”) mieszkający na emigracji polityczniej w Niemczech, przybywa do swego rodzinnego miasta, aby napisać artykuł o dziewczynach, które w spektakularny sposób popełniają samobójstwa nie zgadzając się na świeckie państwo, zabraniające demonstrowania swojej religijności w miejscach publicznych. W dniu przybycia Ka w Karsie, odciętym opadami śniegu od reszty świata, wybucha rewolucja. Tak Bogiem a prawdą nikt nie wie, kto za czym stoi. Wielu wykorzystuje chaos, aby zademonstrować swoją polityczną i religijną inność. Osadzenie akcji w małym przygranicznym mieście jest genialnym skupieniem w soczewce wszystkich problemów, z jakimi boryka się współczesna Turcja, a które są często wieloletnimi niezabliźnionymi ranami jeszcze z czasów tworzenia świeckiej republiki Atatűrka. Trzydniowa wędrówka przez miasto jest wędrówką człowieka miotanego różnymi emocjami, uczuciami, lękami i nadziejami. Bohater nie potrafi do końca zgodzić się na żadną opcję polityczną czy religijną. Pozostaje ostatecznie bezideowy i bezwolny w swych wyborach. Czytając powieść cały czas miałem wrażenie, że Ka zgadza się na wszystko, co podsuwa mu chwila. Jedyną rzeczą dla której potrafi odrzucić wszystko jest miłość i natchnienie (poezja). Jednak ostatecznie nawet miłość przegrywa. Bohater Pamuka wielokrotnie mówi, że natchnienie prawdziwe jest darem Boga, którego on nie potrafił wcześniej odkryć. Teraz Bóg jego ręką przelewa na papier piękno. To piękno do tego stopnia nie pasuje do rzeczywistości, w której żyje bohater-poeta, że zostaje zabity po powrocie do Niemiec, a łupem jego moredercy staje się właśnie zeszyt pełen wierszy stworzonych pierwszy raz w życiu pod prawdziwym Boskim natchnieniem.
Serdecznie polecam!
Przeczytaj moje ulubione cytaty z tej książki.

[do góry strony]

"Wszystkie języki świata", Zbigniew Mentzel
Kandydatka do Nike. Książka świetna i niezwykle wciągająca. Od pierwszej do ostatniej strony zastanawiałem się co będzie dalej – gdzie nas jeszcze zaprowadzi odkrywanie czasu i jego przestrzeni. Dobra rzecz – warta polecenia nie tylko trzydziestolatkom.

[do góry strony]

"Warunek", Eustachy Rylski
Kolejna kandydatka do NIKE. Od początku wiedziałem, że nic nie zwojuje, bo zbyt rzetelnie napisana, zbyt logiczna w prowadzeniu akcji, a może po prostu za dobra jak na NIKE?


[do góry strony]

"Paw królowej", Dorota Masłowska
Książkę nabyłem już rok temu. W zasadzie to nie wiem dlaczego. "Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną" mnie raczej zniesmaczyła. Może liczyłem na rehabilitację Masłowskiej, a może na dojrzewanie literackie. Zacząłem ją czytać i po dziesięciu stronach skapitulowałem. Przeleżała rok na półce i zgodnie z wcześniejszym założeniem musiałem po nią sięgnąć, ponieważ czytam wszystkie kandydatki do NIKE. Sięgnąłem i z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej się dziwiłem. A potem zdziwiłem się jeszcze bardziej, jak usłyszałem, że dostała nieszczęsną NIKE. Teraz nie wiem, czy to lobbystyczna poprawność, moda na przewrotność, czy może po prostu ktoś sobie żarty z nas stroi. A może lepiej przestać już czytać za rok kandydatki do NIKE? Przeczytaj moje ulubione cytaty z tej książki.

[do góry strony]

"Lubiewo", Michał Witkowski
Od pierwszej do ostatniej stronicy książki szukałem argumentu dla tych, którzy chcieliby ją przeczytać. Niestety nie znalazłem.



[do góry strony]

"Syberiada polska", Zbigniew Domino
Tak jak Konczałowskiego "Syberiada" jest filmem przekraczającym ramy filmu (dlatego w podtytule jest poematem filmowym), tak "Syberiada polska" przekracza absolutnie granice polskiej prozy. To powieść pomnik, powieść krzyk, powieść elegia... wszystko o niej można powiedzieć, ale jedno jest pewne – nie można przejść obok niej bez wzruszenia. To wzruszenie towarzyszyło mi niemal przez czały czas lektury. Domino przekonuje, że Polacy to wielki, wspaniały i dumny naród, ale naród, który musi jeszcze wiele się nauczyć, aby zrozumieć, że Ojczyzna to jest naprawdę zbiorowy obowiązek. Uważam, że każdy Polak powinien tę księżkę wziąć do ręki i troche nad nią popłakać i pomedytować. To najlepszy podręcznik najtrudniejszej historii jaki znalazłem w literaturze ostatnich lat. Bardzo czekam na czas, gdy otworzę pierwszą stronicę drugiej części dzieła Dominy "Czas kukułczych gniazd".

[do góry strony]

"Nieznany Duch Święty", Rene Lorautain
Lorautain to wybitny teolog. Tym bardziej zaskakuje język i treść tej książki. To bardzo zwyczajnie napisana książka, o zupełnie niezwyczajnej Osobie jaką jest Duch Święty. Autor z niezwykłym spokojem – tak, to trzeba nazwać spokojem – kreśli obraz Ducha Świętego w historii świata. Najpiękniejsze jest to, że w tym dziele obok bardzo teologicznych wywodów napisanych zwykłym, a nawet powiedziałbym dziennikarskim językiem, jest bardzo wiele miejsca na zupełnie osobiste uwagi autora. To jest prawdziwa rzadkość w tego rodzaju literaturze. Do tej książki podchodziłem kilka lat, ale gdybym wiedział, że na tych pięciuset stronach spotka mnie taka radość czytania, to dawno byłbym już po jej lekturze. Przeczytaj moje ulubione cytaty z tej książki.

[do góry strony]

"FADO", Andrzej Stasiuk
Z natury i tradycji czytam wszystkie książki Stasiuka. Myślałem, że po pięknej "Jadąc do Babadag" autor da mi trochę czasu na przyjęcie dawki nowego piękna. Myliłem się. Z perspektywy kilku tygodni po przemyśleniu i wewnętrznym przyjęciu, odbieram "Fado" jako kontynuację "Jadąc...". "Fado" jest z jednej strony przepięknym spojrzeniem na rzeczywistość i historię z jaką boryka się Polska i Europa, ale z drugiej strony jest mocnym uderzeniem w nasze wykreowane zachwyty. Przeczytaj moje ulubione cytaty z tej książki.

[do góry strony]

"Wołoka", Mariusz Wilk
Kolejna kandydatka do Nike, która niestety przepadła. Oczywiście nie dziwię się, gdyż nie ma w niej miejsca na ekstrawagancję, dziwactwo, czy perwersję. Dla mnie to wspaniały dotyk rzeczywistości, za którą wciąż tęsknię. Moje wieloletnie kontakty z Rosją i Rosjanami tutaj znalazły potwierdzenie swego piękna. Podobie jak kiedyś, gdy przeczytałem "Imperium" Kapuścińskiego, tak teraz po lekturze Wilka mogę śmiało powedzieć w zestawieniu z moimi doświadczeniami Wschodu: TO JEST PRAWDA! Przeczytaj moje ulubione cytaty z tej książki.

[do góry strony]

"Abba wobec Boga Ojca", Tomasz Węcławski
Genialna i genialnie trudna książka. Dla kogoś, kto nie czytał nigdy Węcławskiego, absolutnie nie polecam tej lektury. Ja miałem przyjemność na studiach doktoranckich przez dwa lata uczęszczać na jego seminaria. To akurat był czas, gdy on żył tą książką i co tydzień opowiadał nam o swoich pomysłach na nią. Teraz przeczytałem wreszcie końcowy efekt. Rewelacja!!! Boże, jaka szkoda, że to książka dla małego kręgu czytelników. Jeśli ktoś odważy się na jakąkolwiek lekturę Węcławskiego, proszę popatrzeć jak genialnie odnajduje on związki pomiędzy kulturą i wiarą. Dla mnie wzór do naśladowania!

[do góry strony]

"Moje pierwsze samobójstwo", Jerzy Pilch
Jestem rozczarowany. Zawsze Pilcha ceniłem za humor, autoironię i wiele ludzkiej, życiowej i nawet religijnej mądrości. W tej najnowszej książce jestem już zmęczony tym samym Pilchowym humorem. Po raz pierwszy to mnie po prostu znudziło. Nie chce mi się nawet o tym opisać. Jedno wydaje się pewne – Pilch ma szansę na Nike za rok.

[do góry strony]