STRONA GŁÓWNA * FRAGMENTA VITAE CZ. 2 * FRAGMENTA VITAE CZ. 3 * FRAGMENTA VITAE CZ. 4


Fragmenta vitae, cz. 1.

Dyktowane br. J. Tyborowi we Władysławowie w lipcu 1974 r.

Z zagadnieniem emigracji spotkałem się od dziecka. Z mojej wioski rodzinnej wyjeżdżali niektórzy na pracę zarobkową do Zagłębia Ruhry. W naszej okolicy tu i tam wyjeżdżał niejeden na stałe do Stanów Zjednoczonych, bez myśli powrotu do kraju.

W roku 1917 (kwiecień) wyjechałem na studia do Münster, a następnie do Fuldy. W najbliższej okolicy tych miast przebywali polscy robotnicy sezonowi, pochodzący z byłej Kongresówki. W czasie wojny Niemcy nie wypuszczali ich na zimę do kraju. Z tymi robotnikami spotykaliśmy się raz po raz. Żalili się na ciężkie warunki pracy, a zwłaszcza na brak polskiej opieki duszpasterskiej nad sobą. Służyliśmy im pogadanką, wspólnym śpiewem a w miarę naszych skromnych możliwości również pociechą religijną.

Pewnego razu wpadł mi do ręki artykuł ks. niemieckiego p.t. „Das Polenmädchen”. Ks. ten opisywał scenę, której był świadkiem przy łożu umierającej polskiej robotnicy. Pisał, jak to polskie dziewczę pragnęło się wyspowiadać. On był bezradny, bo nie znał języka polskiego. W końcu udzielił jej tylko rozgrzeszenia i Sakramentu Chorych. Kończąc ten artykuł apelował w gorących słowach o polskich duszpasterzy dla tych tak bardzo opuszczonych Polaków. Pamiętam, że artykuł ten wywarł na mnie ogromne wrażenie. Pomyślałem sobie wówczas, że należy coś uczynić dla tych, którzy za chlebem opuszczają swoje rodzinne strony. Pomyślałem również że w przyszłości zostawszy kapłanem, mógłbym swój wolny czas poświęcić tej tak bardzo palącej sprawie.

Po zakończeniu wojny, wróciliśmy do Poznania i Gniezna, by tam dokończyć studiów. Po święceniach kapłańskich, byłem zajęty w duszpasterstwie parafialnym w Poznaniu. Przez następne sześć lat byłem prefektem i nauczycielem języka niemieckiego w Państwowym Seminarium Nauczycielski również w Poznaniu. Wakacje w tym okresie spędzałem prawie corocznie za granicą. Przy tej okazji spotykałem się z naszymi rodakami odprawiając dla nich nabożeństwa oraz głosząc im kazania.

W r. 1923 przebywałem w Saksonii i Bawarii. W niedzielę i święta nabożeństwa dla Polaków i pogadanki religijno. W r. 1924 - lipiec - w Hesji. Nabożeństwa niedzielne i pogadanki. Rok 1925 lipiec - pielgrzymka do Rzymu z okazji Roku Jubileuszowego. W Rzymie kontakty z Polakami z Niemiec i Francji, którzy przybyli na uroczystości jubileuszowe. Rok 1926 - sierpień. Z ramienia Państwowego Urzędu Emigracyjnego, wyjazd do Danii. Odwiedzenie ośrodków polskich w tym kraju (artykuły w „Kurierze Poznańskim”). Rok 1927 - podróż do Ziemi Świętej i Egiptu (gratisowy bilet okrętowy z Urzędu Emigracyjnego). Artykuły w „Przewodniku Katolicki". 1928 - odwiedzenie ośrodków polskich w Rumunii. 1929 - z ramienia Kard. Augusta Hlonda (gratisowy bilet okrętowy z Urzędu Emigracyjnego) podróż informacyjna do Brazylii, Urugwaju i Argentyny. Artykuły w „Przewodniku Katolickim”. Rok 1930 - Polskie placówki dyplomatyczne w Brazylii i Argentynie - chyba pod wpływem p. Michała Pankiewicza, radcy emigracyjnego na Południowej Ameryce, użalając się w MSZ na działalność niektórych duszpasterzy na ich terenie, niezgodną z interesami państwa. - W związku z tym MSZ zwraca się do Kardynała Augusta Hlonda opiekuna duchowego wychodźstwa polskiego z propozycją wysłania tam swego delegata dla zbadania sprawy na miejscu.

W czerwcu 1930r. Ks. Kardynał wzywa mnie do siebie i poleca ponowny wyjazd do Południowej Ameryki. Pod koniec rozmowy ks. Prymas odzywa się do mnie, jakby jakimś nieśmiałym głosem: „Chcę uczynić księdza Generałem nowego zgromadzenia”. Słowa te bardzo mnie zaskoczyły. Tym więcej, że dotychczas nic nie słyszałem o takim zamiarze ks. Prymasa. Odpowiedziałem krótko: „Eminencjo - ja niczego z tego nie rozumiem”. Wobec tego zaczął wyjaśniać, że Włosi mają dla swych emigrantów specjalne zgromadzenie „Scalabrinianów”, a bp Geyer stworzył dla emigrantów niemieckich nowe zgromadzenie. Ks. Prymas zaznaczył przy tym, że i on pragnie utworzyć podobne zgromadzeni dla wychodźców polskich. Odpowiedziałem, że jego zamiar bardzo chwalebny oraz że takie zgromadzenie mogło by skutecznie zaradzić brakowi polskich duszpasterzy za granicą. W końcu dodałem „jeśli chodzi o mnie, to zawsze jestem gotów spełnić Wolę Bożą przejawiającą się w woli moich przełożonych”.

Umocniony błogosławieństwem Prymasa wybrałem się ponownie w tę daleką podróż, która miała potrwać około jednego roku. Na ten czas ks. Prymas wyznaczył zastępcę w Seminarium Nauczycielskim. Wyruszyłem z Boulogne sur Mere na pokładzie angielskiego statku pasażerskiego. W czasie podróży opiekowałem się grupą Polaków udających się do Brazylii. W Rio de Janeiro zgłosiłem się w ambasadzie polskiej, która była już poinformowana o mojej misji. Minister pełnomocny pan Tadeusz Grabowski przyjął mnie serdecznie i przyrzekł służyć mi pomocą. Następnie wizyta u nuncjusza apostolskiego u ks. abpa Masella. Przedstawiłem mu pismo ks. Prymasa. Był zdziwiony, że ks. Prymas nie dołączył zezwolenia Kongregacji Konsystorskiej na mój pobyt w Połdn. Ameryce. Bez takiego zezwolenia każdy kapłan ipso facto popadał w suspensę. Dodał przy tym, że nawet nuncjusze nie mają prawa udzielać takiego zezwolenia. Pocieszył mnie jednak, że wyśle niezwłocznie telegram do Kongregacji w tej sprawie. Czekałem ponad dwa tygodnie na odpowiedź Kongregacji, która ze swej strony musiała się porozumieć z ks. Prymasem. Ten czas wyczekiwania wyzyskałem na kontakty z Polakami mieszkającymi w stolicy.

Po nadejściu zezwolenia Kongregacji, wybrałem się do stanu Espirito Santo. W stolicy stanu Victoria odwiedziłem miejscowego biskupa, by otrzymać jurysdykcję. Biskup udzielił mi również zezwolenia na błogosławienie małżeństw, lecz tylko polskich. Pismo to przeglądał później Nuncjusz i zatrzymał je dla siebie jako dokument świadczący o ciasnocie duchowej niektórych biskupów brazylijskich. Z stolicy udałem się do miasta Callatina, a stamtąd 60 km. w głąb lasów dziewiczych. Towarzystwo Kolonizacyjne z Warszawy zakupiło tu obszerne tereny celem osiedlenia na nich polaków z kraju, pragnących prowadzić gospodarstwo rolne na ziemi brazylijskiej. Zastałam tam już sporo rodzin borykających się z karczowaniem dziewiczego lasu oraz z adoptacją do podtropikalnego klimatu. Jednak największą ich bolączką był brak duszpasterza polskiego. Stąd przy moim wyjeździe z Rio min. Grabowski oraz p. Koszarewski przedstawiciel Towarzystwa Kolonizacyjnego prosili mnie o odwiedzenie tej nowej polskiej kolonii noszącej nazwę Aguia Bianca (Orzeł Biały). Mój pobyt na tej kolonii podniósł wszystkich kolonistów bardzo na duchu. Przyczynił się również do uspokojenia umysłów zawiedzionych w swych nadziejach. Obok Aguia Bianca powstała jeszcze w tym czasie druga kolonia nazwana przez administrację Baracao. Zasugerowałem administracji oraz ludziom, by ta kolonia nazywała się Monte Claro (Jasna Góra). Propozycję przyjęto z aplauzem i po dziś dzień nazwa ta figuruje na mapach brazylijskich. Zachęciłem też ludzi, by w obu miejscowościach wybudowali osobne kaplice. Przy pożegnaniu przyrzekłem ludziom, że w ciągu mego pobytu w Brazylii odwiedzę ich jeszcze dwukrotnie.

Wróciwszy do Rio rozpoczęłam odwiedziny w licznych ośrodkach polskich w Brazylii, Argentynie, Urugwaju i Paragwaju. Odwiedziłem zwłaszcza te ośrodki w których według relacji min. Grabowskiego w Rio i min. Mazurkiewicza w Buenos Aires istniały zarzuty pod adresem polskich duszpasterzy. Po zbadaniu sprawy na miejscu okazało się, że tylko w jednym wypadku należało wnieść o odwołanie księdza z obsługiwanej przez niego placówki. Natomiast w dwóch wypadkach stwierdziłem konieczność przeniesienia polskich nauczycieli, ponieważ swym postępowaniem dawali publiczne zgorszenie. Odwiedzając ośrodki polskie odprawiałem nabożeństwa, głosiłem nauki, odwiedzałem ludzi w ich domostwach. Co pewien czas wysyłałem sprawozdanie z swej działalności do Ks. Prymasa oraz do MSZ. Podróże bardzo mnie męczyły, tym więcej, że zdrowie nie zawsze mi dopisywało. Jeździłem koleją, na mule, lub też przypadkowo spotykanymi ciężarówkami. Na koloniach mieszkałem zazwyczaj w zakrystiach lub u dobrych ludzi. Natomiast w miastach i miasteczkach gościłem w domach zakonnych, najchętniej u księży Salezjanów, którzy przez wzgląd na ks. Prymasa przyjmowali mnie wyjątkowo serdecznie. W jednym z miasteczek stanu Santa Catarina spotkałem ks. Pawła Tirone, członka Rady Generalnej i Katechety zgromadzenia salezjańskiego, który odbywał wizytację domów salezjańskich w Połdn. Ameryce. Okazał mi duże życzliwości i udzielił cennych wskazówek. Z rozrzewnieniem wspominał Polskę, gdzie przez wiele lat był przełożonym wspólnoty salezjańskiej. Miałem też liczne kontakty z prasą brazylijską. Niektórym czołowym dziennikom udzielałem obszernych wywiadów o sytuacji naszych rodaków w Brazylii. Chodziło mi o to, by uwypuklić rolę zasługi Polaków jako współbudowniczych nowej katolickiej, zamożnej Brazylii. Często bowiem podkreślano w tym względzie rolę Niemców i Włochów, niedoceniając dorobku wniesionego przez Polaków.

Ilekroć byłem w Rio, odwiedzałem Nuncjusza, który zaraz po przyjeździe mnie o to prosił. Dzieliłem się z nim spostrzeżeniami odnośnie życia i działalności katolików i to nie tylko polskich w tym rozległym kraju. Pod koniec mego pobytu Nuncjusz prosił mnie o obszerniejsze sprawozdanie z mych rozjazdów. Odnośnie stałego zasilania polskich szeregów duszpasterskich, postulowałem utworzenie specjalnego seminarium polskiego: niższego i wyższego, w którym kształcili by się przyszli duszpasterze polscy w Brazylii. Na odjezdnym Nuncjusz zaproponował mi ponowny przyjazd do Brazylii wraz z trzema lub czterema księżmi polskimi. Wskazując na mapę stanu Espirito Santo, powiedział: „Tam po lewej stronie rzeki Rio Doce, a więc na północ od Aguia Bianca istnieje wielka biała plama, nieobjęta opieką duszpasterską. Tam zamierzam tworzyć nową prefekturę apostolską, którą chętnie powierzę księżom z waszego kraju”. Odpowiedziałem na to, że widząc opłakany stan Kościoła w Brazylii, chętnie przyjąłbym jego propozycję. Dodałem jednał, że jest rzeczą raczej wątpliwą, by mój ordynariusz wyraził zgodę na mój ponowny wyjazd do Brazylii. Do prasy polskiej w kraju, zwłaszcza do „Przewodnika Katolickiego”, wysłałem kilkanaście artykułów ilustrujących moje wrażenia z objazdu kolonii polskich w Połudn. Ameryce. Chodziło mi o to, by zainteresować społeczeństwo polskie potrzebami duszpasterstwa za granicą, zwłaszcza w krajach latino-amerykańskich. Zależało mi również na tym, by Polacy nie szczędzili ofiary na budowę gmachu Seminarium Zagranicznego, którego budowę rozpoczęto w roku 193o z okazji obchodu srebrnego jubileuszu ks. Prymasa.

W sierpniu r. 1931 wróciłem do Poznania. 22 sierpnia przedstawiłem się ks. Prymasowi, który na podstawie nadesłanych sprawozdań był dobrze poinformowany o wszystkich szczegółach tej podróży inspekcyjnej. Po obiedzie wyszliśmy z ks. Prymasem do ogrodu. Usiedliśmy na ławce w cieniu rozłożystego klonu. Bawiąc się nerwowo piuska mówił mi o swej ostatniej wizycie w Watykanie trzy miesiące temu. Mówił, że przynaglony poleceniem Ojca św. postanowił definitywnie utworzyć nowe zgromadzenie duszpasterskie dla opieki nad polskimi wychodźcami. A potem postawił decydujące pytanie: „Czy ksiądz podejmie się zorganizowania takiego zgromadzenia?” Odpowiedziałem, że nie mam zdrowia ani zdolności organizacyjnych. Z drugiej zaś strony nie chcę się uchylać od spełnienia Woli Bożej. „Rozumiem, że jest to w życiu księdza chwila decydująca, dlatego daję księdzu trzy dni czasu do ostatecznej decyzji. Jednak bardzo się ucieszę, gdy ksiądz wyrazi ostatecznie swoją zgodę.”

Z ciężką głową opuszczałem rezydencją Ks. Prymasa. Zdawałem sobie sprawę z tego, że w księdze mojego życia odwraca się nowa, ważna karta. Tegoż dnia poszedłem do spowiedzi św., by po radzić się mego kierownika duchownego. Z ust jego usłyszałem słowo zachęty, do obrania tej nowej drogi, która jest wyrazem Woli Bożej. Odwiedziłem również mojego lekarza. Powiedziałem mu, że mój Ordynariusz zamierza mi powierzyć funkcje z których w przyszłości zrzec się byłoby rzeczą trudną. Orzeczenie jego brzmiało, że zdrowie moje jest raczej słabe i że na razie trudno ustalić na jak długo służyć będzie. Można tylko zaryzykować. Już po dwóch dniach zjawiłem się ponownie w rezydencji. Oświadczyłem, że mimo różnych braków jestem gotów podjąć się zadania. Ks. Prymas przyjął to oświadczenie z wyraźnym zadowoleniem. „A od czego jest Pan Bóg w niebie - dodał - On na pewno księdzu dopomoże.”

Zgromadzenie miało nosić nazwę „Zgromadzenie Grobu Pańskiego”. Ks. Prymas uzasadnił tę nazwę tym, że polscy bożogrobcy (miechowici) wyruszali kiedyś do Ziemi Świętej, by jej bronić przed zakusami wrogów. Również członkowie tej nowej rodziny zakonnej, wyruszać będą w dalekie kraje, by tam ratować dusze polskie. Wspomniał też, że po dziś dzień istnieją w Polsce „Kawalerowie Grobu Pańskiego” (Prażmowski). Oni będą mogli was wspomóc materialnie. Wręczył mi też obszerną historię zakonu Bożogrobców. Nadto otrzymałem z jego rąk książką o prawie zakonnym: autor Jansen „Ordersrecht” oraz książkę Chouplin „Istota życia zakonnego”. „Proszę to wszystko dobrze przestudiować, a potem zabrać się do pracy”.

Krótko po tej rozmowie pojechałem na kurację do Iwonicza, a stamtąd do Puszczy Dukielskiej, gdzie przy kaplicy pod wezw. bł. Jana z Dukli, odprawiłem prywatnie l0-dniowe rekolekcje. W międzyczasie ks. Prymas wysłał pismo do Kurii zwalniające mnie z dotychczasowych obowiązków w szkolnictwie. Po rekolekcjach zająłem się propagandą na rzecz zgromadzenia. W różnych miastach diecezji urządzałem odczyty na temat mojej ostatniej podróży, wyświetlając równocześnie własne przeźrocza, z życia polskich emigrantów w Ameryce połudn. Pod koniec odczytu mówiłem zawsze o nowym zgromadzeniu, zachęcając młodych do wstąpienia w jego szeregi. Dla miasta Poznania odczyt wygłosiłem w kinie „Słońce”, które posiadało największą salę widowiskową w stolicy Wielkopolski. Ks. Prymas zaszczycił ten wykład swoją obecnością. Podobne odczyty wygłaszałem w Seminaryjnych Kołach Misyjnych oraz Stowarzyszeniach Katolickich. Zamieszczałem artykuły w prasie, zwłaszcza w „Przewodniku Katolickim”. Kiedy redaktor Ilustrowanego Kuriera Codziennego zwrócił się do ks. Prymasa o obszerny wywiad w sprawie zgromadzenia, Ks. Prymas zlecił mi opracowanie wywiadu, a po zapoznaniu się z jego treścią wysłał go w całości do redakcji pisma.

Chodziło jeszcze o lokalizację siedziby zgromadzenia. Gmach „Seminarium Zagranicznego” posiadał dopiero fundamenty. Ze wzglądu na grząski teren (darowany przez Kapitułę Metropolitalną same fundamenty pochłonęły cały fundusz zebrany z okazji 25-lecia kapłaństwa ks. Prymasa. Nadto powstał w tym czasie ogólny kryzys gospodarczy, który uniemożliwił kontynuowanie budowy. Śp. Hr. Aniela Potulicka w ramach osobnej Fundacji ofiarowała zgromadzeniu swój obszerny pałac w Potulicach wraz z pięknym 25-hektarowym parkiem.

Ks. Prymas jednak zastrzegł sobie, że za życia hrabiny, nie będzie można korzystać z tej darowizny. Powiedział, że dotychczasowe doświadczenia Salezjanów wskazują, że nie warto przyjmować darowizny za życia jej właściciela, ponieważ łatwo o nieporozumienie i niezadowolenie ofiarodawcy. Trzeba było więc rozglądać się za jakimś innym odpowiednim obiektem. W związku z tym oglądałem pałace i resztówki stanowiące kiedyś własność niemieckich właścicieli ziemskich. Były one jednak tak opuszczone, że koszt ich remontu wynosił by prawie tyle co budowa nowego większego domu. Przypadkowo dowiedziałem się, że hrabia Ignacy Mielżyński z Iwna zamierza sprzedać nieduży majątek. Atrakcją tego obiektu był świeżo postawiony budynek dla przyszłej Szkoły Rolniczej. Koszt całości wynosił l00 tyś. zł. w gotówce. Na razie została zawarta umowa ustna. Kiedy na drugi dzień referowałem ks Prymasowi sprawę kupna, ks. Prymas odpowiedział krótko: „Ja niestety pieniędzy nie mam”.

Był już grudzień 1931 r. Dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia ks. Prymas wezwał mnie do siebie. „Trzeba będzie zaraz pojechać do Paryża, by spotkać się z p. Ignacym Paderewskim. Dowiedziałem się, że Mistrz zaraz po świętach wyjeżdża do USA. Chodzi więc o to, by go poinformować o nowym zgromadzeniu. Może on ze swej strony zechce zaznajomić Polonię Amerykańską z tą oprawą. Po Paryżu niech ks. się rozglądnie po Francji, Niemczech. Naturalnie ks. będzie również w Rzymie. Oto moje listy polecające, które ułatwią księdzu spotkania. A oto list najważniejszy, w którym proszę X. Prałata Cacia Dominioni maestro di Camera, by umożliwił księdzu audiencję prywatną u Ojca św.” W pierwsze święto Bożego Narodzenia rannym ekspresem wyjechałem do Paryża. Już na drugi dzień znalazłem się w hotelu Quai d’Orsay, gdzie Paderewski zwykle się zatrzymywał. Mistrz przyjął mnie serdecznie i zaprosił na obiad do swego apartamentu. Długo wypytywał się o sytuację w kraju oraz o ks. Prymasa. Następnie zreferowałem mu sprawę Zgromadzenia. Z wyraźnym zadowoleniem pochwalił tę zbożną inicjatywę. Mówił o opuszczeniu rodaków w niektórych krajach, w których dawał koncerty. Był jednak zaskoczony nazwą Zgromadzenia. „Muszę wyznać, że ta nazwa mi się nie podoba. Pierwsze zgromadzenie polskie p. wezw. Zmartwychwstania Pańskiego a drugie noszące niefortunną nazwę Grobu Pańskiego”. W końcu przyrzekł, że podczas swego pobytu w Stanach Zjednoczonych, zaznajomi tamtejszą Polonię z zamiarami ks. Prymasa. Z początkiem roku 1937 raz jeszcze odwiedziłem Mistrza w jego stałej siedzibie Morges w Szwajcarii, gdzie uczestniczyłem w przyjęciu wydanym na cześć notabli tego miasteczka. Niestety p. Paderewski prócz słów i obietnic niczego więcej dla nas nie uczynił.

Po złożeniu niektórych wizyt w Paryżu wyjechałam do Godesberg (Niemcy). Tam w r. 1927 ks. Bp Geyer, który przez dłuższy czas był biskupem misyjnym w Sudanie, założył nowe zgromadzenie dla emigrantów Niemieckich: „Gemeischaft von den heiligen Engeln”. Siedziba Zgromadzenia mieściła się w pięknie nad Renem położonej willi. Prócz biskupa założyciela był jeden kapłan oraz około dwudziestu kleryków i braci. Podziwiałem dyscypliny oraz ducha ofiary i pokuty w tej nowej społeczności zakonnej. Nieco później siedziba zgromadzenia przeniesiona została do klasztoru pobenedyktyńskiego w Banz koło Bambergu. Niestety to pięknie zapowiadające się dzieło nie spełniło nadziei emigracji niemieckiej. Po śmierci swego założyciele upadło prawie zupełnie. W Monachium na tamtejszym uniwersytecie uczęszczałem na wykłady z zakresu dziennikarstwa. Ks. Prymas zamierzał w Ustawach umieścić jako dodatkowe zadanie członków działalność dziennikarską. Mówił mi o tym, jak to jeden z redaktorów „Osserwatore Romano” (Boehm) założył stowarzyszenie mające na celu szerzenie piórem znajomości zasad katolickich. Dodał, że ta idea przypadła mu bardzo do gustu. Z Monachium udałem się do Regensburga, by w miejscowej Kurii uzyskać pozwolenie na odwiedzenie słynnej w tym czasie stygmatyczki Teresy Neumann. Po otrzymaniu pozwolenia udałem się do Konnersreuth. Stygmatyczce mówiłem o moim nowym zadaniu, dodając, że chwilami ogarnia mnie uczucie lęku, na myśl o przyszłości. „Mehr Vertrauen” - „Bóg pobłogosławi”. Na odchodnym powiedziała mi jeszcze „der liebe Gott wird Polen vor den Kommunismus bewahren”.

Z Bawarii udałem się wprost do Rzymu, zamieszkałem tam w Instytucie Papieskim, którego rektorem był ks. prałat Tadeusz Zakrzewski. Ks. Prałat w czasie mego pobytu w Rzymie otoczył mnie wyjątkową życzliwością. Już nazajutrz byliśmy u ks. prałata Cacia Dominioni, który po przeczytaniu listu polecającego ks. Prymasa przyrzekł, że już w najbliższych dniach postara się dla mnie o audiencję u Ojca św. Nie minęły dwa dni, kiedy nadeszło pismo z Watykanu, zawiadamiające, że Ojciec św. przyjmie mnie l lutego o godz. 12. Tej nocy prawie nie spałem. Po Mszy św. modliłem się dłużej niż zwykle. O godz. 11 wyjechaliśmy z ks. Prałatem do Watykanu. Ubrany byłem wg. przepisu: sutanna przepasana pasem i fariola. Potem Ksiądz Prałat oddał mnie w ręce ks. Dominioni, który mi kazał zaczekać w jednej z wielkich sal. Po chwili jeden z szambelanów poprosił mnie do następnej sali. Byłem podniecony. Odmawiałem różaniec jeden po drugim. Wreszcie z gabinetu Ojca św. wychodził jakiś ambasador w pełnej gali. Wtem zbliżył się do mnie jeden z dwóch młodszych szambelanów osobistych sekretarzy Papieża. „Za chwilę odezwie się dzwonek. Wówczas wprowadzę księdza do gabinetu. I natychmiast się wycofam. Ksiądz uklęknie pierwszy raz przy wejściu, po raz drugi w środku a po raz trzeci przy pocałowaniu ręki Ojca św.”. Tak też uczyniłem.

Serce biło mi młotem, gdym klęczał przed Ojcem św. Widziałem go w 1919 r. w Poznaniu, gdy jako Nuncjusz uczestniczył w Zjeździe Katolickim. Widziałem go w 1925 r. w czasie Pielgrzymki Jubileuszowej do Wiecznego Miasta. A teraz twarzą w twarz. Papież uśmiechnął się a potem powiedział: „senta se”. Następnie używając języka włoskiego wypytywał się o ks. Prymasa. Ponieważ nie władam dostatecznie tym językiem zapytałem po niemiecki: „Proszę Waszej Świątobliwości, czy mogę rozmawiać w tym języku?” Skądinąd wiedziałem, że niektórzy biskupi polscy (Adam Radoński) w rozmowie z Papieżem używali tego języka. Po odpowiedzi na pytania Papieża na temat niektórych spraw polskich, rozmowa zeszła na nasze Zgromadzenie. Papież wyraził swoje uznanie dla ks. Prymasa, który zdecydował się na utworzenie Zgromadzenia. To Zgromadzenie odda polskim emigrantom duże usługi. Również i polscy emigranci potrzebują systematycznego dopływu duszpasterzy polskich, a taki dopływ zapewni im wasze Zgromadzenie. Papież opowiadał z prawdziwą wylewnością o tym, jak w Westfalii spotykał się z Polakami, jak w rozmowie z nimi stwierdził ich tęsknotę za polskim duszpasterzem. Z radością przyjął do wiadomości, że Zgromadzenie pragnie słowem i piórem szerzyć kult Mszy św., by wierni lepiej poznali Najśw. Ofiarę i w niej jak najczęściej uczestniczyli. „To bardzo dobrze - to wspaniała myśl”. Potem rozglądając się po biurku, podał mi książkę o Mszy św. napisaną przez O. Gemelli, rektora Uniwersytetu Katolickiego w Mediolanie. „Takich książek nam potrzeba, książek o Mszy św., która winna być centralnym punktem nasze wiary”. Następnie mówiłem Papieżowi o dodatkowym zadaniu, które ks. Prymas zamierza powierzyć Zgromadzeniu: szczególniejszą znajomość wiedzy dziennikarskiej. „Ks. Prymas mówił mi, że brak pisarzy katolickich. Przecież władanie piórem to jeden z podstawowych elementów dzisiejszego apostolstwa”. Powtórzyłem Papieżowi słowa ks. Prymasa (gdyby św. Pawłowi przypadło działać w naszych czasach to na pewno zostałby dziennikarzem). Papież uśmiechnął się, a potem powiedział: „Za dużo celów jak na jedno Zgromadzenie, te dwa pierwsze już wystarczą”. Papież udzielił jeszcze ojcowskich uwag, wskazując głównie na ducha ofiary, którym Zgromadzenie w szczególniejszy sposób winno się odznaczać. Wskazał na to wszystko, co ks. Prymas określił później jako ducha charakterystycznego Towarzystwa. W końcu udzielił błogosławieństwa nowemu Zgromadzeniu oraz przyszłym jego członkom. Opuszczając gabinet spojrzałem na zegarek. Audiencja trwała ponad 25 min. Szczęście uskrzydlało moje kroki. Opuściwszy Pałac Apostolski wstąpiłem do Bazyliki św. Piotra. W kaplicy Naśw. Sakramentu dziękowałem Panu Jezusowi, że pozwolił mi przeżyć to ważne wydarzenie w życiu osobistym oraz w dziejach przyszłego Zgromadenia.

W następne dni ks. prał. Kakrzewski przedstawił mnie w Kongregacji dla Spraw Zakonnych oraz w Kongregacji Konsyatorjalnej - w wydziale dla Spraw Emigracji. Chodziło mi jeszcze o to, by zaznajomić się z Zgromadzeniem Scalabrinianów, założonym w r. 1887 przez bpa Scalabrini dla opieki duszpasterskiej nad emigracją włoską. W tym celi byliśmy z ks. Prałatem na Via della Scroffa, gdzie Scalabrinianie już od lat prowadzą Papieski Instytut, przygotowujący duszpasterzy włoskich do pracy kapłańskiej wśród Włochów za granicą. Rektor instytutu zapoznał nas z programem wykładów. Pokazał również dość dobrze wyposażoną bibliotekę specjalistyczną. Pojechałem również do Vincenza, gdzie kiedyś biskupem był bp Scalabrini. W miejscowej katedrze spoczywa trumna z szczątkami gorliwego Pasterza i Założyciela tego tak bardzo zasłużonego Zgromadzenia. Stamtąd udałem się do Bassano del Grappa, gdzie Zgromadzenie prowadzi własne Niższe Seminarium Duchowne. W refektarzu przemówiłem do chłopców po francusku, informując ich o powstaniu podobnego zgromadzenia w Polsce. Kiedy w 1972 r. odwiedziłem w Rzymie Generała Zgromadzenia w ich wspaniałej podrzymskiej siedzibie, Generał przypomniał sobie, że będąc w Niższym Seminarium, pewien ksiądz polski ich odwiedził i do nich przemawiał. W Rzymie zatrzymałem się około dwóch miesięcy. W tym czasie chodziłem na wykłady z ks. Filipiakiem do Akademii św. Apolinarego, jak również na wykłady do Gregorianum. Odwiedzałem też osoby, z którymi ks. Prymas polecał mi się spotkać. Pojechałem nawet do Medjolanu, by złożyć wizyty p. dyr. Toeplitzowi, znanemu ekonomiście i milionerowi. Pod nieobecność męża przyjęła mnie p. Toeplitz - Mrozowska. Mówiła mi o swoich wyprawach do Indii, o swych wizytach u tamtejszych maharadżów. Kiedy przy pożegnaniu zapytała mnie o życzenie ks. Prymasa, nie śmiałem jej otwarcie powiedzieć, że chodzi o jakiś datek pieniężny na cele Zgromadzenia. Powiedziałem jej tylko, że ks. Prymas pragnie zainteresować sprawą nowego Zgromadzenia.

Wracając do kraju zatrzymałem się w Budapeszcie, przy kościele polskim u ks. Danka, duszpasterza miejscowej Polonii. Chodziło o to, by się spotkać z O. Bangha, do którego miałem list polecający. Był to powszechnie znany społecznik i organizator wielkich dzieł katolickich. O. Bangha mówił mi o swoich doświadczeniach i zamiarach. Pokazał mi też niektóre dzieła m.in. wielką nowocześnie urządzoną drukarnię. Pod koniec marca wróciłem do Poznania. Zdałem sprawę ks. Prymasowi z mej podróży, w czasie której nauczyłem się bardzo dużo. I znowu rozjazdy, wykłady propagandowe. Przede wszystkim jednak dalsze rozglądanie się za przyszłą siedzibą Zgromadzenia. Niestety na darowiznę się nie zanosiło, a na kupno domu ks. Prymas nie miał pieniędzy. A czas naglił, bo rozpoczął się już werbunek kandydatów.

W maju bawiąc w Strzelnie u mojej siostry, której mąż był budowniczym nawet niektórych kościołów, wybrałem się

wraz z siostrą samochodem do Potulic. Chociaż objęcie tej pięknej siedziby było na razie nie aktualne, chciałem przynajmniej oglądnąć posesję, która w przyszłości po śmierci hr. Potulickiej miała stać się siedzibą Zgromadzenia. Przybyłem do Potulic zupełnie incognito, lecz kierowca jakoś się wygadał i wiadomość o przyjeździe dotarła do dyr. Stefana Radzimińskiego, który był plenipotentem hrabiny. Wnet też zjawił się Radzimiński i pokazał pałac oraz piękny 25 ha park. Wiadomość ta dotarła również do hrabiny. Była ona bardzo zdziwiona, dowiedziawszy się od dyrektora, że bezskutecznie rozglądamy się za domem, siedzibą przyszłego Zgromadzenia. Dlatego hrabina po moim wyjeździe napisała bezzwłocznie do ks. Prymasa list, wyrażając swoje zdziwienie, że mimo przeznaczenia przez nią rezydencji na siedzibę Zgromadzenia ks. Prymas nie objawia zamiaru przyjęcia tej darowizny. Skutek tego listu był nieoczekiwany. Ks. Prymas musiał zareagować po myśli ofiarodawczyni. Wezwał mnie więc do siebie i powiedział: „Widać wyraźnie, że Opatrzność Boża wyznaczyła Potulice jako Dom Macierzysty Zgromadzenia.”

Krótko potem pojechaliśmy z ks. Prymasem do Potulic. Hrabina zgotowała ks. Prymasowi serdeczne przyjęcie. Ks. Prymas ze swej stromy przedstawił mnie hrabinie: „Oto ofiara mojego wyboru. Sądzę, że ks. Ignacy postara się o to, by stosunki między hrabiną a zakładem ułożą się jak najlepiej”. Później jeszcze dwukrotnie byłem w Potulicach by z hrabiną i dyrektorem omówić wszystkie szczegóły przejęcia tej pięknej siedziby. Tymczasem trwał dalszy werbunek maturzystów jako kandydatów na kleryków. Krótkie artykuły i odezwy zachęcały ich do wstępowania w szeregi Zgromadzenia. „Maturzyści na front, na wychodźctwie polskim dusze giną”. Przyjmowaliśmy również zgłoszenia kandydatów na braci zakonnych jako przyszłych pomocników duszpasterzy. Zgłoszeń wpłynęło dużo.

Zacząłem likwidację mego 4-pokojowego mieszkania przy ul. Łąkowej 12. Krewni moi kupili meble, dywany. Natomiast pianino, obrazy - miały być przewiezione do Potulic. Pilnowałem też druku książki „Drogą pielgrzymów”. Były to wrażenia z obu moich podróży do Połudn. Ameryki. W tym celu jeździłem do Szamotuł, gdzie w Drukarni Kawalera odbywał się druk książki. Druk pochłonął sporą ilość pieniędzy. Jednak pieniądze otrzymane z tych książek, stanowiły znaczny kapitał zakładowy i niemałe źródło dochodów w początkach Zgromadzenia. Wyrażając zgodę na podjęcie się organizacji Zgromadzenia prosiłem Ks. Prymasa by dodał mi do pomocy jakiegoś zakonnika, któryby nas wprowadził i zapoznał z życiem zakonnym, ks. Prymas zgodził się na to, wymienił nawet nazwisko ks. Józefa Nęcka salezjanina, który niedawno ukończył studia w Rzymie. W maju 1932 roku zapytałem ks. Prymasa czy się już upewnił, że władze zakonne ks. Nęcka wyrażą zgodę na wypożyczenie nam tego zakonnika, choć by na pewien czas. Odpowiedział, że niestety nie udało mu się uprosić tego kapłana dla Potulic. Przyrzekł jednak, że będzie się rozpytywał w innych zgromadzeniach. Gdy jednak w lipcu zapytałem go ponownie w tej sprawie, odpowiedział: „Niestety nie znalazłem nikogo, ksiądz będzie musiał rozpocząć sam”. Przy tej okazji zwierzyłem mu się, że nachodzą mnie wątpliwości, co do mego powołania zakonnego. Przecież dotychczas jako kapłan diecezjalny nigdy nie myślałem o zakonie. Odpowiedział krótko: „Proszę się nie martwić, to jest prawdziwe powołanie zakonne, bo jest to powołanie z posłuszeństwa”.

W sierpniu zacząłem robić zakupy najniezbędniejszych rzeczy dla Potulic. Wyposażenie sypialni, jadalni, sali wykładowej, kuchni. Wszystko z przeznaczeniem dla mniej więcej 40 osób. Gdy zakupy zostały ukończone dwa wagony załadowane sprzętem odeszły do Nakła, stamtąd zostały przewiezione do Potulic. 22 sierpnia byłem w rezydencji Ks. Prymasa by otrzymać błogosławieństwo na rozpoczęcie dzieła. Ks. Prymas był bardzo wzruszony. Udzielał ostatnich wskazówek oraz ojcowskich słów zachęt. Wskazał na pomoc Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych” A więc rozpoczynamy - powiedział - in Nomine Domini. Zaufajmy Bogu - On na pewno nam pomoże”.

23 sierpnia - poniedziałek - odprawiłem mszę św. w kaplicy Nowicjatu Sióstr Elżbietanek przy ul. Łąkowej, gdzie przez kilka lat byłem kapelanem. Mszę celebrowałem z dużym wzruszeniem. Po dziś dzień pamiętam Ewangelię tegoż dnia. Pamiętam słowa, które wlały dużo otuchy do mego serca: „Nie bój się trzódko mała, albowiem spodobało się Ojcu dać wam królestwo.” Na dworcu w Poznaniu spotkałem się z umówionymi trzema kandydatami na braci, którzy mieli mi towarzyszył w drodze do Potulic (Dłużyński, Stachowski, Kurasz). W drodze opowiadałem moim towarzyszom o potrzebach Polonii, o nowym Zgromadzeniu, Mówiłem im jaka to wielka łaska, że Bóg nas wybrał do budowania fundamentów nowej społeczności zakonnej.

 

Sprawy finansowe w początkach Towarzystwa

Czasy powstania Zgromadzenia, to czasy wielkiego kryzysu światowego. Tan kryzys materialny dał się w Polsce szczególnie we znaki. Wiedzieliśmy z góry, że Ks. Prymas pod względem pieniężnym nie będzie mógł dużo nam pomóc. Był przecież związany z diecezją. Chciał służyć pomocą biednym, zwłaszcza młodzieży akademickiej. Ks. Prymas Założyciel wydał na Potulice od 30 do 40 tyś. zł. Jednak wielu ofiarodawców dawało pieniądze ze względu na jego osobę. /Kard. Kakowski, ks. prob. Szymański ze Słupów, itd/. Na szczęście posiadałem własne niemałe zasoby pieniężne. Wróciwszy z Brazylii szkoła wypłaciła mi całoroczną pensję. Z Brazylii przywiozłem dość liczne zbiory cennych skór, egzotycznych motyli, które wystawione były w Księgarni Św. Wojciecha, a które ludzie chętnie kupowali. Miałem też znaczny fundusz rodzinny. nadto niemały dochód płynął z kilku wydań książki „Drogą pielgrzymów”. Gdy te fundusze się wyczerpały, jeździłem do znajomych księży, którzy dawali lub wypożyczali swoje oszczędności. Pieniądze pożyczał również ks. kan. Zborowski szef kancelarii Ks. Prymasa. Jeszcze nie spłaciliśmy u niego jednej pożyczki, już zaciągaliśmy drugą jeszcze większą. Powiększały się szeregi Zgromadzenia, powiększały się również wydatki. Bywały wypadki, że dostawcy z Nakła nie chcieli dostarczyć towaru, jak długo nie spłacimy zaległości. Pewnego razu, kiedy mówiłam ks. Prymasowi o ciężkiej sytuacji, bardzo się tym nie przejął. Powiedział krótko: „A od czego jest Pan Bóg w niebie?”. Rzeczywiście odczuwaliśmy niejednokrotnie tę Interwencję Bożą. Często niespodziewanie zjawił się ktoś, który odwiedzając Potulice złożył znaczną ofiarę.

Wśród kandydatów znalazł się jeden, który z woli Opatrzności Bożej, miał odegrać wyjątkową rolę w rozpoczynającym się dziele. Był to subdiakon Florian Berlik z Poznańskiego Seminarium Duchownego. Miał on prawdziwe powołanie zakonne i misyjne. Zapoznawszy się z celami Zgromadzania zgłosił się bezzwłocznie. Nie zważał na przestrogę ks. Żychlińskiego, który odradzał mu wstąpienie do Zgromadzenia. „Jest to przecież tylko eksperyment i nie wiadomo czy się ostoi Zgromadzenie.” Ks. Prymas ucieszył się tym zgłoszeniem. Radził jednak by wpierw ukończył studia i przyjął święcenia kapłańskie. Sprzeciwiłem się temu delikatnie, ale stanowczo. Powiedziałem, że Berlik to właściwie jedyna pomoc w moich rozlicznych obowiązkach, które mnie czekają. Ks. Prymas zgodził się. Berlik natomiast otrzymał w rezultacie święcenia kapłańskie jeden rok później.

 

Pallotyni

Będąc w lipcu w Potulicach udałem się do Suchar /12 km. od Potulic/, gdzie Księża Pallotyni mieli swoje wyższe seminarium. Poprosiłem przełożonego, by ich księża mogli być spowiednikami. Poprosiłem też młodego prof. ks. Józefa Bogdana, by we wrześniu przewodniczył naszym 8-dniowym rekolekcjom. Pallotyni dobrze wywiązali się ze swego obowiązku. Zrozumieli rolę jaka im przypadła w udziale, okazali nam dużo życzliwości. Z początku nawet ich modlitwy zakonne stały się naszymi modlitwami. Dopiero kilka miesięcy później opracowaliśmy z ks. Berlikiem odrębne, własne modlitwy. Po części było to tłumaczenie modlitw łacińskich używanych w Seminarium Duchownym. Nieraz najbiedniejsi przysyłali datki pieniężne. Z rozrzewnieniem odczytywaliśmy listy biednych służących lub staruszek donoszących nam, że jakiś głos wewnętrzny skłonił je do przekazania tej ofiary. Codziennie prosiliśmy Boga, zwłaszcza za pośrednictwem św. Józefa o pomoc w sprawach materialnych. Św. Józef nigdy nie zawiódł, to też dodaliśmy do jego imienia nowe wezwanie: „Św. Józefie, Opiekunie nasz, módl się za nami!”.

Pomagał nam również Bank Ludowy w Nakle, pożyczając pieniądze pod zastaw papierów wartościowych, które otrzymywaliśmy od naszych dobrodziejów. W pewnym czasie pożyczka z tego banku, urosła do sumy 30 tyś. Zł. Pewnego wieczoru zjawia się w Potulicach dyrektor banku i błaga na wszystko, by natychmiast zwrócić pożyczkę, bo za trzy dni władze nadrzędne zamierzają przeprowadzić rewizję. Uspokoiłem go, że pieniądze zwrócimy. Nazajutrz wyjechałem natychmiast do Poznania. Kiedy przedstawiłem sprawę ks. Prymasowi, odpowiedział, że nie może nam pomóc. Wobec tego, poprosiłem go, by pozwolił pójść do Kurii i tam wypożyczyć potrzebną sumę. Nie zgodził się na to, tłumacząc, że byłoby to źle interpretowane. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Jak w podobnych wypadkach, udałem się do kościoła OO. Franciszkanów, gdzie króluje obraz M.B. w Cudy Wielmożnej i modliłem się serdecznie, gorąco, by Matka Boże ratowała nas w tej ciężkiej opresji. Na zakończenie modlitwy usłyszałem jakiś wewnętrzny głos: „Idź do dyrektora banku Związku Spółek Zarobkowych, on ci wskaże co masz czynić.” Dyr. Pilatowski wzruszył ramionami na znak, że surowe przepisy bankowe nie pozwalają na udzielenie pożyczki. Widząc moje przygnębienie, przez pewien czas zastanawiał się w milczeniu, a potem powiedział: „Jest sprawą zupełnie jasną, że bank pożyczyć nie może. Mogę jednak księdzu powierzyć pewną tajemnicę, że pewna osoba duchowna ma w banku złożony depozyt, który wystarczyłby na spłaty pożyczki w Banku Nakielskim.” Natychmiast udałem się do tej osoby przedstawiając jej nasze krytyczne położenie, nic nie mówiąc o depozycie złożonym w banku. Z bijącym sercem czekałam na odpowiedź. Po chwili wahania osoba ta zgodziła się przelać depozyt do Nakła we formie krótkoterminowej pożyczki. Natychmiast wyjechałam do Nakła, by przekazać tę wiadomość dyrektorowi banku.

 

Najświętsze Serce Jezusowe

Nabożeństwo do Serca Jezusowego było od samego początku częścią składową naszej pobożności. Ono świeciło jak gwiazda przewodnia na horyzoncie naszego życia duchowego. Widzieliśmy, że ono jest źródłem mocy nowego Zgromadzenia. Kult Serca Jezusowego wyniosłem z domu rodzinnego, gdzie w głównym pokoju stała na cokole wielka figura Serca Jezusowego. U stóp tej figury modliła się niejednokrotnie cała rodzina. Kult ten towarzyszył mi w czasach kleryckich. Przed świeceniami kapłańskimi zamówiłam sobie u jednego z malarzy poznańskich wielki obraz Serca Jezusowego. Moim pragnieniem było, żeby ten obraz towarzyszył mi przez całe moje życie kapłańskie. Na obrazku prymicyjnym kazałem umieścić słowa: „Słodkie Serce Jezusa, bądź moją miłością.”

Opatrzność Boża zrządziła, że po świeceniach zostałem przydzielony jako wikariusz do Fary Poznańskiej. Ucieszyłem się, gdy w tej przepięknej, świątyni, wybudowanej 300 lat temu przez OO. Jezuitów, ujrzałem wielkich rozmiarów obraz mego patrona św. Ignacego Loyoli. Jeszcze bardziej uradowałem się, dowiedziawszy się, że na tym miejscu kształcił się i działał wielki czciciel Serca Jezusowego, O. Kasper Drużbicki, prekursor nabożeństwa do Serca Jezusowego oraz autor książki „Meta cordium Cor Jesu”. Trumna z zwłokami tego świątobliwego zakonnika i mistyka znajdowała się w podziemiach tego kościoła. Te okoliczności sprawiły, że z ambony mówiłem czysto o Najśw. Sercu Bożym. W licznych rodzinach parafii urządzałem intronizację obrazu Serca Jezusowego. Toteż w Potulicach od samego początku kładliśmy nacisk na pielęgnowanie togo nabożeństwa. Zresztą potrzeby i zadania skłaniały nas do oddania się Sercu Bożemu na przepadłe. „Panie, do kogóż pójdziemy”? Wzruszająca była chwila, kiedy 17 października młode Zgromadzenie oddawało się pod opiekę Serca Jezusowego. Panowała prawdziwa temperatura Wieczernika.

 

Matka Boska

Z nie mniejszą czcią zwracaliśmy się do Matki Boskiej. Ks. Berlik wyszedł ze szkoły świątobliwego ks. Aleksandra Żychlińskiego, który wśród kleryków szerzył oddanie się Matce Bożej w charakterze niewolników, w myśl wskazań Grignion de Monfort. Ks. Berlik z wielkim zapałem mówił o tej chwalebnej praktyce. Skutek był taki, że poświęcaliśmy się łasce Bożej w świętym niewolnictwie. Zresztą zdawaliśmy sobie sprawę z tego, jaką rolę odgrywa Matka Boża wśród polskiego wychodźstwa, przekonałem się o tym naocznie w czasie moich podróży zagranicznych. Stąd wniosek, że do duszy maryjnej emigranta przemówić może tylko kapłan maryjny.

 

Bracia

Odegrali ono rolę opatrznościową. Zwiedzając Niepokalanów przekonałam się, że wielkie dzieło stworzone przez O. Maksymiliana to bez przesady dzieło Matki Bożej i braci zakonnych. Przejęci duchem maryjnym bracia niepokalanowscy pokazali jak wielkich dzieł można dokonać. Również i Potulice to przede wszystkim dzieło braci. Przychodzili z domów katolickich, przynosili więc z sobą nieoceniony kapitał zakładowy - dynamizm wiary. Łatwo zrozumieli swoje posłannictwo. Wzmocnieni codzienną Komunią św. i rozważaniem prawd Bożych, dawali ze siebie wszystko.

Z rozrzewnieniem wspominam niektórych z nich, którzy odznaczali się jakimś wyjątkowym heroizmem wiary i ofiary. Starsi zarażali swoim entuzjazmem młodszych. Rzecz najważniejsza - panowała prawdziwa radość w tym naszym ustroniu. Orkiestra, zespół teatralny, wycieczki w bliższą i dalszą okolicę, były dla nich niemałą atrakcją; dawały relaks i ubogacały duchowo. Bracia zapoczątkowali tzw. wysłannictwo. W tym względzie przyświecały nam różne cele: zapoznanie społeczeństwa z ideą Towarzystwa oraz kolportaż dobrej książki katolickiej. Wobec braku stałych funduszy chodziło też o to, by zebrać środki pieniężne na rozbudowę Potulic, zakładów graficznych oraz warsztatów rzemieślniczych. Z początku wyjeżdżało w teren kilku braci. Pod koniec liczba ich wzrosła do 50-ciu. Rozjeżdżali się po wszystkich województwach. W ostatnich latach suma sprzedanych przez nich książek wynosiła około 170 tys. zł rocznie. Przewyższała ona sumę ofiar, które wynosiły rocznie około 150 tyś. zł. Oblaci. Rozwój i rozbudowa Potulic odbywała się w tak szybkim tempie, że ilość braci nie wystarczała na prowadzanie warsztatów a zwłaszcza zakładów graficznych. W związku z tym przyjmowaliśmy młodych ludzi - rzemieślników, zwolnionych z pracy z powodu panującego bezrobocia. Nazywaliśmy ich oblatami. Otrzymywali oni skromną, miesięczną pensję, mieszkanie oraz utrzymanie. Byli to często wysoko wykwalifikowani pracownicy Drukarni Św. Wojciecha, którzy oddali nam zwłaszcza w zakładach graficznych, wielkie usługi. Od nich nasi bracia uczyli się rzemiosła. Dzięki nim nasze Zakłady Graficzna mogły się podejmować druku licznych książek, które ukazywały się w naszym Wydawnictwie. Dzięki nim warsztaty ślusarskie i stolarskie mogły dostarczyć wszystkich elementów potrzebnych do wewnętrznego urządzenia, budującego się w Poznaniu gmachu Seminarium Zagranicznego. Rzecz zrozumiała, że wprowadzanie instytucji oblatów do domu zakonnego było połączona z niemałym ryzykiem. Były wypadki, że trzeba było zwolnić pracownika-oblata ze względu na zły przykład, który dawał naszym braciom. Prócz oblatów przyjmowaliśmy chłopców z okolicznych wiosek po ukończeniu szkoły podstawowej. Pracowali oni głównie w introligatorni, która z braku dostatecznej ilości maszyn, potrzebowała ciągle nowych rąk do pracy.

 

Nowicjusze

Pierwszy rocznik nowicjuszy tzw. pierwszy batalion był wyjątkowo dobry. Byli to maturzyści z prawdziwym powołaniem do kapłaństwa. Wśród nich byli również tacy, których seminaria duchowne nie przyjęły z powodu przepełnienia. Było to jedno serce i jedna dusza. Piękne zadanie spełnił w tym pierwszym nowicjacie ks. Berlik. Był on prefektem i moim socjuszem. Jego autorytet i przykład potrafiły pociągnąć wszystkich nowicjuszy. Nikt się nie zniechęcał mimo, że było bardzo dużo pracy fizycznej. Sprawa się zmieniła, kiedy ks. Berlik udał się wraz z młodymi klerykami - profesami do Gniezna w charakterze przełożonego. Do drugiego nowicjatu przyjęliśmy zbyt dużo kandydatów i to bez zbytniej selekcji. Nadto częste wyjazdy przełożonego zastały wyzyskane przez tych, których powołanie było wątpliwe. Trzeba było wydalić niektórych z nich. Ściągnięto również ks. Berlika do Potulic, który odtąd pełnił funkcji zastępcy przełożonego.

Klerykami w Gnieźnie, którzy mieszkali w budynku b. konwiktu arcybiskupiego, a na wykłady dochodzili do Seminarium, zajmował się w charakterze przełożonego ks. Czesław Wojciechowski, który poprzednio był kapelanem ks. Prymasa. Klerycy po ukończeniu filozofii w Gnieźnie wysyłani byli na studia teologiczne do Seminarium Poznańskiego. Z posiłków korzystali z klerykami diecezjalnymi w wspólnym refektarzu. Mieszkali natomiast w tzw. Karmelu, stanowiącym z gmachem Seminarium jedną całość. Opiekowali się nimi ks. Aleksander Łuniewski, a po jego wyjeździe do Estonii, ks. Kornel Wierzbicki, prokurator Seminarium Duchownego. Z czasem, zwłaszcza kiedy przejmowano coraz więcej kleryków do Seminarium, trzeba było. się rozglądać za innym pomieszczeniem dla kleryków - członków Zgromadzenia. Był plan, by na gruncie darowanym przez Kapitułę zbudować jakieś prowizorium z drzewa. Okazało się jednak, że obszerne baraki z kanalizacją i ogrzewaniem kosztowałyby ponad 50 tyś. zł. Ks. Prymas nawet zaakceptował ten projekt. Ponieważ baraki służyć mogły tylko przez pewien czas, wysunięty został nowy projekt wybudowania choć jednej części zamierzonego pierwotnie Seminarium. Koszt budowy wynosić miał ponad 300 tyś. zł. Ks. Prymas wyraził na to swoją zgodę.

Skąd jednak wziąć taką sumę pieniędzy w czasie ciężkiego kryzysu w kraju? Pomóc mogła tylko jakaż poważniejsza pożyczka. Banki wprawdzie udzielały pożyczek, lecz tylko na obiekty przemysłowe. Państwu chodziło bowiem o to, by dać pracę licznym rzeszom bezrobotnych. Pożyczki mógł udzielić tylko Bank Gospodarstwa Krajowego w Poznaniu. Dyrektorem był major Golik. Pierwsze starania spełzły na niczym. Dowiedziałem się jednak, że bardzo mu zależy na tym, by mógł rozmawiać z ks. Prymasem, mieć z nim wspólną fotografię, itd. Zaprosiłem więc go do Potulic na dzień, w którym ks. Prymas pragnął nas odwiedzić. Dyrektor był uszczęśliwiony, a pożyczka została udzielony. Wynosiła ona co prawda tylko jedną trzecią budowy. Uzyskane pieniądze umożliwiły nam rozpoczęcie budowy gmachu. Kierownikiem budowy ze strony Zgromadzenia został br. Wacław Miernik.

Myślałem pierwotnie, że same darowizny w materiałach i w gotówce wystarczą na rozpoczęcie. Zacząłem więc szukać dobrodziejów. Żyd Schwersentz z Inowrocławia darował dwa wagony wapna. Niektóre cegielnie pod poznaniem ofiarowały po jednym wagonie cegły. Wnet jednak przekonałem się, że taka żebranina odbywa się kosztem moich zajęć w Potulicach i że zbytnio wyczerpuje moje siły witalna. W października w roku 1936 odbywa się uroczystość kamienia węgielnego. Poświęcenia dokonał ks. Prymas. Obecna była Kapituła Poznańska oraz licznie zaproszeni goście. Z Warszawy przybyli z ramienia MSZ naczelnik wydziału Zarychta oraz p. Lenartowicz, dyrektor Światowego Związku Polaków z Zagranicy. Złożyli oni dary w imieniu MSZ w sumie l0 tyś. zł. W swoim przemówieniu dziękując poszczególnym dobrodziejom za pomoc, zapomniałem wymienić Kapitułę. Stąd niemało było przykrości.

STRONA GŁÓWNA * FRAGMENTA VITAE CZ. 2 * FRAGMENTA VITAE CZ. 3 * FRAGMENTA VITAE CZ. 4