Homilia na Nocy Czuwania w intencji Polonii i jej duszpasterzy -  12/13 listopada 1999

Przypowieść, którą usłyszeliśmy - tak dobrze znana - nosi różne tytuły. Zwykliśmy nazywać ją przypowieścią o synu marnotrawnym. Ostatnio, częściej i bardziej poprawnie tytułujemy ją przypowieścią o dobrym ojcu. Jest to też przypowieść o starszym bracie, który nie odszedł, ale i nie znalazł właściwego miejsca w domu ojca.

Odczytujemy tę przypowieść zazwyczaj w wymiarze wewnętrznym - jako rzeczywistość odejścia od Boga, czyli grzechu, jako wydarzenie nawrócenia i powrotu do wspólnoty z Ojcem, wspólnoty uczty i radości. Ale ta przypowieść, odczytana dzisiaj w tę noc czuwania za Polonię i jej duszpasterzy pozwala nam dostrzec pewną rozległość drogi, pewną geografię wydarzeń.

Zauważmy w niej trzy etapy i trzy osoby - decydujące dla owych wydarzeń.

Etap pierwszy to etap porzucenia domu Ojca, odejścia od Niego

Jest to etap charakterystyczny dla każdego z emigrantów - etap wynikający niekiedy z konieczności, przymusu politycznego, ekonomicznego, ale jakże często - z racji chęci usamodzielnienia się, z racji pragnienia poprawy standardu życia, z racji tego, by więcej mieć i lepiej żyć.

Oczywiście, na ogół te motywy i racje są złożone - obok tego, że człowiek kieruje się wartościami materialnymi, często dochodzą wartości duchowe - zwłaszcza pragnienie wolności.

W br miałem okazję wędrować szlakami Polaków w Brazylii - między innymi dane mi było przejechać znaną drogą, w okolicach Kurytyby - Via Graciosa. To tą drogą podróżowali pierwsi emigranci - przedzierając się przez subtropikalny las, wędrując w głąb lądu, o którego rozmiarach i klimacie nie mieli pojęcia. Do dzisiaj, kiedy spogląda się na bezsprzecznie piękny krajobraz brazylijski - zadziwia jeszcze bardziej niż to piękno - to, co jest tej ziemi wyzwaniem - jej trud, jej ciężar, jej surowość i niepodatność na działanie człowieka.

Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego - ci ludzie tam wędrowali?

Odpowiedź zamyka się w dwóch właściwie słowach - za chlebem i wolnością.

Szli z bezrolnych, chłopskich siedzib, szli spod zaborów, powodowani gorączką ziemi - istotnie dostawali jej wiele, często więcej niż miał pan i dziedzic w Polsce. Ale była to ziemia porośnięta lasem, nieznanym w Polsce, lasem dzikim i wrogim. Była to ziemia, która domagała się ofiary, potu, krwi, cierpienia...

Ale oprócz ziemi była też wolność - chłop mówił: mam tyle ziemi, ile nie ma jej mój pan, ale nie muszę też przed nim czapki zdejmować.

To doświadczenie jest niewątpliwie wciąż aktualizowane - w wielu decyzjach emigrantów. Pozwolę sobie - 2 listy nadesłane na obecną noc - z dwóch różnych środowisk

Pierwsze to świadectwo Księdza Prowincjała prowincji północnoamerykańskiej naszego Towarzystwa.

 

"... Na obczyźnie polskiemu emigrantowi jest niejednokrotnie bardzo trudno, bo musi zaczynać życie niejako od początku. Uczenie się nowego języka, poznawanie nowej kultury, poszukiwanie pracy, szkoły dla dzieci, to niektóre z problemów, z którymi boryka się emigrant. Wiara Polaka jest tez zagrożona. W wielu miejscach nie ma polskich kościołów i kapłanów. Wielu Polaków z tego powodu bardzo cierpi, czują się osamotnieni i zagubieni.... Nie raz otrzymuje listy z prośbą o polskiego księdza. Z powodu braku kapłanów musze odmówić danej prośbie..".

Drugi list to świadectwo polskiego duszpasterza - chrystusowca ze środkowej Francji:

Praktyczny wymiar tego "wyzwania" najbardziej odczuwany przez stronę polską i budzący zdziwienie, żal czy wręcz rozgoryczenie, to zaniechanie (decyzją strony francuskiej) Mszy św. w ojczystym języku. I tak pojawia się szczególnie delikatna kwestia wejścia w duszpasterstwo dwujęzyczne (z przewagą języka francuskiego). ...

Uwzględniając kolejno:praktyczne różnice w teologii pastoralnej polskiej i francuskiej,odmienny sposób przeżywania i wyrażania wiary przez obie nacje,

wreszcie ciągle istniejący w polskiej świadomości syndrom "nie-bycia-u-siebie"

wszystko to nie mogło nie spowodować wielu pytań wątpliwości czy napięć z obydwu stron.

Związane to jest częściowo z odmiennym rozumieniem pewnych pojęć np. niedzielna celebracja dwujęzyczna (francusko-polska) dla strony francuskiej dotyczy tylko obecności języka polskiego, a dla Polaków oznacza Mszę sprawowaną przez polskiego kapłana.

Co więc pozostaje?"

Historia i współczesność potwierdzają jedno - odejście z domu ojca, ojcowizny, ojczyzny - jest rozpoczęciem dramatu. Niekiedy wybór nowych wartości dokonuje się wraz z porzuceniem nie tylko domu, ale i Osoby Ojca, tak jak to ma miejsce w Ewangelii. I wtedy dramat narasta.

Oto człowiek zostaje odcięty od samego źródła życia, od tego, który daje życie, który troskliwie czuwa nad rozwojem życia. Nie ma więc przesady w stwierdzeniu, że tak naprawdę - sednem dramatu syna, który odszedł z domu Ojca i porzucił zarazem osobę Ojca - sednem tego dramatu jest zdążanie ku śmierci.

Emigracja współczesna niejednokrotnie potwierdza ten kierunek drogi - zdążanie ku śmierci duchowej. W tym miejscu przywołuję osobistą rozmowę sprzed lat, z 1985 r. z Kanady. Dwoje rodziców z krakowskiego wyznawało, jak w pogoni za nowym wymiarem życia, za jego standardem - gdzieś zagubili z horyzontu - swojego syna. Narkotyki, alkohol, porzucenie domu... Jesteśmy teraz urządzeni, ale straciliśmy syna... Straciliśmy to, co decydowało o naszym życiu... Straciliśmy sens naszego życia.

Różne są postacie i oblicza syna zagubionego, z dala od ojca, syna, który jest w tak wielu z nas, którzy w imię autonomii i jakości warunków życiowych - odeszliśmy od domu Ojca i od Jego osoby

Drugi etap w tej geografii ewangelicznej i emigracyjnej - to decyzja powrotu do Ojca.

Ewangelia wyraża ją krótko - "Wstanę i pójdę do mojego Ojca".

Ale przed nią jest namysł - osąd rzeczywistości - przeszłości i teraźniejszości, osąd wartości i ich braku, osąd własnej egzystencji - "ja tu z głodu ginę"

Dotykamy zatem rzeczywistości sumienia. Ta rzeczywistość jest centralna dla wydarzenia ewangelicznego i każdej reorientacji życiowej.

Ewangelia wskazuje nam na dwie istotne kwestie - funkcję sumienia, które osądza i ocenia w świetle prawdy - rzeczy takich, jakimi one są. To jedno.

A drugie - to to, że w tym osądzie jawi się przywrócony obraz Ojca - to nie jest już Ktoś zagrażający mojej autonomii, to nie jest Ktoś zawłaszczający częścią majątku, która rzekomo - do mnie przynależy. To jest Ojciec. Mój Ojciec. Jego domem jest domem mojego Ojca. Ojciec przez to, że jest mój, pozwala mi wejść do domu i uczynić go na nowo - swoim własnym.

Ten drugi etap każe nam spojrzeć na rolę duszpasterzy emigracji - tych, którzy stoją na straży sumień. "Na straży sumienia Narodu" tak określał swoją pasterską misję Założyciel Towarzystwa Chrystusowego, Sługa Boży - kard. August Hlond. W jakiś sposób, może nie zawarty w punkcie Ustaw, ale bardziej trwale zapisany, bo świadectwem swego życia - Założyciel tę misję przekazał nam - chrystusowcom: stać na straży sumienia Narodu i człowieka w tym Narodzie.

Dlatego jesteśmy tutaj, i jesteśmy zarazem obecni w tej chwili - zjednoczeni czuwaniem - na tylu kontynentach i placówkach duszpasterskich.

Dlatego idziemy z posługą jednania od wielu lat - od czasu, gdy nasi księża pod koniec wojny, dobrowolnie wyjeżdżali do obozów pracy przymusowej w Niemczech, by jednać ludzi z Bogiem, do dzisiaj, gdy nasi kapłani ofiarnie służą w konfesjonałach na Wschodzie i Zachodzie, w krajach post-ateistycznych i w krajach liberalnych.

Przywołujemy to nie jako powód chluby, ale jako przypomnienie i potwierdzenie świadomości misji: stać na straży sumień, budzić sumienia, by umożliwić im rozpoznanie w nowych warunkach Osoby Ojca i drogi do jego Domu. Są wśród nas tegoroczni neoprezbiterzy - którzy już wkrótce udadzą się z misją do Polonii świata. Macie być, mamy być świadkami sumień.

Etap trzeci - to sama droga, która jest mierzona krokami człowieka i przyśpieszonym biegiem miłującego Ojca. To miłość Ojca, skraca dystans, to Jego miłość niweluje wszystko to, co jest bolesnym wyznaniem własnego upadku. Miłość cieszy się z prawdy, ale boli ją poniżenie. Ojciec przyjmuje wyznanie pokorne syna, ale nie czeka na detaliczne obnażanie win. Jak pisali pierwsi komentatorzy tej przypowieści - Ojciec scałował z ust syna bolesne wyznanie winy. Finałem tej przypowieści staje się zatem radość i uczta. Wspólnota z Ojcem. Odnalezienie swojego miejsca w rzeczywistości świata. Tym miejscem jest obcowanie z Bogiem. Teraz i na zawsze.

Ten etap także sytuuje nasze myślenie w przestrzeni Kościoła, w sprawowanej w nim Eucharystii. Znów, niech mi będzie wolno sięgnąć do krótkiej impresji brazylijskiej - dane mi było wędrować ulicami wielkiego Rio de Janeiro i Sao Paulo, gdzie w milionowych tłumach mieszkańców - gromadzą się Polacy, by wielbić Boga w swoim języku. I dane mi było wędrować drogami brazylijskiego interioru, gdzie zda się, że wędrować nie sposób. Jeden ksiądz - 40 kaplic, 4 tysiące kilometrów kwadratowych. I obecność Boga eucharystycznego, sprowadzana mocą jego posługi.

Może trzeba jeszcze jedno dopowiedzieć. Kiedy odczytujemy Ewangelię o Ojcu miłosiernym - przekonujemy się, że tak naprawdę z dwóch synów - jeden tylko znalazł drogę do domu. Ten, który dom porzucił, udał się na emigrację, doświadczył bliskości śmierci. Drugi - będąc w przestrzeni domu - nie znalazł do niego właściwej drogi. Nie wiemy, czy w ogóle ją znalazł. To każe nam pamiętać, że dramat emigracji nie musi być klęską. Przeciwnie, może być doskonałą lekcją wiary dla nas zadomowionych w swoich środowiskach.

Odczytujemy więc tę Ewangelię dzisiaj wspólnie - my, którzy patrzymy na emigrację z Polski i emigranci, którzy na Polskę patrzą ze swoich nowych ojczyzn. Odczytujemy ją tutaj, gdzie - jak mówił Jan Paweł II - zawsze byliśmy wolni. Wczytujemy się w słowa przypowieści, mając w sobie cały ogrom tego przesłania, które zostało nam darowane w czerwcu br., w czasie proklamacji prawdy, że Bóg jest miłością.

Jasnogórskiej Pani - za wzorem Jana Pawła - zawierzamy dzisiaj całe to duchowe dziedzictwo, które tworzy Polskę w granicach i poza granicami, zawierzamy dzisiaj światłość naszych sumień, zawierzamy każdą naszą siostrę i każdego brata.

Niech Ojciec bogaty w miłosierdzie i Matka miłosierdzia sprawią, by nasze drogi, niezależnie od wymiarów geograficznych znajdowały swój cel zawsze w domu Ojca.
Amen.

ks. Paweł Bortkiewicz