|
Ks. Jan
Otłowski
„Początki obecności Towarzystwa Chrystusowego w Ameryce”
W
roku 1956 rząd polski otworzył granice Polski dla komunikacji
międzynarodowej. W miesiąc po ogłoszeniu tego zarządzenia
złożyłem podanie o paszport i o pozwolenie na wyjazd z wizytą do
mojego brata w Stanach Zjednoczonych. Po krótkim przesłuchaniu
otrzymałem obietnicę paszportu. Była druga połowa listopada 1956
r. Ojciec Przełożony Naczelny naszego Zgromadzenia chętnie
zgodził się na mój wyjazd, bo jak się wyraził: „to będzie dla
nas korzystny pierwszy kontakt z Ameryką”. W maju 1957 r.
wszystkie sprawy były załatwione, prócz biletu na podróż. Polski
statek „Dar Pomorza” przestał kursować, samolotowych połączeń
jeszcze nie było. Zagraniczne okręty też nie miały miejsc
wolnych na najbliższe kilka miesięcy. W warszawskim biurze
podróży dostałem rezerwację na przejazd statkiem szwajcarskim z
Le Havre do Nowego Jorku. Wybrałem się pociągiem przez Wiedeń do
Paryża, żeby tam zdążyć na odjazd specjalnego pociągu dla
pasażerów szwajcarskiego statku „Arosa Sky” w porcie Le Havre.
Opatrznościowo w tym czasie nasz współbrat, ks. Franciszek
Okroy, spędzał wakacje w Szwajcarii, blisko stacji kolejowej, na
której zatrzymywał się ekspres Wiedeń – Paryż. Przed wyjazdem z
Poznania umówiliśmy się z o. Franciszkiem, że się tam spotkamy
(po rozłące od 1939 r.). Dzięki uprzejmości władz szwajcarskich
i miejscowego księdza proboszcza (nie-Polak) mogłem się u nich
zatrzymać przez jedną dobę i kontynuować podróż dnia następnego
na ten sam bilet. Była to doba wielkich emocji po tak długiej
rozłące i po tak wielkim przeskoku z powojennej Polski do wolnej
Szwajcarii. Dwa szczegóły zasługują na uwagę:
1. podałem księdzu Franciszkowi mój adres w Ameryce, tj. adres
mojego brata w Yonkers (przedmieście Nowego Jorku) i
2. na pożegnanie ojciec Franciszek wetknął coś do mojej bocznej
kieszonki (domyślałem się, że to coś „na drogę”, ale dopiero po
kilku dniach w Yonkers mój brat odkrył, że było to 50 dolarów
amerykańskich. Nawet dla niego było to dużo pieniędzy – był rok
1957!)
Na dworcu paryskim spotkałem dwóch księży salwatorianów jadących
do Gary Indianie, ale szybko zgubiliśmy się w tłumie.
Spotkaliśmy się znowu na okręcie. Przez kilka lat utrzymywałem z
nimi kontakt.
W pierwszych dniach września 1957 r., o pięknym świcie,
wpływaliśmy do portu Nowy Jork. Odprawa pasażerów trwała około 3
godzin. Czekał na mnie mój brat i jego syn z samochodem. Poznali
mnie, choć znali mnie tylko z fotografii (miałem 4 lata, kiedy
mój brat widział mnie ostatni raz w roku 1922, gdy był w Polsce
z wizytą). Po godzinie jazdy byliśmy w Yonkers, w domu mojego
brata.
Minęło zaledwie 3 lub 4 dni i otrzymałem list z Rzymu od ks.
Franciszka Okroya. W czasie mojej podróży morskiej ks.
arcybiskup Józef Gawlina, opiekun polskiej emigracji, otrzymał
list od bpa Francisa Carrolla z prośbą o księdza polskiego,
ponieważ Polska Misja Katolicka w Calgary, AB, znów straciła
przedwcześnie swego duszpasterza, ks. prałata J. Słapę. Gdy ks.
Okroy wrócił z wakacji do kancelarii ks. bpa Gawliny w Rzymie,
natychmiast wystosowali do mnie list o jasnej treści: „Przygotuj
się na możliwie szybki wyjazd do Calgary, AB, Canada”. Upewniłem
się tylko, czy Przełożony Generalny wie o tym, i zaraz zacząłem
starania o wyjazd do Kanady. Trzeba było załatwić sprawę z
polską ambasadą w Waszyngtonie, z konsulatem kanadyjskim w Nowym
Jorku oraz zorganizować przejazd do Calgary. Po trzech dniach i
trzech nocach podróży pociągiem, z krótkimi przerwami w Buffalo,
w Nowym Jorku, Detroit, Chicago i Minneapolis, w niedzielę 8
grudnia 1957 r. około godziny 6.00 rano znalazłem się na dworcu
kolejowym w Calgary w Kanadzie.
Oczekujący mnie ksiądz z parafii katedralnej zabrał mnie wprost
do rezydencji księdza biskupa na herbatę. Ksiądz biskup Francis
P. Carroll krótko i serdecznie polecił mi Polską Misję Katolicką
w Calgary i trochę żartobliwie, ale i poważnie, wyraził życzenie
i nadzieję, że nie umrę przed upływem roku, jak to się stało z
moimi dwoma poprzednikami: ks. L. Trawickim i ks. prałatem W.
Słapą. Wkrótce pojechaliśmy do polskiego kościoła, żeby odprawić
niedzielne Msze św. O godz. 9.00 celebrował ks. J. J. O’Brian,
który zapowiedział, że o 11.00 ja odprawię Mszę św. po polsku i
że będę odtąd duszpasterzem Polskiej Misji.
Tak rozpoczęła się misja duszpasterska Towarzystwa Chrystusowego
na tym kontynencie. Zadania były olbrzymie – i ciągle są, i
nasza odpowiedzialność za tę misję jest również olbrzymia.
Kościoły katolickie w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, a także
Polonia w tych dwóch krajach w tamtych czasach nie potrzebowały
księży z zagranicy: organizacyjnie, materialnie i
administracyjnie dawały sobie radę, może lepiej niż gdzie
indziej. Dobrobyt i praworządność widoczne były od pierwszych
chwil po wylądowaniu w Nowym Jorku i od pierwszych kroków na
ziemi kanadyjskiej, w Calgary. Jednak nieustępliwie narzucało
się pytanie, czy tak ma wyglądać świętość Kościoła i Polskiej
Rzeszy Wychodźczej? Dlatego już w jednym z pierwszych listów do
zarządu Towarzystwa w Poznaniu napisałem, że nasza misja na tym
kontynencie, a pewnie i gdzie indziej, byłaby chybiona, gdybyśmy
rywalizowali skutecznie z „amerykanizmem” we wszystkim, prócz
świętości codziennego życia.
Z okazji Jubileuszu Prowincji dziękujmy Bogu za dobro, którego
nam pozwolił dokonać i prośmy o większą przydatność naszą dla
dusz naszych braci i sióstr – Polaków i nie-Polaków, katolików i
niekatolików, w tej Prowincji i we wszystkich innych.
Ks. Jan Otłowski S.Chr.
Ks. prof. Andrzej Woźnicki
Fragmenty „Z dziennika podróży” i „Zakresu mojej działalności
”,
Orchard Lake, sierpień 1962 r.
Z dziennika podróży
Na dworzec w Poznaniu odprowadza mnie mój ojciec, Ks. Jasiu P. i
oczywiście Ks. Doktor Świetliński. [... ] Wsiadam do pociągu. Do
Zbąszynka towarzyszy mi niezmordowany Ks. Doktor; chce jechać do
samej granicy, ale ze względu na rozpoczętą działalność celników
rezygnuje z dalszej podróży; zapewnia mnie jednak, że spotkamy
się w Nowym Jorku. [... ]
Powoli zapada zmrok. Żegnamy ostatnie zagony polskiej ziemi.
Może na zawsze? Przynajmniej dla niektórych pasażerów. Na
terenie DDR kilkanaście razy sprawdzają nasze paszporty, za
każdym razem dając nam jakieś papiery, to odbierając inne. Gdy
już nikt od nas nie żądał żadnych papierów i nie dawał innych,
żartobliwie powiedziałem: „Widocznie już jesteśmy na Zachodzie”.
Z ulgą zasypiamy... Nad ranem ktoś mnie budzi i mówi: „Essen!”
Zirytowany nagłym przerwaniem snu odpowiadam: „Nein, es ist zu
frű”. Gdy jednak pociąg rusza, uświadamiam sobie, co znajome
Niemki chciały mi powiedzieć... „Was? Wir sind in Essen?” Zrywam
się do okna, ale mijamy ostatnie odcinki peronów stacji w Essen.
Później w Paryżu dowiedziałem się, że na dworcu w Essen był Ks.
Arkady i Brat. Przespałem okazję zobaczenia się z pierwszymi
Chrystusowcami za granicą.
W wagonach powoli wraca życie. Zbliżamy się do granicy
belgijskiej. Znowu sprawdzanie paszportów. Żeby zaoszczędzić
sobie trudu z językiem francuskim, pokazujemy celnikom wszelkie
możliwe papiery, które otrzymaliśmy w Polsce. Zadowalają się
tylko paszportem. Podobnie na granicy francuskiej. Wreszcie
dojeżdżamy do Paryża. Jesteśmy opóźnieni z powodu strajku, który
miał miejsce poprzedniego dnia we Francji. Na dworcu rozglądam
się za Bratem Władysławem. Nigdy go przedtem nie widziałem, ale
rozpoznaję z łatwością po potulickim zwyczaju noszenia krzyża
profesyjnego. [... ]
Do Paryża przyjechałem w Boże Ciało po południu. Wieczorem
uczestniczę we Mszy św. w kościele pw. Wniebowzięcia NM Panny;
jest to kościół Polskiej Misji. We Mszy św. uczestniczyło około
100 osób, z tego 15 przystąpiło do komunii św. Polskie pieśni
eucharystyczne przeplatane były responsoriami ze święta Bożego
Ciała. Zaskoczony jestem niejednolitym sposobem uczestniczenia
wiernych we Mszy św., np. w czasie Prefacji jedni stoją według
zwyczaju francuskiego, inni klęczą według zwyczaju polskiego, a
reszta siedzi według zwyczaju własnego; jako zwolennik złotego
środka stosuję się do tych ostatnich. [... ]
Obserwując życie polonijne we Francji, odnajduję coraz bardziej
sens misji wychodźczej. Polacy na obczyźnie są nie tylko
konsumentami kultury narodowej, ale również producentami bogatej
tradycji polskiej. Wydaje mi się, że sensem życia polonijnego na
obczyźnie jest rozwijanie tych tradycji, które nie zawsze są
rozwijane w Kraju. [... ]
W klasie turystycznej na statku jest nas trzech księży: jeden
Francuz, jeden Amerykanin i moja skromna osoba reprezentująca
wielki Naród Polski. Codziennie odprawiamy Mszę św. w rytmie z
lekka kołyszącego się okrętu. [... ] Na horyzoncie ukazuje się
ląd amerykański. Na maszt wciągają flagę Stanów Zjednoczonych.
Pasażerowie wychodzą na pokład. Wpływamy do zatoki Hudson. Po
lewej stronie New Jersey City, po prawej Brooklyn, a naprzeciwko
Manhattan – centrum Nowego Jorku. Z daleka widać słynne
wysokościowce. Mijamy Statuę Wolności i za chwilę wpływamy do
przystani „United States Lines”. Zaczynają się znowu sprawy
paszportowe. Amerykanie są bardzo uprzejmi wobec cudzoziemców,
ale szanują przede wszystkim swoich obywateli. W imię tej zasady
najpierw są wpuszczani Amerykanie, a na koniec reszta pasażerów.
Jest to mądra zasada; szkoda tylko, że nie stosujemy jej wobec
Amerykanów u nas w Polsce. [...]
Znajdując się po raz pierwszy na ulicy Nowego Jorku, zadaję
sobie podstawowe pytanie egzystencjalne każdego turysty: „Kuda?”
Wyciągam notes z adresami i wybieram ss. niepokalanki: 425 West
44 Street. Trudno rozszyfrować samemu te magiczne słowa w
7-milionowym mieście. Na szczęście znalazłem się w kraju, gdzie
panuje automobil. Podjeżdża taksówka i wiezie pod wskazany
adres. [...] Mszę św. odprawiam w polskim kościele na 101 East 7
Street, ok. godziny drogi pieszo od miejsca zamieszkania, 15
minut subwayem. W czasie pobytu w Nowym Jorku stosuję się do
jednakowego schematu: wychodzę o 7 rano a wracam o 24 nocą. Jem
właściwie tylko śniadania na plebanii i jakiś lekki posiłek w
ciągu dnia, gdzieś w barze samoobsługowym; wystarczają dla mnie
„hot dogsy” za 25 centów (bułka z jedną frankfurterką) i butelka
coca-coli za 10 centów. Nowy Jork zwiedzam na trzy sposoby:
naokoło statkiem, odgórnie z największego „buildingu” świata,
czyli Empire State (102 pięter), oraz od wewnątrz. [...]
Z Nowego Jorku wyjeżdżam do Pensylvanii z wizytą do Ks.
Wawrzyńca H., który jako wikary pracuje w Latrobe przy kościele
Holy Family. [... ] Obecnie z Ks. Peszkowskim i Ks. Jasińskim
jedziemy do Kalifornii; nasza droga ma prowadzić od Seattle do
San Francisco, Los Angeles i z powrotem samochodem przez całe
Stany Zjednoczone, z Zachodu na Wschód do Detroit. Stałym
miejscem mego pobytu jest Orchard Lake, które udzieliło mi
gościny na nieograniczony czas. [...]
Zakres mojej działalności
W Detroit, podobnie jak i w innych wielkich skupiskach
polonijnych, rokrocznie urządza się wśród młodzieży uczącej się
po polsku specjalne konkursy języka polskiego. Zostaję
zaproszony na taki konkurs w charakterze przewodniczącego w
jednej z komisji. [... ] Wypracowania dzieci są pod względem
treści na bardzo wysokim poziomie. Gorzej z pisownią, chociaż
nie u wszystkich. Jedna z dziewczynek na dwustronicowym
wypracowaniu popełniła zaledwie dwa błędy ortograficzne. Na
pytanie, co ją najbardziej interesuje, odpowiada: „Najbardziej
interesuje mnie polityka, a zwłaszcza w jaki sposób nasi liderzy
rozwiązują sprawy naszej przyszłości”. Chłopcy nie tylko
interesują się polityką, ale chcą czynnie włączyć się w życie
społeczno-polityczne. Jeden z nich wyraża życzenie, aby w
Michigan obniżono wymagany wiek głosowania do lat 18, gdyż
wówczas za sześć lat będzie mógł już głosować. W dalszym ciągu
wypracowania pisze: „Pragnąłbym zostać ambasadorem Ameryki,
najchętniej w Polsce. Mógłbym wówczas odwiedzić swoich krewnych,
zobaczyć góry i miasta, o których tak dużo słyszałem od swojej
babci. Mógłbym lepiej poznać język polski i zwyczaje swoich
przodków. Jako ambasador w Polsce mógłbym najlepiej służyć mojej
Ojczyźnie Ameryce i Krajowi moich rodziców. Na wypadek gdybym
nie mógł zostać ambasadorem, to będę starał się zostać jako
konsultant w amerykańskiej Foreign Service”.
W egzaminie ustnym zdumiewa mnie wysoka znajomość naszej kultury
narodowej. Trudno mnie nieraz samemu byłoby dać bez
przygotowania jakieś konkretne odpowiedzi na bardzo szczegółowe
pytania.
Co roku członkowie Veritasu urządzają na jesieni, w ostatni
piątek listopada, wieczór poezji religijnej. W ubiegłym roku
wieczór poetycki był poświęcony poezji Leopolda Staffa, w
bieżącym zaś roku, dla uczczenia pamięci zmarłego poety
poznańskiego mają być czytane wiersze Wojciecha Bąka oraz ks.
Józefa Jarzębowskiego; ten ostatni znany był przed wojną pod
pseudonimem Jan Art. Recytacja wierszy w wykonaniu samych
członków Veritasu ma być poprzedzona komentarzem i omówieniem
wstępnym. Nagle zostaję zaskoczony ich propozycją: „Opracowanie
wstępu o twórczości ks. Jarzębowskiego i omówienie wraz z
wyborem jego wierszy postanowiliśmy powierzyć księdzu. Mamy
nadzieję, że ksiądz nam nie odmówi” – zwraca się do mnie prezes
Veritasu, pan inż. Kazimierz Olejarczyk, profesor ekonomii i
polityki na Uniwersytecie w Detroit. [...] Na zapowiedziany
wieczór poetycki zeszła się cała inteligencja polonijna z
Detroit. Na tym spotkaniu poetyckim witam z radością ks.
Otłowskiego z dalekiej Kanady, który korzystając z zastępstwa
ks. dr Świetlińskiego, wyruszył wraz ze znajomymi w podróż po
Ameryce. Miłych gości zapraszam do Orchard Lake, a następnego
dnia wraz z nimi udaję się do Nowego Jorku.
W czasie mojej drugiej obecności w stolicy finansów USA, po
pożegnaniu się z gośćmi z Kanady, nawiązuję szereg cennych
znajomości i kontaktów z polonijnymi ośrodkami naukowymi, m.in..
z Polish Institute of Arts and Sciences, Paderewski Fundation i
Wanda Rohr Fundation. Resztę czasu poświęcam na zwiedzanie
pozostałych ciekawych obiektów Nowego Jorku, których nie
zdążyłem zwiedzić w czasie mojej pierwszej wizyty. [...]
Kapłan w pracy wśrod emigracji musi wykazać swoją
wszechstronność, zwłaszcza do niego stosują się słowa św. Pawła:
„Stałem się wszystkim dla wszystkich, aby wszystkich pozyskać
Chrystusowi”. Wyjeżdżając z Polski, wydawało mi się, że byłem
przygotowany na wszystko i z góry przewidywałem różne możliwości
działania. Nigdy jednak nie przeszło mi nawet przez myśl, abym
mógł kiedykolwiek zostać... pobożnym „łojcem” duchownym i z
namaszczeniem wygłaszać świątobliwe konferencje rekolekcyjne dla
Wielebnych i Czcigodnych Matek i Sióstr Zakonnych.
Otóż zmartwychwstanki z New Bedford w stanie Massachusetts,
należące do prowincji nowojorskiej, zaproponowały mi
przeprowadzenie u nich sześciodniowych rekolekcji zakonnych.
[... ] Dziennie wygłaszałem po trzy konferencje, a żadna z nich
nie trwała poniżej godziny, zbliżając się raczej do połowy
następnej godziny. Sam byłem zdumiony, że jeszcze tyle pozostało
we mnie wiedzy ascetyczno-mistycznej. Najlepiej mówiłem o
cnotach, których osobiście odczuwałem potrzebę, a których jakoś
nie zdołałem sobie jeszcze przyswoić. Mówiąc np. o
posłuszeństwie, zdumiałem się swoim pietyzmem dla tej cnoty.
Widocznie odczuwanie braku czegoś pozwala nam lepiej zrozumieć
ich wielkość i doniosłość.
W osobach Sióstr miałem wdzięczne słuchaczki. Widocznie musiałem
je przekonać, skoro zaproponowały mi u siebie stałą posadę
kapelana i konferencjonisty na miesięczne odnowienie ducha. [...
] Powoli zacząłem się obawiać, że dojdzie do tego, że św.
Tomasza zamienię na św. Jana od Krzyża, a świętą filozofię na
błogosławioną ascetykę.
Ośmielony dotychczasowymi powodzeniami i uzyskanymi wynikami w
pracy przystąpiłem również do działalności apostolskiej w języku
angielskim. Pierwszymi ostrogami na niwie angielskiego
duszpasterstwa była spowiedź. Wypróbowałem swoje umiejętności w
tej dziedzinie najpierw na własnej skórze. Początkowo usiłowałem
spowiadać się po łacinie, ale ani razu nie spotkałem księdza
amerykańskiego, który by znał język łaciński, i z konieczności w
takich wypadkach musiałem powtarzać spowiedź po angielsku.
Odkryłem wówczas, że jeżeli mnie samemu ostatecznie idzie ta
spowiedź nie najgorzej, to z pewnością o wiele łatwiej będzie
spowiadać innych w tym języku. Na wszelki wypadek zaglądnąłem do
amerykańskiego katechizmu i przyswoiłem sobie wszystkie główne
grzechy amerykańskie, zwłaszcza z dziedziny szóstego
przykazania; chyba nie potrzebuję zaznaczać, że przyswojenie
tych grzechów było tylko teoretyczne, czyli na eksport, a nie na
import.
Podobno najgorzej idzie zawsze początek, i dlatego skorzystawszy
z amerykańskiej praktyki tutejszych księży, zadowalałem się
jedynie wysłuchiwaniem grzechów, nadaniem pokuty po angielsku i
rozgrzeszeniem po łacinie. Konfesjonały amerykańskie są tak
pomysłowo urządzone, że kapłan i penitent nie widzą się
wzajemnie, co w znacznym stopniu ułatwia obustronną śmiałość.
Penitent wchodząc za kotarę i klękając na klęczniku,
automatycznie zapala na zewnątrz czerwone światło; jeżeli zaś
penitent po spowiedzi wstaje z klęczek, pokazuje się z kolei
zielone światło, aby pozostałych wiernych zorientować, że
miejsce jest wolne. Na drzwiach wejściowych konfesjonału są
również światła orientacyjne, czy wewnątrz znajduje się kapłan,
czy nie. Po prostu zastosowano tu zasady ruchu ulicznego.
Wewnątrz znajdują się również najczęściej aparaty wzmacniające
słyszalność dla tych, co mają kiepski słuch.
Podziwiam zdyscyplinowanie społeczeństwa amerykańskiego. Ich
spowiedzi są proste, krótkie, jasne. Największą jednak zaletą
tutejszych penitentów jest przede wszystkim punktualność. Jeżeli
spowiedź została wyznaczona między piątą a szóstą, wówczas
wchodząc do konfesjonału, ma się pewność, że ci wszyscy, co chcą
skorzystać ze spowiedzi, czekają już na swoją kolejkę. Żaden z
księży nie spowiada tu w niedzielę i święta; spowiedź odbywa się
regularnie przed każdą niedzielą i każdym świętem, zawsze o
jednakowych godzinach. Porządek ten jest konieczny ze względu na
częstą spowiedź i komunię św. wiernych.
Wielkie natomiast istnieje tu urozmaicenie językowe; osobiście
wypadło mi już spowiadać, poza angielskim i polskim, również po
niemiecku i francusku. Praktyczne duchowieństwo amerykańskie
celem uniknięcia nieporozumień zawiesza tabliczkę z
zawiadomieniem, w jakim języku poza angielskim może słuchać
spowiedzi. Najczęściej jest tak w parafiach mieszanych
narodowościowo. Wierni zaś również odbywają spowiedź
„wielojęzycznie”. Spowiadam pewnego penitenta po angielsku, a
potem w czasie udzielania absolucji słyszę po polsku: „Boże bądź
miłościw mnie grzesznemu”. Podobne doświadczenia miałem z
penitentami innych narodowości, m.in.. z Francuzami, Włochami i
Niemcami.
Szczytem odwagi, graniczącej już z czelnością, na niwie
duszpasterstwa angielskiego była śmiałość wygłoszenia kazania po
angielsku. To dziejowe wydarzenie mojego życia miało miejsce w
czasie uroczystości Trzech Króli. Proboszcz w związku z tym
kazaniem przeżywał więcej strachu aniżeli ja sam. Widocznie nie
musiało pójść najgorzej, skoro zaproponował wygłoszenie takiego
kazania również w następną niedzielę.
Oczywiście cała moja uwaga w czasie wygłaszania kazania w
osiemdziesięciu procentach była pochłonięta gramatyką, a przede
wszystkim wściekle trudną wymową. Celem ułatwienia sobie
podjętego zadania zastosowałem stary sposób: używałem wielu
cytatów z Pisma św. i innych źródeł, aby mieć usprawiedliwienie
do zaglądania do tekstu z kazaniem. Ta metoda okazała się dobra,
gdyż u słuchaczy wzbudziłem zaufanie odnośnie do autentyczności
moich wywodów, a mnie pozwalała po przeczytaniu odpowiednich
cytatów już naprzód zapoznać się z dalszą treścią mojej homilii.
Na początku celem przekonania siebie i słuchaczy do znajomości
mojej angielszczyzny starałem się jak najlepiej i możliwie
najswobodniej przeczytać przypadającą na daną uroczystość
Ewangelię. Chwyt okazał się szczęśliwy, gdyż wiele osób pytało
się później, czy nie jestem z pochodzenia Francuzem, gdyż moja
wymowa angielska posiadała zabarwienie romańskiego akcentu.
Mój Boże, jak ciężko żyć człowiekowi w okresie pomieszania
języków i babilońszczyzny. We Francji, gdy starałem się mówić po
francusku, pytano mnie, czy jestem z Anglii, czy z Ameryki.
Obecnie, gdy mówię po angielsku, pytają się, czy nie jestem
Francuzem. [... ] Istnieje jednak różnica między ustosunkowaniem
się moich rozmówców z Francji i Ameryki wobec moich usiłowań
językowych. Francuz na ogół bywa zdenerwowany nieznajomością
obcokrajowców języka jego Wielkiej Ojczyzny, Amerykanie zaś
prawie z dziecięcą radością cieszą się, jak obcokrajowiec
usiłuje rozmówić się z nimi w ich języku, i na wszelki sposób
pomagają mu „wyjęzyczyć” się oraz zapewniają go: „You speak
English very well”.
Ks. prof. Andrzej Woźnicki S.Chr.
Ciąg dalszy |