Moguer 17.01.2003 r.

 

 

            Oto kilka wiadomości z mojego „podwórka”: Na razie nie mam za dużo pracy duszpasterskiej dla naszych rodaków. Możliwe, że zaczną oni przyjeżdżać na początku lutego. Oficjalnie bowiem kampania truskawkowa zaczyna się w tym roku 1 marca.

Pracuję jedynie w parafii hiszpańskiej. Miejscowy proboszcz nie obciąża mnie zbytnio, bo i sam ma niewiele do zrobienia. Wszystkie pogrzeby, śluby i chrzty w parafii "obsługuje" on osobiście. Nie martwię się tym zbytnio, bo - prawdę mówiąc - jest to horror. Miejscowi „parafianie”, którzy korzystają z tych sakramentów czy sakramentaliów, zachowują się naprawdę kiepsko. Nie tylko nie respektują Świątyni jako takiej, ale również nie zwracają uwagi na kilkakrotne prośby proboszcza. Brak im po prostu jakiegokolwiek wyczucia religijnego.

Przygotowałem cztery Polki do małżeństwa, ale one też nie lubią zbytnio „narzucać się” Panu Bogu. Ze wszystkich widziałem w kościele tylko jedną - jeden jedyny raz mimo, że są tu już od kilku miesięcy. Jeden ślub już się odbył w pobliskiej Lucenie, następne celebrował będę w miejscowej parafii 25 stycznia i 1 lutego. W perspektywie są następne małżeństwa, ale tylko cywilne, ze względu na to, iż zawierają je osoby rozwiedzione bądź twierdzące, że ślub kościelny zawrą w późniejszym terminie w Polsce.

Objechałem już parafie, gdzie w sezonie będzie pracować najwięcej naszych rodaków. Zostawiłem u proboszczów plakaty w języku polskim, informujące o moim pobycie na terenie diecezji z moim adresem i numerami telefonów. Podobną informację wysłałem do Andrzeja Orczykowskiego TChr z prośbą o wywieszenie jej w ambasadzie hiszpańskiej w Warszawie, gdzie wszyscy „najemnicy” muszą trafić z prośbą o wizę. Nawiązałem też kilka kontaktów z miejscowymi parafianami, którzy mają domy w pobliżu pól z truskawkami. Możliwe, że przyjdzie mi odprawiać Msze święte tam na miejscu, ponieważ nie wszyscy plantatorzy zapewniają dowóz swoich pracowników na niedzielną Eucharystię, a odległości są w wielu wypadkach dość duże.

Tymczasem pomagam naszym rodaczkom, które bez prawa pracy i odpowiednich dokumentów „szukają szczęścia” i w wielu wypadkach przeżywają tragedie życiowe. Dziś np. cały dzień poświęciłem kobiecie, która jest tu ze swoim synem (13 lat) i grozi jej wydalenie z Hiszpanii.

Poza tym mam wiele problemów z moimi dokumentami. Po ponad miesięcznej batalii udało mi się ostatecznie zarejestrować mój samochód w Hiszpanii. Kosztowało to sporo czasu i pieniędzy, a przede wszystkim moich nerwów, ale ostatecznie od wczoraj mam uregulowane sprawy z samochodem. Gorzej natomiast przedstawia się sprawa z moim prawem jazdy. Okazuje się bowiem, że moje francuskie nie jest ważne. Prawdopodobnie będę musiał zrobić nowe prawo jazdy w Hiszpanii. Na razie czekam na spotkanie z kierownikiem wydziału komunikacji, który wskaże mi szkołę nauki jazdy, gdzie będę miał możliwość zdawania egzaminu w języku francuskim.

Pozdrowienia i szczęść Boże!
ks. Adam Szymczak SChr