Kard. Bolesław Filipiak o Kard. A. Hlondzie
Natomiast
w popołudniowym referacie J. E. Ks. Kardynał Zenon Grocholewski zaprezentował
bardzo bogaty w treść referat Reprezentant Polski w Kurii Rzymskiej.
Kardynał Bolesław Jan Filipiak (1901-1978). W referacie znalazło się piękne
odniesienie do naszego Założyciela, Sługi Bożego Augusta Hlonda. Kard. Zenon
Grocholewski zacytował Kard. Bolesława Filipiaka. Pozwole sobie na
zamieszczenie tego odniesienia do naszego Załozyciela: ... U ks. Filipiaka
uderza fakt, iz był on do konca życia pod urokiem kard. Augusta Hlonda. Uważał
go za „najpiekniejszego człowieka” swego pokolenia, „za wielkiego kardynała,
który był mu „mistrzem życia, wzorem i przyjacielem”. Jego postać –
napisał w r. 1963 – rośnie, im dalej czas nas od niej oddala. Są arcydzieła
sztuki, które trzeba oglądać z pewnego oddalenia.
A oto wartości, jakie go chyba najbardziej zachwycały u Hlonda: spokój,
odwaga, optymizm oraz charyzmat twórczego wpływu
na innych, wypływający ze zjednoczenia z Bogiem. Filipiak pisał: Podziwiałem
spokój Kardynała. Żadna targanina myśli, żadne zgryzoty nie potrafiły
go wyprowadzić z równowagi. Był dla nas, w dniach klęski, słupem ognistym,
który przewodził. Biła od niego nadzieja, otucha, siła niepokonana, nowe życie.
My którzyśmy byli blisko, wiedzieliśmy, skąd czerpał moc ducha. W sercu miał
modlitwę, radość i wesele. Kto miał duszę chorą, ten zdrowiał: koło
niego, nad nim i przed nim szła ufność i pogoda
[...] Spotykając [po wojnie] kapłanów chwytał ich czule obu rękami i
sercem. Rozpalały się dusze i krzepły. I jak na wiosnę deszcz ciepły, a
obfity topi śnieg, tak potężna nadzieja topiła zwątpienie: “Nie masz
takiej słabości, z której by nie było ratunku” [...]. Od takich i innych słów
Kardynała dusze ludzkie dostawały skrzydeł. Zwątpienie ustawało. Radość życia wracała. Ręce zabierały się do twórczego
czynu. Umierał – zaznacza Filipiak z zachwyceniem – innym
udzielać coś ze swego ducha prężnego, twórczego. A jak wspaniale ludzi z
powrotem sprowadzał na dobrą drogę, dodając: Nie miej mi za złe,
drogi konfratrze, że Ci przypomnę, jaki byłeś buńczuczny, gdy wprowadzając
Cię do Kardynała, namawiałem Cię do umiaru, do pokory, do przyznania się do
winy. Nie wchodzę w to, co miedzy nami zaszło. Pamiętam tylko, żeś wyszedł
innym – płakałeś, płakałeś jak dziecko, którego ojciec przywrócił do
łaski. W uszach moich jeszcze dzisiaj, po latach, brzmią twoje słowa: Jaki On
dobry! Jaki On dobry!”.