STRONA GŁÓWNA * FRAGMENTA VITAE CZ. 1 * FRAGMENTA VITAE CZ. 2 * FRAGMENTA VITAE CZ. 4
|
Fragmenta vitae, cz. 3. Dyktowane br. St. Wiśniewskiemu w Puszczykowie w listopadzie i w grudniu 1974 r.
Okres dziecięcy
.
Urodz. 17.11.
w sobotę. Chrzest 20.II. Chrzestni: Jan Posadzy /brat ojca/ z Szymborza.
Syn jego Stanisław zgłosił się do Seminarium Duchownego w Poznaniu
/1899r./. Wyświęcony 1903r. Zmarł jako proboszcz w Żninie 1922 r.
Chrzestna: Bogaczowa z Szadłowic, matka przyszłego ks. Mieczysława
Bogacza /Ks. Bogacz zmarł jako kan. i prob. parafii św. Wawrzyńca w
Gnieźnie w roku 1960/. Ks. Bogacz urodził się w Szadłowicach 1898r.
.
Syn brata mojej matki ks. Tadeusz Pawlak, wyświęcony 1930 zmarł w Dachau
w 1942r. Przez parę lat był duszpasterzem we Wschodniej Francji.
Ostatnio był dyrektorem „Caritasu” w Gnieźnie. Rodzice moi bardzo
pobożni, codziennie odmawiali różaniec. W Wielkim Poście odmawialiśmy
wspólnie Litanię do Męki Pańskiej. Matka moja miała wielkie nabożeństwo
do Najśw. Serca Jezusowego. Wieczorne pacierze odmawiała codziennie u
stóp dużej figury Serca Jezusowego, sprowadzonej od OO. Jezuitów z
Krakowa. . Rodzice mieli 12 dzieci. Ja byłem ósmy z rzędu. Przede mną umarło dwóch chłopców na dyfteryt. W obawie, by śmierć nie pustoszyła rodziny, rodzice postawili w roku 1897 murowaną kapliczkę dość dużych rozmiarów w ogrodzie przy domu. Pierwsze przeżycie religijne 8.IX.1902r. w Gietrzwałdzie. Co roku pielgrzymowali do tego Sanktuarium ludzie z Kujaw oraz z różnych stron Wielkopolski. Szczególnie liczne były pielgrzymki w r. 1902. Była to bowiem 25 rocznica objawień M.B. na tym miejscu. Rodzice zabrali mnie na tę uroczystość. Pamiętam zbiorowisko ludzi, jakiego dotychczas nie widziałem. Pamiętam ludzi leżących pokotem przed cudownym Obrazem M.B. - krzyki opętanych, błagalne wołania chorych - źródełko pod lasem, z którego pielgrzymi czerpali wodę uzdrawiającą w chorobach.
Strajk szkolny
. Od 1906 r. zaprowadzono w szkole ludowej w Szadłowicach religię w języku niemieckim. Na znak protestu wszystkie dzieci polskie rozpoczęły strajk. W tym strajku brałem udział razem z moją siostrą Anną starszą o dwa lata ode mnie. Po pewnym czasie z powodu stosowanych represji strajk się załamał. Jednak rodzice nasi polecili nam nie przerywać strajku. Chodziliśmy więc nadal po południu do szkoły, by tam odbierać uderzania trzciną na obie ręce i odsiedzieć do trzech godzin aresztu. Tak strajkowaliśmy chyba do końca roku 1906. Może strajkowalibyśmy jeszcze dłużej, gdyby nie perswazje kierownika szkoły Józefa Schwemina. Wytłumaczył on bowiem mojemu ojcu, że dalszy opór uniemożliwi synowi, a więc mnie przyjęcie do gimnazjum w Inowrocławiu. Ten argument zdecydował.
Pobyt w gimnazjum . Nauka szła mi dosyć dobrze. Przechodziłem normalnie z klasy do klasy. Zagrożony byłem jedynie w niższej sekundzie, kiedy gospodarzem klasy i nauczycielem języka niemieckiego został prof. Karl Schmidt, prezes „Ostmarkenverein”. Jako zdecydowany wróg polskości, uważał sobie za obowiązek niedopuszczenia jak największej ilości Polaków do małej matury, uprawniającej do jednorocznej służby wojskowej. Schmidt uwziął się również na mnie. Oświadczył mianowicie, że moje zadania domowe z języka niemieckiego nie były napisane samodzielnie, mimo, że klasówki oceniał pozytywnie. Przed końcowym egzaminem wezwał mnie do swego mieszkania, gdzie w zamkniętym na klucz pokoju musiałem napisać pracę na temat przez niego wyznaczoną. Byłem bardzo podekscytowany. Wiedziałem dobrze, że od wyniku tej pracy zależy poniekąd moja przyszłość. Na szczęście wynik był dobry, a profesor oświadczył, że cofa swoje podejrzenie o niesamodzielność moich wypracowań domowych. Niestety, dwudziestu moich polskich kolegów w tej klasie padło ofiarą brutalności profesora hakatysty. W następnych klasach nie było już żadnych trudności. Właściciel majątku ziemskiego Niemiec Schwartz poprosił mnie, bym codziennie udzielał lekcji jego synowi Herbertowi. Chętnie się tego podjąłem, a za uzyskane pieniądze kupowałem różne przedmioty jak rower, aparat i przybory fotograficzne itp.
Powstanie Wielkopolskie
. Pod koniec 1918 roku, po załamaniu się Rzeszy wracaliśmy z moim kolegą Łapką do wolnej Polski. We Fuldzie wsiedliśmy do pociągu wojskowego wiozącego żołnierzy z pod Verdun. Na dworcu w Berlinie padały strzały. Niektóre oddziały walczyły z żołnierzami z rewolucjonizowanych batalionów piechoty. W Inowrocławiu radość choć wojska niemieckie znajdowały się jeszcze w mieście. Z początkiem stycznia wybuchło powstanie. W moich stronach front przebiegał 4 km. od Szadłowic. Jako kleryk nie mogłem wziąć udziału z bronią w ręku. Służyłem jednak naszym żołnierzom w roli Oświatowca. W miejscowej szkole zbierali się żołnierze, by słuchać moich wykładów o Polsce, jej historii oraz o jej perspektywach na przyszłość. Miewałem też specjalne pogadanki dla oficerów. Razem z nimi odwiedzałem żołnierzy pierwszej linii, stanowiska artylerii oraz prowizoryczne przyczółki obronne. Wygłaszałem też przemówienia religijne, podnoszące morale naszych wojaków. Mój brat stryjeczny Józef Posadzy był dowódcą kompanii i w tym charakterze miał do dyspozycji pięknego wierzchowca. On też mnie nauczył prawidłowej jazdy konnej, co mi się przydało później w czasie moich objazdów osiedli polskich w Brazylii.
Rok 1923 - Saksonia i Bawaria
. Wakacje w tym roku pragnąłem wykorzystać dla podreperowania zdrowia, nadszarpniętego wyjątkowym wysiłkiem duszpasterskim. Zamierzałam więc wyjechać do Wörishofen /Bawaria/, by tam odbyć kurację wodoleczniczą. Równocześnie jednak pragnąłem zadośćuczynić moim postanowieniom, by choć w niedzielę służyć polskim robotnikom sezonowym. Dlatego też w drodze do Wörishofen zatrzymałem się w Magdeburgu, gdzie w niedzielę odprawiłem nabożeństwo dla robotników rolnych, pracujących w okolicy. Frekwencja była. Nienadzwyczajna ponieważ nie wszyscy Polacy byli powiadomieni o moim przybyciu. Po nabożeństwie spotkanie oraz indywidualne rozmowy z ludźmi. Na drugi dzień dotarłem do celu, gdzie rozpocząłem intensywną kurację. Przez dwie następne niedziele odprawiałem nabożeństwa dla Polaków pracujących w tamtych stronach. Niestety, kuracja nie przyniosła pożądanego skutku. Po powrocie do Poznania rozchorowałem się nawet na dobre. Wyjątkowo silne osłabienie mięśnia sercowego oraz krańcowe wyczerpanie nerwowe uniemożliwiły mi dalszą pracę duszpasterską. Stan zdrowia był tak opłakany, że musiałam prosić na pewien czas o zwolnienie z brewiarza. Kiedy przyszedłem nieco do siebie, wyjechałem pod konie października do Kopaszewa, siedziby państwa Chłapowskich, gdzie obsługiwałem miejscowy kościół filialny. Od stycznia 1934 r. zostałem przeniesiony do pracy w szkolnictwie.
Rok 1924 - Hesja
Ks. Józef Jagielski, proboszcz parafii rodzinnej wyjeżdżał co roku do Nauheim /Hesja/. Ponieważ czuł się coraz słabszy, prosił mnie bym mu towarzyszył w czasie jego pobytu na kuracji. Równocześnie tłumaczył mi, że wkoło Nauheim są liczni polscy robotnicy sezonowi, którzy zostają bez opieki duszpasterskiej. Przyjąłem jego propozycję i w lipcu, wybraliśmy się wspólnie do Nauheim. W ciągu tygodnia korzystałem z leczniczych kąpieli kwasowęglowych. Natomiast przez trzy niedziele odprawiałem nabożeństwa dla Polaków, pracujących w dalszej i bliższej okolicy. Wygłaszałem też dla nich pogadanki na tematy religijno-społeczne.
Rok 1925 - Włochy
Z okazji Roku Jubileuszowego wybrałam się z pielgrzymką do Rzymu. Przy tej sposobności zwiedziłem również inne miasta pięknej Italii. Z tej podróży napisałem reportaż do „Przewodnika Katolickiego”.
Rok 1926 - sierpień - Dania
Urząd Emigracyjny przy Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej zlecił mi opiekę nad polskimi emigrantami, udającymi się drogą morską przez Kopenhagę do Ameryki Północnej. Towarzyszyłem im na statku duńskim w drodze z Gdańska do Kopenhagi. Zaplanowane pogadanki niestety się nie odbyły, ponieważ wskutek pogody sztormowej prawie wszyscy pasażerowie chorowali. W Danii odwiedziłem niektóre skupiska polskie. Reportaż z tej podróży zamieściłem w „Kurierze Poznańskim”.
Rok 1927 - Austria, Włochy, Palestyna, Egipt
Koszta podróży okrętem opłacił Urząd Emigracyjny. Przez Austrię dotarłem do Triestu.. Stąd do Brindisi. Po zwiedzeniu miasta dalsza podróż do Aleksandrii i Jaffy. W Jerozolimie spotkałem ks. prof. dra Pawia Kirsteina z Pelplina. Odtąd podróżowaliśmy razem. Z Palestyny wyjechaliśmy do Egiptu. Po zwiedzeniu ważniejszych zabytków znaleźliśmy się w Aleksandrii. W dniu następnym mieliśmy odpłynąć do Grecji. 5.VIII po północy ogarnął mnie jakiś straszny niepokój. W tych właśnie godzinach umierała moja najmłodsza siostra Monika - 26 letnia, matka ks. Zbigniewa Szwarca. Mimo nalegań i presji mego towarzysza, zrezygnowałem z mojej podróży do Grecji i wiedziony jakimś złym przeczuciem udałem się w drogę powrotną do Polski. Przyjechałem dwa dni po pogrzebie mojej siostry. Z tej podróży napisałem kilkanaście artykułów do „Przewodnika Katolickiego”. Wygłosiłam też kilka prelekcji przez radio poznańskie.
Rok 1928, Rumunia
Z początkiem lipca, udałem się na wypoczynek do Zaleszczy, miejscowości letniskowej, uroczo położonej nad Dniestram, blisko granicy rumuńskiej. Stąd wybrałem się do Czerniowiec, gdzie mieszkało podówczas wielu Polaków, a stamtąd do wioski Poiana Micului, rozciągającej się w dolinie wśród wysokich bukowińskich gór. Moje odwiedziny były raczej krótkie. Silne dolegliwości serca zmusiły mnie do przedwczesnego powrotu do Poznania.
STRONA GŁÓWNA * FRAGMENTA VITAE CZ. 1 * FRAGMENTA VITAE CZ. 2 * FRAGMENTA VITAE CZ. 4 |