Teatr - obejrzane przedstawienia

Lista opisanych przedstawień (wg daty dodania):

Opera: "Madame Butterfly" - Giacomo Puccini (23 maja 2007)
"Zagraj to jeszcze raz Sam", Woody Allen (22 maja 2007)
Koncert: "II Symfonia «Zmartwychwstanie»" Gustawa Mahlera (16 maja 2007)
Opera: "Uprowadzenie z Seraju", Wolfganga Amadeusza Mozarta (16 maja 2007)
"Sześć postaci szuka autora" – Luigi Pirandello, reż. Sergio Maifredi (5 maja 2007)
"Auteczko" – Bohumil Hrabal, reż. Aleksander Machalica (5 maja 2007)
"Turandot" – Giacomo Puccini (5 maja 2007)
Koncert: "Wielka Msza c-mol KV427" W. A. Mozarta (b.d.)
Opera: "Cyrulik Sewilski" - Gioacchino Rossini (b.d.)
"Missa pro pace" - Wojciech Kilar (b.d.)

Opera: "Madame Butterfly", Giacomo Puccni. Premiera światowa – Wiedeń 16.06.1782 r. Teatr Wielki w Poznaniu – 23.05.2007 r.
Ludzie znający się na rzeczy przestrzegali mnie, że to może być prowincjonalne wykonanie i że będę rozczarowany. Na szczęście stało się inaczej. Ponieważ nie jestem znawcą opery, więc też nie stawiam wielkich wymagań. Raczej jestem na etapie poznawania piękna tej wyjątkowej dziedziny sztuki. Gdy zaznajomię się z jej nawet rzemieślniczymi wykonaniami, wówczas zacznę selektywnie patrzeć na to, co odbieram. W „Madame Butterfly” urzekło mnie przede wszystkim libretto. To najbardziej wstrząsające i dramatyczne libretto, jakie w życiu słyszałem. Historia z jednej strony piękna, a z drugiej tragiczna i niezwykle bolesna. To opowieść nie tylko o tragedii człowieka, ale jeszcze bardziej o tragedii na styku różnych kultur. To także zetknięcie prymitywnego, plastikowego świata Ameryki i jego strywializowanego spojrzenia na wszystko, łącznie z uczuciami, z kulturą Japonii – wysublimowaną, szlachetną i pełną poświęcenia oraz honoru. Może ten styk kultur i tragedia, do której doprowadza najbardziej mnie poruszyły, bo przecież na co dzień doświadczam podobnej rzeczywistości. Na szczęście w mniej dramatycznych okolicznościach.

Koniecznie chciałbym do tego opisu dodać jeszcze jedną, raczej socjologiczną obserwację. W Operze Poznańskiej większość widowni stanowili ludzie młodzi. Byłem tym oczarowany. Gdy chodzę do opery w USA (Los Angeles, Detroit) to nie widzę ludzi młodych (chyba, że sam ich przyprowadzę). To jest siła Europy. Młodzież ma zainteresowania, które nie ograniczają się do siedzenia godzinami przed monitorem komputera, chociaż trzeba sobie zdawać jednak sprawę, że tendencją jest raczej spoglądanie na amerykańskich rówieśników. Oby ta tendencja nie stała się stałym elementem naszej kultury.

[do góry strony]

"Zagraj to jeszcze raz Sam", Woody Allen. Teatr Wielki w Poznaniu – 22.05.2007 r.
Tak to już jest z Woody Allenem, że trudno się nie śmiać, gdy ogląda się jego sztuki teatralne lub filmy. Nawet gdy mówi poważnie, to nawet wtedy potrafi bawić do łez. Tak było i tym razem. Sztuka dotyka najtrudniejszego współczesnego problemu – rozkładu związku między ludźmi. Może jest to pomysł ciekawy, aby mówić o tych perypetiach człowieka w sposób śmieszny, ale bardziej przez to zapadający w pamięć i serce. Śmiejemy się, ale ostatecznie śmiejemy się przecież z siebie. Obnażając nasze słabości w relacjach z ludźmi żyjącymi obok nas, autor pokazuje, że można je przezwyciężać, nie poddając się defetyzmowi.

[do góry strony]

Koncert: II Symfonia "Zmartwychwstanie", Gustaw Mahler. Prapremiera – Berlin 1895 r. Detroit Symphony Orchestra – 11.05.2007 r.
To było dla mnie największe wydarzenie muzyczne w Ameryce. Już kupując bilety wiedziałem, że to wyjątkowe dzieło Mahlera. Znaczenie tej symfonii wykracza bowiem poza muzykę. Mówi się o niej, że jest napisana tak, jakby autor chciał w dźwięku zamknąć całą historię zbawienia. Krytycy uważają, że jest to utwór, podczas słuchania którego nawet ateiści zapominają o wątpliwościach. Po raz pierwszy przeżyłem niezwykłe uczucie jakiegoś przedziwnego ogarnięcia muzyką. Od pierwszych taktów po ostatnie zapomniałem o istnieniu świata. Nigdy wcześniej nie przeżyłem żadnego utworu muzycznego w ten sposób. To jest absolutnie niezwykłe uczucie. Teraz rozumiem bardziej dlaczego ten utwór należał do ulubionych i najczęściej słuchanych przez Jana Pawła II. W tej symfonii jest wszystko, co możemy odczuć mówiąc o śmierci i Zmartwychwstaniu Chrystusa. Jest wzruszenie, żal, dramat, ból, płacz, strach, a wreszcie tryumf, zwycięstwo, potęga i moc. Pierwszy raz w Ameryce doświadczyłem tak jednoznacznie dobrej, rasowej reakcji publiczności, która w ogromnym skupieniu przyjmowała treść, a na końcu zgotowała kilkunastominutową owację na stojąco. Wspaniałe, porażające i niezwykłe dzieło!!!

[do góry strony]

Opera: "Uprowadzenie z Seraju", Wolfgang Amadeusz Mozart. Premiera światowa – Wiedeń 16.06.1782 r. Opera w Detroit – 12.05.2007 r.
To trzecia opera Mozarta jaką usłyszałem i zobaczyłem. Rozumiem doskonale dlaczego tak ciepło była przyjęta jej premiera w Wiedniu, mimo, że Mozart dopiero się tam wprowadzał. To opera bardzo prosta, bardzo komiczna – po prostu wodewilowa. Do tego okraszona ogromną ilością arii, które stały się hitami. Utwór miły w odbiorze, łatwy i wpadający w ucho. Mi tylko brakowało jednego – tekstu w oryginale. Jakoś nie mogę i nie potrafię, a może po prostu nie lubie słuchać Mozarta po angielsku.

[do góry strony]

"Sześć postaci szuka autora" – Luigi Pirandello, reż. Sergio Maifredi. Premiera 1.12.2006 r. Teatr Nowy w Poznaniu, Scena Nowa – 16.03.2007 r.
To wielkie szczęście pojawić się po wielu latach przerwy w teatrze, który kiedyś był dla mnie trzecim domem. Współczesna technika pomaga nam do tego stopnia, że siedząc za biurkiem w Detroit mogę dzięki kilku kliknięciom nabyć bilet do mojego ulubionego przed laty teatru.

W tym teatrze widziałem niezwykle piekne sztuki: "Ferdydurke" Gombrowicza, "Scenariusz dla trzech aktorów(ek)" Szeffera i wiele, wiele innych wspaniałych kreacji reżyserskich i aktorskich. W fuoye tego teatru stanąłem kiedyś nad trumną Łomnickiego, który nie gdzie indziej, ale właśnie na tej scenie zmarł.

Teraz wracają w pamięci te wszystkie wspaniałe, podniosłe i piękne chwile. Niestety one wciąż pozostają niedoścignione, gdyż sztuka Pirandellego nie wniosła nic do mojej teatralnej miłości. Pomysł i treść sztuki są niezwykle wdzięczne. To dzieło, w którym laureat Nobla przeplata rzeczywistość z teatrem, a teatr z rzeczywistością. Można powiedzieć, że to swoista gra dwóch światów – fikcji i życia. Dokładnie jak w teatrze i tak ma być. Cały czas czekałem na jakieś przezwyciężenie sytuacji na scenie. Brakowało mi jakiegoś nieokreślonego akcentu, który dałby impuls do rozwoju sytuacji i większego przenikania tych rzeczywistości. Wyszedłem więc pełen niedosytu. Czasmi niedosyt może być twórczy, inspirujący. Ten niestety był blady i raczej niezbyt inspirujący.

[do góry strony]

"Auteczko" – Bohumil Hrabal, reż. Aleksander Machalica. Prapremiera - 20.11.2005. Teatr Nowy w Poznaniu, Scena Trzecia – 20.03.2007
Powiem szczerze, że liczyłem na więcej. Hrabala polubiłem po przeczytaniu ostatnio "Starej rupieciarni" i myślałem o jakimś pogłębieniu polubienia. Nie udało się niestety. Monodram wypadł raczej blado i smutno. Oglądając i słuchając Machalicy miałem cały czas wrażenie, że on tego co mówi po prostu nie czuje. Wszystko było zbyt aktorskie, zbyt reżyserskie i zbyt mało ludzkie. Raczej jestem rozczarowany!

[do góry strony]

"Turandot" – Giacomo Puccini (premiera światowa – Mediolan 25.04.1926). Opera w Detroit – 28.04.2007
Wreszcie zobaczyłem w Ameryce operę zrealizowaną na bardzo dobrym poziomie. Zasługa to wielka przede wszystkim solistów, których zdeecydowana większość to obcokrajowcy. Arie Księżniczki Turandot zaśpiewała wspaniała Ukrainka Anna Shafajinskaia, a zakochanego w niej Timura Chińczyk Yu Qiang Dai. To były najjaśniejsze punkty artystyczne spektaklu. Do tego zdecydowanie trzeba dodać wyjątkowo piękną i ogromnie ważną rolę, jaką z woli autora gra w tej operze chór. Na scenie występuje ponad trzystu artystów. Scenografia uderzająca wschodnim przepychem, niemal baśniowe kostiumy (wszystko wypożyczone z Opery w Montrealu!!!) no i mamy świetny przepis na wielkie wydarzenie kulturalne. Z całego serca polecam nawet tym, którzy nie koniecznie przepadają za operą. Język tego przedstawienia dociera chyba do każdego. Ze mną byli młodzi ludzie, którzy dopiero uczą się języka opery i byli pod wielkim wrażeniem tego, co zobaczyli i usłyszeli.

[do góry strony]

Koncert: "Wielka Msza c-mol KV427" W. A. Mozarta, Detroit Symphony Orchestra. Dyrygent – Helmuth Rolling. 02.12.2006, godz. 20.30
Pięknie jest, gdy w tym zagonionym i strasznie skomercjalizowanym świecie ktoś jeszcze chce wykonać i ktoś chce słuchać tak pięknych rzeczy. Nie będę występował w roli krytyka muzycznego, bo mnie to nie bawi i nie chce nikomu zabierać chleba. Pragnę natomiast poruszyć dwa problemy, które nieodłącznie towarzyszą mi za każdym razem, gdy w Stanach wybieram sie na tzw. sztukę przez duże "S".

Pierwszy problem jest znacznie szerszy niż Ameryka. Odnoszę nieodparte wrażenie, że współczesna sztuka przeżywa poważny kryzys istoty swego wyrazu. Jednym z zasadniczych jego powodów jest oderwanie sztuki od jej źródła. Jeśli bowiem sztuka, zamiast kształtować i wychowywać do odkrywania piękna, raczej zachwyca się brzydotą bądź pustką i tandetną oprawą, wówczas schodzi na poziom jedynie zaspokajania gustów odbiorców. To widać we wszystkich niemal dziedzinach współczesnej kultury. Jeśli bowiem sztuka nie odkrywa swego źródła w pięknie (a dla ludzi wierzących źródłem tego piękna jest Bóg), wówczas nawet naśladując twórców z czasów, gdy to piękno było widoczne, raczej wystawia się na śmieszność i tandetę. W wypadku Mozarta odkrywanie piękna w jego muzyce jest wspaniałą i całkiem przystępną przygodą. Niestety zarówno wykonawcy jak i słuchacze tej niezwykłej sztuki często zapominają, jaki jest cel i treść jej przekazu i gdzie tkwi jej źródło. Mamy więc cudowną "Wielką Mszę", która miast upiększać liturgię i wielbić Boga, stała się utworem scenicznym, gdzie oprawa zewnętrzna w żaden spośób nie pasuje do treści, a słuchacze dziwią się dlaczego jeszcze nie zmieniono w niej tekstu i wykonawcy muszą mordować się z łaciną, której w żaden sposób już nie pojmują.

Kolejny problem, o którym pragnę napisać, to poziom odbioru kultury. Wiem, że my Polacy z natury lubimy narzekać. Niemniej wciąż uważam, że w tym przypadku mamy rację i powinniśmy nie tylko ją wypowiadać, ale o nią walczyć. Jak bowiem przekonać człowieka bogatego, wchodzącego do takiego przybytku jak Filharmonia, że siedzenie na futrze za kilkadziesiąt tysięcy jest brakiem kultury? Od wieków wymyślono miejsca, które nazywamy szatniami. Dlaczego tak wielu nie chce z nich korzystać? Te napuszone damy, odziane w potwornie drogie suknie i wspaniałą biżuterię, paradują po Sali i siadają podkładając sobie pod siedzenie (własną lub mężów krwawicą zdobyte) piękne futra i płaszcze, które wymięte włożą potem na siebie, aby dojść po spektaklu jak najszybciej do samochodu. Cały czas myśle, że oni chyba konsumują sztukę jak hamburgery – jak najszybciej i bez korzystania ze sztućców. No i to, co mnie potwornie irytuje – kaszlenie, chrząkanie, wyjmowanie cukierków i wychodzenie do toalety w trakcie utworu. Czy nikt nigdy im nie mówił, że tym się różni kino od sali koncertowej, że tutaj mamy do czynienia z żywym wykonawcą, który dla nas przecież wydobywa z niezwykłym wysiłkiem dźwięki przekraczające często naszą muzyczną wyobraźnię? A w odpowiedzi tenże artysta słyszy kaszel i smarkanie, bo to pora najdogodniejsza do tego. Przecież na miłość Boską – po to są właśnie krótkie przerwy pomiędzy poszczególnymi częściami utworu. Czy jest to problem, aby dorosły człowiek (dla dzieci jestem wyrozumiały oczywiście) przetrwał półtorej godziny bez robienia czegokolwiek poza słuchaniem? Czy ja jestem nazbyt wymagający? Bynajmniej, ale ktoś musi o tym mówić, że współczesny, zmanierowany telewizją i sprzętem audio-video człowiek musi od podstaw uczyć się słuchać na żywo i dostrzegać piękno w takim przekazie.

Pomimo narzekania, które musi być moim udziałem, gdy widzę współczesnych "barbarzyńców", muszę przyznać, że warto było powalczyć z otoczeniem i posłuchać tego genialnego utworu. Mozart obronił się jak zawsze.

Tutaj można obejrzeć dwa zdjęcia zrobione w filharmonii: zdjęcie 1. i zdjęcie 2.

[do góry strony]

Opera: "Cyrulik Sewilski" - Gioacchino Rossini
Zaproponowałem uczniom szkół średnich, przychodzącym na lekcje religii po polsku, że wybierzemy się do opery. Gdy na lekcji powiedziałem o moich planach, ktoś ostentacyjnie się zaśmiał. Wtedy zapytałem, czy ktoś z nich (10 osób) kiedykolwiek był w operze. Oczywiście nikt. Jak więc można się uśmiechać na słowo opera, nie wiedząc o czym mówimy? To był początek dialogu, do którego włączyliśmy także rodziców. Na specjalnym spotkaniu powiedziałem im, że propozycja pójścia do opery jest pierwszą, ale może i ostatnią w ich życiu. Większość ludzi przybyłych na emigrację nie jest zainteresowana niczym poza dorobieniem się. To bolesne, ale niestety niezwykle prawdziwe. Większość nawet nie wie gdzie jest i czy w ogóle jest Opera w Detroit. Potem zaproponowałem, że skoro ma to być jedyne i niepowtarzalne wyjście, to musimy z tego uczynić prawdziwe święto. Kupimy najlepsze miejsca (za 100 dolarów), a młodzież ubierze się w najlepsze ubrania, na najważniejszą okazję. Obowiązują garnitury i wieczorowe suknie. Co prawda nie wszystkich, ale jednak kilku udało się przekonać do takiego wydarzenia. Sam bardzo bałem się jak ci młodzi ludzie przeżyją takie pierwsze doświadcznie. Mam w pamięci moje pierwsze spotkanie z operą, gdy miałem 14 lat i mama zabrała mnie na "Cyganerię" Pucciniego do Łodzi. Do dzisiaj to pamiętam i śmiało mogę powiedzić, że ten spektakl i jego atmosfera miały ogromny wpływ na moje życie, zwłaszcza kulturalne. Do wyjścia na "Cyrulika" prygotowywaliśmy się sumiennie. Tłumaczyłem moim młodym przyjaciołom co to jest, jak jest skonstruowane i po co wymyślono tę operę. Omówiłem z nimi całe libretto.

Od pierwszych taktów muzyki wiedziałem, że będzie dobrze. Co prawda Amerykanie inaczej podchodzą do sztuki takich lotów, ale co zrobić. Wchodzą na salę z kubkami piwa, kaszlą bez opamiętania, szeleszczą czym się da i niestety niezbyt chętnie korzystają z szatni. Ja przeżyłem tutaj już kiedyś koncert Chrisa Bottiego z płaszczem na kolanach i czułem się jak na imprezie z zakładu pracy. Teraz było inaczej. Oddychaliśmy swobodnie i bez ograniczeń mogliśmy przyjąć muzykę. O samej operze nie będę pisał, bo nie jestem znawcą i specjalistą. Dla mnie była prosta, łatwa w odbiorze i niezwykle wpadająca w ucho. Myślę, że idealna zwłaszcza dla tych, którzy po raz pierwszy idą posłuchać czegoś, co nigdy nie zagościło w ich uszach. Ta muzyka wymaga słuchania, a nie pisania o niej. Zachęcam więc zwłaszcza tych, którzy nigdy nie odważyli się pójść i posłuchać czegoś klasycznego, aby uczynili ten pierwszy krok. Może to stanie się początkiem niezwykłej przygody.

[do góry strony]

"Missa pro pace" - Wojciech Kilar
To kolejne przedsięwzięcie nie tylko muzyczne, ale i po części społeczne. W Parafii prowadzę od dwóch lat klub filmowy. Jego celem jest kształtowanie w ludziach umiejętności oglądania i dyskutowania o filmie - sztuce. Od jakiegoś czasu myślałem o rozszerzeniu naszych spotkań także na muzykę. Dobrą okazją był papieski październikowy weekend, gdzie postanowiłem zachęcić ludzi do posłuchania "Oratorium Świętokrzyskiego" i "Tu es Petrus" Piotra Rubika. Ilość słuchaczy wielokrotnie przerosła moje oczekiwania. Postanowiłem pójść za ciosem. Jakiś czas temu kupiłem w Polsce wspaniale wydany tryptyk sakralny. Górecki, Penderecki i Kilar - po jednym genialnym utworze każdego z nich. W piątkowy wieczór zaprosiłem chętnych do posłuchania "Mszy" Kilara. Zanim wysłuchaliśmy utworu, postanowiłem najpierw puścić krótki film, w którym kompozytor opowiada o swej kompozycji. To był bardzo dobry wstęp. Wszyscy słuchali potem utworu z wielkim przejęciem. Myślę, że to dobry początek, aby zainteresować większą grupę ludzi muzyką, która niezwykle rzadko gości w naszej szarej codzienności.

[do góry strony]