Dodaj do ulubionych!  

Świadectwa powołanych do życia zakonnego

Poproszono mnie kolejny już raz o coś, czego nie da się wyjaśnić do końca. Tego cudu i fenomenu nie da się opisać ludzkimi słowami. Jednak spróbuję coś o tym powiedzieć. Nigdy nie przypuszczałem - nawet w najśmielszych planach, że "pójdę na księdza". Nigdy, aż do momentu, gdy Bóg zaczął dyskretnie dawać mi do zrozumienia, że właśnie ma dla mnie taki plan.

Pamiętam wyjazd na moje pierwsze rekolekcje - jakże bardzo chciałem uciec od spotkania z Jezusem. Nie udało się. On przemawiał do mnie słowami kapłana. Kiedy trwałem w największym zamknięciu, wszystko ( od zakonników spotkanych na ulicy aż po programy telewizyjne) przypominało mi o powołaniu. Tłumaczyłem sobie, że to przypadki. Kiedy spostrzegłem, że moje życie kieruje się ku kapłaństwu, rozpocząłem stanowczą walkę z Panem Bogiem: nie, bo ja chcę mieć rodzinę..., nie, bo ja chcę być ojcem..., nie, bo ja chcę mieć samochód i własny dom.., nie, bo ja się do tego nie nadaję..., nie, bo ja nie jestem godzien. No właśnie: nie, bo ja, bo ja, bo ja.... . Bóg nie dość, że każdym razem dawał mi odpowiedzi na te pytania niepojętymi "zbiegami okoliczności", to z dnia na dzień pokazywał, jak bardzo pragnie mieć mnie dla siebie. Kiedy przeżywałem okres najostrzejszego buntu (młodzieżowe subkultury, uzależnienia i staczanie się na dno), udałem się do spowiedzi. Nigdy nie zapomnę, kiedy nieznajomy mi kapłan zapytał wprost: "czy ty czasem nie odkrywasz w sobie powołania do służby Bogu?". To było już za dużo. Przestałem toczyć tę bezsensowną wojnę. Już nie było: "ja chcę", ale "Boże, co Ty chcesz, abym uczynił?" Kiedyś miałem zwyczaj mówić o tych, którzy oddali się Bogu "nienormalni". Dzisiaj mnie nazywają "nienormalnym". Nie dziwię im się, ale może i do nich, może i do ciebie Chrystus mówi: "Pójdź za mną". Jego także nazywali "Nienormalnym!!!"

Krzych

„Nie bój się odtąd ludzi będziesz łowił”

Po skończeniu Liceum Morskiego w Gdańsku, które otworzyło przede mną szerokie horyzonty poznania wiedzy o morzu i pracy na nim – i otrzymaniu dyplomu marynarza-rybaka – miałem kontynuując naukę rozpocząć przygodę wilka morskiego, co raz wypłynąwszy w rejs, stale na morze wraca, jak wilk do lasu. Wszystko było już przeze mnie przygotowane, zaplanowane… Bóg zechciał jednak wkroczyć w me życie i sprawić, bym rozpoczął nowy połów, na nowym morzu… morzu dusz ludzkich.

Byłem normalnym chłopakiem, jak każdy. Niczym nie różniłem się od innych. Jak inni grałem i kopałem piłkę, bawiłem się w „chowanego”. W szkole otrzymywałem tak piątki, czwórki, jak i niekiedy oceny niedostateczne. Nie raz zdarzyło mi się pociągnąć koleżankę za warkocz… Wyróżniało mnie chyba jedynie to, że od zawsze kochałem morze. Czy mam to we krwi? Nie wiem. Pochodzę znad morza, i wywodzę się z rodziny o tradycji morskiej, rybackiej. To stąd chyba właśnie w pewnym momencie mojego życia pojawiło się pragnienie „pływania”. Chciałem jak mój dziadek, pradziadek, ale i tato – być człowiekiem morza. (Tego byłem pewien). Nie mogłem jednak się spodziewać, że Pan Bóg zmieni me plany. Nigdy, bowiem nie myślałem o tym, ażeby zostać księdzem, zakonnikiem. To było mi obce. Tym bardziej, iż wcale nie byłem wcześniej ani ministrantem, lektorem i w odróżnieniu od niektórych moich współbraci z seminarium, którzy od najmłodszych lat służyli przy ołtarzu Pana i już wtedy głos Jezusa słyszeli, ja niczego podobnego nie doświadczyłem.

Rozpoznanie planów Boga dokonało się we mnie – śmiało mogę rzec – później i nagle, choć z pewnością nieświadomie – grunt pod me powołanie kształtował się już w domu rodzinnym, w którym nigdy nie brakowało modlitwy, niedzielnej Eucharystii i rozmów o wierze w Chrystusa.

W drugiej klasie szkoły średniej (był to Wielki Post) poszedłem pewnego dnia, kierowany potrzebą serca, do kościoła na krótką modlitwę osobistą poza Mszą św. Wszedłem doń na chwilkę i niczym nawrócony Andre Frossard, wyszedłem z niego jako ktoś już zupełnie inny. Wiedziałem, że coś się stało, ale nie potrafię dokładnie powiedzieć co, nie jestem w stanie tego opowiedzieć. To tajemnica… Zrozumiałem wtedy tylko tyle (albo, aż tyle),że Bóg obdarował mnie specjalnym wezwaniem… W kościele wyczytałem na jednej ze ściennych gablotek słowa, które tak bardzo do mnie przemówiły, iż do dziś obecne są we mnie. Czytałem:, „Co zrobisz ze swoim życiem? Jesteś młody… czy wiesz, że Bóg potrzebuje i ciebie? Czy wiesz, że człowiek potrzebuje dziś o wiele więcej Słowa Prawdy niż chleba?”. Bóg w sposób tajemniczy objawił mi swoją wolę, której jednak wbrew pozorom nie miałem zamiaru tak od razu zaakceptować. „Co, ja księdzem?!” – wołałem. Głos Jezusa bardzo cierpliwy i subtelny nie dawał mi jednak spokoju a różne późniejsze zdarzenia stawały się dla mnie znakiem, że Chrystus chce abym otworzył Mu moje serce i by On zamieszkawszy w nim, mógł przez nie działać. „Tak, mam zostać księdzem…” - rozumiałem to coraz lepiej i powoli akceptowałem.

Dlaczego Jezus mnie powołał, wezwał do tak wielkich, ważnych zadań? Nie wiem, nie pytam Go o to…, jest to przeto poszukiwanie odpowiedzi, której i tak nie znajdę. Bóg ma swoje plany. Przekonał o tym św. Piotra, przekonał tylu innych, przekonał i mnie. On naprawdę patrzy inaczej niż człowiek, Jego ojcowski wzrok dostrzega to, co dla ludzkiego oka jest zakryte, niedostępne. „Człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy w serce”(1 Sm 16,7). Jego drogi są niezbadane, lecz z pewnością godne zauważenia. Rozpoznanie woli Boga, która jest święta i zawsze ma na uwadze dobro oraz szczęście człowieka, dokonuje się na różny, często przedziwny sposób – na modlitwie, modlitwie ciszy, samotności a czasem i poprzez bliźniego, którym Pan posługuje się jako narzędziem. Ważne jest jednak, by nie tylko to Boże wezwanie – zarówno do życia w rodzinie, małżeństwie, samotności, ale i stanie duchownym (kapłaństwie, życiu zakonnym) – rozpoznać, lecz zaakceptować, zakochać się w nim, by zrozumiawszy, że jest to zaproszenie do szczęścia, świętości, w końcu podjąć. Bogu warto zaufać, zaświadczam o tym osobiście… On, bowiem chociaż zmienił mój projekt na życie, nie pozbawił mnie radości, pokoju i szczęścia, ale ogromnie ubogacił i sprawił, że będę dalej pływał, tym razem na morzu dusz ludzkich. Pragnę Mu, dlatego bardzo podziękować za łaskę powołania, jaką mnie obdarzył, choć małe są moje słowa i zbyt ubogie, ażeby doskonałej Miłości wyrazić mą wdzięczność. Świadom swego ubóstwa mówię Panu Jezusowi: „Chwała Tobie Boże Serce!”. Czynię to szczególnie wyraźnie teraz w miesiącu czerwcu, gdy wyjątkowo czci się Serce Jezusa – źródło miłości, życia i świętości.

„Nie bój się odtąd ludzi łowić będziesz” – mówi mi Jezus. 
Posłuszny Jego słowom śpiewam z weselem:
„O Panie, to Ty na mnie spojrzałeś,
Twoje usta dziś wyrzekły me imię,
swoją barkę pozostawiam na brzegu,
razem z Tobą nowy zacznę dziś łów…”

Mariusz

Do góry