nazwa

Wspomnienia chrystusowców – pionierów na ziemi amerykańskiej

Ks. Jan Otłowski; ks. Andrzej Woźnicki; ks. Kazimierz Świetlinski; ks. Konrad Urbanowski; ks. Józef Calik;
ks. Władysław Gowin; ks. Wojciech Baryski; ks. Mieczysław Szwej

Wspomina ks. Władysław Gowin

Po 13 latach pracy na stanowisku Ojca Duchownego w naszym Wyższym Seminarium Duchownym w Poznaniu zostałem mianowany Dyrektorem Grupy Misyjnej z siedzibą w Ziębicach. Przełożonym Generalnym był wtedy ks. Florian Berlik i on pozwolił mi na czasowy wyjazd do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

15 maja 1969 roku razem z ks. Wojciechem Baryskim odjechaliśmy pociągiem do Niemiec Zachodnich. Przez kilka dni opiekował się nami ks. Władysław Przybylski. Dalej pojechaliśmy do Francji, pod opiekę ks. Czesława Kamińskiego. Po kilku dniach okrętem Quinn Elizabeth II odpłynęliśmy z Le Havre’u do Nowego Jorku, dokąd przybyliśmy 4 czerwca 1969 roku. Tu czekali na nas ks. Wojciech Kania i ks. Jan Otłowski. Prosto z portu zabrano nas do Domu Towarzystwa w Warren w stanie Rhode Island. Dom był mały, skromny, ale własny. Był położony w sąsiedztwie kościoła św. Kazimierza. Było to wielkie osiągnięcie ks. Wojciecha Kani, że jako organizator i pierwszy przełożony chrystusowców na kontynencie Ameryki Północnej miał niezależną siedzibę.

W Stanach Zjednoczonych miałem być czasowo. Dlatego nie dostałem stałego przydziału do żadnej parafii i mieszkałem w domu Towarzystwa w Warren. Ks. Kania postarał się dla mnie o rekolekcje u Sióstr i w niektórych parafiach. Było to dla mnie ogromnie ważne, bo mogłem poznać niektóre zakony polskie i parafie w różnych częściach Stanów i Kanady. Ofiary za te posługi pomogły w spłaceniu długu za dom. W lipcu zgłosił się do ks. Kani ks. prałat Alfons Skoniecki, z polonijnej parafii we Three Rivers w Massachusetts. Jego asystent został proboszczem, a diecezja nie miała innego kapłana dla niego. Ks. Kania posłał tam mnie. W tej parafii w niedziele były 3 Msze św. po polsku, a tylko jedna po angielsku. Byłem tam do końca listopada, potem zastąpił mnie ks. Arkadiusz Boryczka. W tym czasie zawiązała się szczera przyjaźń między mną a ks. Prałatem. Gospodynią na tej plebanii była p. Zofia Bescek, późniejsza nasza wielka dobrodziejka. Po śmierci ks. Prałata podsunąłem jej myśl, by ufundowała na pamiątkę ks. Prałata kaplicę w budującym się gmachu seminarium w Poznaniu. Tak się też stało.

Na jesieni dotarła do nas wiadomość o rezygnacji, ze względów zdrowotnych, ks. Berlika z urzędu Przełożonego Generalnego. Był to dla nas szok. W lutym 1970 roku ks. Kania udał się na nadzwyczajną Kapitułę i został wybrany na Przełożonego Generalnego. On to powziął decyzję o pozostawieniu mnie na stałe w Stanach Zjednoczonych. Przez następne lata dalej pracowałem jako rekolekcjonista i czasowo byłem na różnych parafiach. Przełożonym w Ameryce był najpierw ks. Konrad Urbanowski, a potem ks. Franciszek Okroy. Posiadaliśmy wówczas tylko jedną parafię w Kanadzie w Calgary w stanie Alberta, reszta księży pracowała jako asystenci w różnych polonijnych parafiach. W tym czasie o dostaniu parafii nie było mowy. W tej okolicy Polonia była mała i nie można było liczyć na nasz rozwój.

Przenosiny do Detroit

Największa Polonia była w Chicago, ale o dostaniu się tam nie mogło być mowy. Trzeba było próbować do Detroit. Kard. Jan Dearden w opinii Polonii uchodził za nieprzychylnego dla Polaków. Okazało się, że ta opinia była bardzo krzywdząca. Nie mając żadnych znajomości, napisałem list do Kardynała, z prośbą, aby nas przyjął do swojej archidiecezji, gdyż chcemy tam pracować wśród Polonii. Pozytywna odpowiedź przyszła za kilka dni. Trzeba było działać. Polscy marianie akurat sprzedawali dom i opuszczali Detroit. Wydawało się, że okazja jest wspaniała, by kupić od nich ten dom. Skontaktowałem się z ks. prałatem Wawrzyńcem Wnukiem, a on skontaktował mnie z nowo mianowanym biskupem Arturem Krawczakiem. Biskup miał negatywne zdanie co do kupna tego domu. Dzielnica była niedobra i Polonia by tam nie przychodziła. Za jego radą wydzierżawiliśmy pusty konwent przy parafii Zmartwychwstania. Tam jakiś czas mieścił się nasz dom prowincjalny. Dom w Warren sprzedaliśmy. Ks. Baryski, który był wtedy ekonomem, pierwszy przeniósł się do Detroit, a ja za kilka dni podążyłem za nim.

We wrześniu 1976 roku parafia wymówiła nam dzierżawę konwentu, gdyż pojawili się lokatorzy, którzy mogli więcej płacić. Trzeba było szukać innego miejsca. Pierwszy dom, jaki mi wskazano, mieścił się przy 18 Mili w Sterling Heights. Był bardzo elegancki, ale były przy nim tylko 3 akry ziemi. Absolutnie nie chciałem się zgodzić na jego kupno. W innej części Detroit, niedaleko lotniska, były nawet dwa domy na jednej działce i 5 akrów ziemi. Chcieliśmy kupić tę posiadłość. Biskup Krawczak był bardzo niezadowolony, mówiąc, że Polonia tam się nie osiedli. Sprawę rozwiązało miasto, które nie zgodziło się na kupno przez zakon posesji w dzielnicy domków jednorodzinnych. Trzeba było dalej szukać. Z ks. Kanią, który po ukończeniu kadencji przełożonego generalnego wrócił do Stanów Zjednoczonych i został ekonomem prowincji, oglądaliśmy wiele domów, w końcu wróciliśmy do pierwszego, przy 18 Mili. Państwo Carrissimi sprzedali nam dom z całym wyposażeniem, włącznie z pościelą i ręcznikami. Dom miał tylko dwa sąsiedztwa: starszych państwa i samotną panią. Wokół, jak okiem sięgnąć, były zarośla, ziemia przeznaczona w przyszłości na domy jednorodzinne.

Dziwnym zbiegiem okoliczności podpisanie umowy w banku wyznaczono na 8 grudnia 1976 roku. Był to dla nas jakiś Boży znak. 20 stycznia 1977 zamieszkaliśmy w nowym, naszym domu. Rozpoczął się nowy rozdział w historii naszej prowincji.

Ustanowienie Polskiej Misji Duszpasterskiej

W naszym domu na górze urządziliśmy małą kapliczkę. Początkowo przychodziło na Msze św. w niedziele po kilka osób. Dzięki ks. biskupowi Arturowi Krawczakowi doszło do ustanowienia Polskiej Misji Duszpasterskiej przy naszym ośrodku w Sterling Heights. Kard. Dearden postawił jednak warunek, aby wszyscy proboszczowie polonijni wypowiedzieli się i wyrazili zgodę na jej powstanie. Na takim zebraniu, które prowadził biskup Krawczak, tylko jeden proboszcz był przeciwny. W tej sytuacji kardynał Dearden wydał odpowiedni dekret z datą 15 sierpnia 1979 roku. Zaraz po tym Misja została uroczyście otwarta. Pierwszym duszpasterzem został ks. Wojciech Kania, a po kilku tygodniach funkcję tę objął ks. Zbigniew Olbryś, który dotychczas pracował w Los Angeles.

Ludzi przybywało, Msze św. trzeba było przenieść z góry do sali na dole. A kiedy i ona nie starczyła, ks. Olbryś dzierżawił każdej niedzieli salę w pobliskiej szkole.

W tej sytuacji powstała konieczność budowy kościoła. Ponieważ grunt należał do Towarzystwa Chrystusowego, kościół miał być własnością Towarzystwa. Archidiecezja była tym też bardzo zainteresowana i arcybiskup Szoka był gotów nam pomóc. Ogłosiliśmy konkurs na projekt kościoła i sali. Pięciu polskich architektów przysłało swoje prace. Specjalna komisja wybrała projekt p. Staniszkisa, ale potem okazało się, że sala jest tylko na 200 osób. W tej sytuacji wybraliśmy projekt p. Markiewicza. Ogólny koszt oszacowany był na około milion dolarów. Archidiecezja pożyczyła nam na niski procent pół miliona. Mieliśmy trochę uzbieranych pieniędzy i liczyliśmy na ofiarność Polonii, która rzeczywiście była wielka.

Nasz architekt pragnął rozpocząć budowę kościoła latem. Tymczasem była już połowa sierpnia, a miasto nie dawało pozwolenia na rozpoczęcie budowy, ciągle żądając dodatkowych szczegółów. Zrozpaczony architekt przyszedł do nas i prosił, byśmy my osobiście poszli do władz Miasta i prosili o wydanie pozwolenia tymczasowego na rozpoczęcie prac. Następnego dnia wraz z ks. Kanią udaliśmy się do zarządu miasta Sterling Heights. Przedstawiliśmy nasz problem i o dziwo, nie było żadnych trudności. Przynieśliśmy pozwolenie na rozpoczęcie budowy. Architekt nie mógł wyjść z podziwu. Data na tymczasowym pozwoleniu budowy kościoła była znowu znamienna – 26 sierpnia 1981 roku. 8 września ruszyły prace nad budową nowego kościoła.

W trakcie budowy zabrakło nam 200 tys. dolarów na opłacenie bieżących robót. W tym czasie procenty w banku były bardzo wysokie, postanowiliśmy więc jeszcze raz poprosić archidiecezję. Byłem zaproszony na wieczerzę do arcybpa Szoki. Ze strachem przedstawiłem mu nasz problem. Prosił tylko, by napisać odpowiedni list. Już następnego dnia podczas śniadania zadzwonił sekretarz arcybiskupa, obecny biskup, i poprosił, abym przyniósł odpowiedni list i odebrał gotowy czek. W momencie opuszczania przeze mnie Sterling Heights wszystkie długi były spłacone.

Uroczystego poświęcenia kościoła dokonał ksiądz arcybiskup Edmund Szoka dnia 29 sierpnia 1982 roku. Kaplicę o. Maksymiliana Kolbe, której wystroju dokonał znany w Polsce prof. Wiktor Zin, poświęcono 30 sierpnia 1987 roku. Nieco później została wykończona sala.

Wielu pytało początkowo, dla kogo taki duży kościół i sala, a po kilku latach zadawano pytanie: dlaczego zbudowano taki mały kościół? I faktycznie, trzeba było obiekt rozbudowywać.

Aneks do wspomnień

Po 34 latach pracy w naszej Prowincji, po krótkim pobycie na emeryturze w Los Angeles pod wspaniałą opieką ks. prob. Edwarda Mroczyńskiego, w czerwcu tego roku opuszczam Stany Zjednoczone i udaję się do Polski. Ogarniam myślą tyle wspaniałych wydarzeń danych Prowincji od Boga za przyczyną Maryi i za to wszystko Najwyższemu i Maryi składam serdeczne dzięki. A jednocześnie życzę, by nasza Prowincja dalej rozwijała się wspaniale i służyła Bogu i Polonii.

Ks. Władysław Gowin S.Chr.
Los Angeles, 30 kwietnia 2003 r.
W czerwcu rozpoczynam 50. rok mego kapłaństwa




„Wspomnienia po 37 latach” - Ks. Wojciech Baryski


Rok 1964, 4 czerwca; byliśmy chyba ostatni z ks. Gowinem, którzy dopłynęli, a nie dolecieli do USA. Wspominam o tym, bo ks. Kania i ks. Otłowski musieli przyjechać samochodem do Nowego Jorku, aby nas odebrać z portu.

Podczas drogi do Warren w stanie Rhode Island nie było końca opowiadaniom ks. Kani o naszych „sukcesach” w najmniejszym stanie w USA. Dojechaliśmy do „naszego domu” w Warren. Ani to nie był nasz, ani to nie był dom: pożyczono go nam i była to „chatynka”, w środku której ks. Szczykutowicz i ks. Furman niewiele mieli miejsca nad swoimi głowami. Ale ks. Kania zacierał z radości ręce. Zresztą ten dom potem kupiliśmy i z zyskiem sprzedaliśmy, gdy przenieśliśmy się do Detroit. Tymczasem było to rzeczywiście nasze miejsce. Gromadziliśmy się tu na dni wypoczynku – z Central Falls, Providence, Three Rivers, Bostonu, Fall River. Było ciasno: spanie było raczej „podłogowe”. Pod domem znajdowała się nawet piwnica, gdzie w dni słotne, zimowe, skurczeni we dwoje, bo takie to było wielkie, z ks. Kanią i ks. Urbanowskim schodziliśmy na „dymka”.

Na pierwsze wspólne „rekolekcje” zjechało się więcej księży, było nas chyba ośmiu lub dziewięciu. Samochody zaparkowaliśmy z tyłu domu na trawniku w kształcie koła, a w środku postawiliśmy namioty, w których spali księża. Wyglądało to żałośnie, ale serca nasze były pełne radości.

Podczas takich spotkań głównym kucharzem był ks. Konrad, który broniąc przygotowanych przez siebie „smacznych” potraw, powiadał: „Jak wam nie smakuje, to w mordę i do Johnsona” (nazwa restauracji). Ale kogo z nas było na to stać? Więc spożywaliśmy te dary Boże.

Dopiero gdy dojechał z Los Angeles br. M. Pankanin, nie musieliśmy iść do Johnsona, ale za to ile garów trzeba było zmywać! Jak nie kijem go, to pałką!

Z biegiem czasu każdy z nas pracował na jakiejś placówce u księży polskiego pochodzenia. Różnie to było, ale trzeba było zacisnąć zęby, bo dochody były potrzebne. Jako że lodówki w Central Falls były puste, polscy księża kupowali salami i sery (te rzeczy mogły leżeć dłużej w szufladzie biurka) i dokarmiali się.

Ks. Kania nie ukrywał, że trzeba oszczędzać i zaciskać pasa. Sam zresztą to robił i od nas wymagał. Pamiętam, że zaraz na drugi dzień po przyjeździe do Warren okazało się, że w angielskiej parafii jest pogrzeb i potrzebują subdiakona do przeczytania lekcji. Zostałem więc tam wysłany. Pełen radości, że jakoś przebrnąłem przez lekcję, z pięcioma dolarami, które za tę posługę otrzymałem, wracałem do naszej „chatki”. Na progu siedział ks. Kania. Ani jednym słowem nie zapytał mnie, jak mi poszło, tylko wyciągając znacząco prawą rękę, powiedział: „Wojtuś…”, no i pozbyłem się pięciu dolarów, pierwszego zarobku na ziemi amerykańskiej.

Tak było do 1974 roku, kiedy jako Zgromadzenie zostaliśmy przyjęci przez kardynała Detroit. Nasza główna placówka została przeniesiona do Detroit. Zostałem tam wysłany, aby przygotować pusty konwent sióstr na przyjazd księży.

Rozpoczął się nowy etap dla naszego Zgromadzenia w USA i Kanadzie. Księża pracujący w tej okolicy zaczęli się gromadzić w nowym domu już nie tylko na dni wolne, ale także i na miesięczne skupienia, na które zapraszaliśmy też księży diecezjalnych polskiego pochodzenia z Detroit i Windsor. Dni skupienia kończyły się zawsze wspólnym posiłkiem. Dzięki tym dniom skupienia i obecności księży diecezjalnych byliśmy zapraszani do nich z pomocą duszpasterską. Pełniąc funkcję ekonoma, mieszkałem w tym naszym domu i dojeżdżałem z pomocą duszpasterską w każdą sobotę wieczorem do parafii MB Karmelskiej w Wyandotte, w niedzielę wracałem tam na ranną Mszę św. i potem jechałem na Mszę dalej, do New Boston. W międzyczasie na zmianę z ks. Gowinem prowadziliśmy rekolekcje, nabożeństwa 40-godzinne i apele misyjne.

Współpraca z ks. Jobem, proboszczem parafii Zmartwychwstania, na terenie której mieszkaliśmy w konwencie, układała się dobrze. Wkrótce zostaliśmy rozpoznani przez tutejszą Polonię, która chętnie przychodziła z pomocą. Ten okres, raczej pomyślny, zakończył się z przyjściem nowego proboszcza do parafii Zmartwychwstania (księdza z Polski). Trzeba było szukać nowego miejsca dla naszej głównej kwatery, która znalazła się w Sterling Heights. A ja jeszcze przed tym „wyniesieniem się” z parafii Zmartwychwstania, pod koniec stycznia 1976 roku, wyruszyłem do San Francisco.

Ks. Wojciech Baryski S.Chr



Ks. Mieczysław Szwej: „Służba polskiemu słowu”

Kocham każde życia drgnienie
Pragnę każdym dniem się upić,
Bo przyszedłem na tę ziemię,
Aby zaraz ją porzucić…

Dramat ludzkiego życia ujął poeta S. Jesienin w trafnym wierszu. Droga od młodości do wieku emerytalnego dla nikogo nie wydaje się tutaj zbyt długa. Prawo przemijania sformułował już w starożytności Arystoteles w twierdzeniu, że rzeczy martwe i żywe posiadają trzy etapy: początek, rozwój i schyłek. Z tej racji trzeba pilnie rejestrować nasze dokonania, ponieważ rychło przemijają i nikt ich po latach wspominać nie będzie. Dlatego słusznie Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii w USA i w Kanadzie ośmiela się oficjalnie podkreślić, że już ponad 25 lat pracuje na tym terenie w ramach kanonicznie ustanowionej prowincji zakonnej. Seneka Młodszy z Kordoby w Hiszpanii napisał już przed wiekami bystrą uwagę, że nie istnieje łatwa droga z ziemi do gwiazd. W oryginale brzmi ona: Non est ad astra mollis e terris via!

Na wydziale KUL-u z tego akurat autora pisałem pracę magisterską i odwołuję się do niego na wstępie moich wspomnień z misji apostolskiej w Ameryce Północnej. Mają one na celu odnotowanie jedynie służby Polskiemu Słowu na wychodźstwie w druku i na ambonie. Duże znaczenie takich zadań podkreślał zwykle nasz współzałożyciel ks. Ignacy Posadzy i w duchu jego wysiłków nad kulturą słowa przedstawiam własne dokonania. Na tyle postąpiłem dotąd w godności seniora, że pokusy samochwalstwa dawno mnie opuściły. Trzydzieści lat trudów duszpasterstwa emigracyjnego przekonały mnie, że wiara w egzystencji ludzkiej wszystko czyni możliwe, natomiast miłość sprawia iż każda sytuacja wydaje się łatwa.

Na preriach północnego Saskatchewan rozpoczynałem posługę Ludowi Bożemu w diecezji Prince Albert jesienią 1969 roku. Prości farmerzy, spod Zbaraża i Trembowli, słabo posługujący się językiem ojczystym, do sztuki słowa zbytnio nie przykładali uwagi. Oczekiwali co tydzień usłyszeć z ambony coś ciekawego i pobożnego, pożytecznego w postępowaniu na co dzień. Starałem się nie zawieść ich nadziei i do prasy polonijnej wysyłałem artykuły patriotyczne. Z racji wolnego od zajęć dnia przygotowałem też trzy powieści, chętnie czytane w gazetach na odległych farmach. Przedstawiały one współżycie polskich emigrantów z Indianami o nazwie Assiniboines. Opowieści nosiły tytuł: „Fajka Pokoju”, „Gryf i Manitu”, „Polacy w Manitobie”. Otrzymywałem na temat tych publikacji życzliwe listy.

Hominem te esse memento

W roku 1971 zostałem głównym redaktorem tygodnika „Czas” w Winnipeg i przedstawiałem w artykułach wstępnych rozmaite rocznice i wydarzenia, jakie miały miejsce w Polonii. Dokonywałem tego z pamięcią, że sam jestem człowiekiem i drugich bardzo po ludzku należy traktować.

Podczas pracy redakcyjnej niemal w każdą niedzielę głosiłem kazania w polskich kościołach: św. Ducha, w parafii św. Jana Kantego czy u św. Andrzeja Boboli na przedmieściu St. Boniface. Zorientowane one były na problemy lokalne z częstym zwrotem do spraw Starego Kraju nad Wisłą. Obchodzono wówczas w Polsce rocznicę 500-lecia urodzin Mikołaja Kopernika. Odwiedziła z tej okazji nasz tygodnik astronomka z Torunia prof. Wilhelmina Iwanowska oraz astronauta z USA, uczestnik wyprawy na Księżyc – Edwin Aldrin. Sprawozdania z polonijnych imprez pisałem w miarę sił rzeczowo i językiem przejrzystym, bo taki wśród uchodźców okazywał się do przyjęcia.

Przygotowuję Złoty Jubileusz własnej Służby Kapłańskiej i przez ten okres przekonałem się, że trzy czynniki decydują o powodzeniu na ambonie. Najpierw osobiste zaangażowanie, wyszukiwanie w liturgicznej lekturze Pisma św. tych momentów, jakie mnie najbardziej interesują, i skupianie na nich właśnie uwagi słuchaczy. Na drugim miejscu trzeba pamiętać o używaniu żywego i barwnego języka, bo wszelka monotonia usypia audytorium. Na trzecim miejscu idzie stała praca nad doskonaleniem posługi słowa. Ukazują się dziesiątki angielskich książek z przykładami, które należy poznać, czytać również wystąpienia najlepszych kaznodziejów.

Podawałem te wskazania polskim klerykom w seminarium w Orchard Lake, gdzie wykładałem języki klasyczne oraz organizowałem audycje radiowe i Dni Polskie w każdym miesiącu. Co niedzielę dojeżdżałem z pomocą duszpasterską do parafii Matki Bożej Różańcowej w Wyandotte i św. Anny na przedmieściu Warren. Pisałem w wolniejszych chwilach opowiadania do prasy: „Malwy w Detriot”, „Wczoraj w Michigan” czy „Serce w Druku”. Przekazywałem swym Czytelnikom przekonanie, że rozumne poznanie dobra, jakie nas otacza, prowadzi do zadowolenia z życia i pogody ducha.


A Christan Is the Combination of Christ and You

Takie ideały propagowałem przez dwa lata służby emigracyjnej w kościele św. Wojciecha w Hyde Parku na przedmieściu Bostonu oraz parafii św. Stanisława w Central Falls w Rhode Island. Zdołałem wydać wtedy trzy książki: „Rodło w Herbie”, o Polonii w Niemczech, autobiografię „Mój Ojciec”, a także zbiór artykułów z prasy na temat Gwiazdki i Wielkanocy. Jakkolwiek życie bywa krótkie, to jednak wystarczy w nim czasu, aby dokonać czegoś pożytecznego. Każdy rodzaj publikacji jest dobry, poza nekrologami.

W roku 1980 zacząłem czteroletni staż jako główny kapelan Holy Cross Hospital w Detroit. W tym czasie budowaliśmy kościół MB Częstochowskiej w Sterling Heights i fundusze okazywały się nieodzowne. Dołożyłem do nich własną cząstkę poprzez głoszenie rekolekcji wielkopostnych. Trzykrotnie w polskiej parafii w Hamiltonie u dzielnego zmartwychwstańca ks. prob. Józefa Capigi, a także w Calgary czy u oo. franciszkanów w Montrealu. Nieco później występowałem w naszych kościołach w Kurytybie i w Rio de Janeiro i z powodzeniem w Adelajdzie, Sydney i Melbourne. W Australii i Brazylii wysyłałem do tamtejszej prasy artykuły, nie pomijając własnych wspomnień z Alaski czy Polinezji Francuskiej w Papetee.

Paweł Apostoł w 1 Tess. 5: 16 podał podstawową zasadę chrześcijańską, jaka w tłumaczeniu angielskim brzmi: ABC or Always Be Cheerful! Homiletyka służy w Kościele nie tylko w nauczaniu, ale i pocieszaniu wiernych. Żyją oni stale w rozmaitym ucisku i potrzeba za prorokiem Izajaszem powtarzać: „Pocieszajcie mój lud, mówi Bóg”. Pozostawałem wierny tej zachęcie na stanowisku proboszcza w Tacoma i w Seattle, kiedy to przybywała do nas nowa fala emigracji solidarnościowej. Kontaktowałem się też z wydawnictwem franciszkańskim w Pulaski Wisc., które wydrukowało mą pierwszą książkę o ks. Ignacym Posadzym pt. „Był Ojcem”. Druga zawierała osobiste wspomnienia o Współzałożycielu i drukował ją „Dziennik Detroicki”. Nosi tytuł „Zbieranie Kłosów”.

W starożytności powtarzano zdanie, że człowiek mało rozsądny trzyma serce na języku, a mądry umie język posiadać w sercu. Podczas trzyletniego duszpasterzowania w Regina u św. Antoniego wysłałem angielskie wiersze do International Library of Poetry w Owings Mills i jeździłem publicznie je recytować do Waszyngtonu DC. Odebrałem za twórczość dwa brązowe medale i cztery poematy wydrukowałem w zbiorowych albumach, zdysponowanych obecnie w Bibliotece Towarzystwa Chrystusowego w Poznaniu.

Platon narzekał, że dobro na świecie z trudem się odnajduje, na zło można natrafić łatwo i bez szukania. Z dalekich placówek w Nowej Szkocji i Nowej Funlandii jeździłem prowadzić rekolekcje do Sunny Hills na Florydzie, zarówno w parafii Małej Teresy, jak i w domu starców u sióstr westiarek. Z ks. Franciszkiem odbyliśmy też biblijną pielgrzymkę do Grecji, a następnie do Turcji, śladami Apostoła Narodów. Prelekcje wygłoszone na ten temat cieszyły się dużym uznaniem. Stwierdziłem do mojego audytorium, że kapłan w 70. roku życia jest przekonany, że nasz ziemski świat nigdy nie będzie dobry, przy przewrotnej roli człowieka, ale zawsze może być lepszy.

Pragnę służbę Polskiemu Słowu zabrać na Sąd Ostateczny. Cieszy się ona uznaniem moich parafian w Guelph i w Chatham, gdzie sprawuję moją posługę emerytalną. Przed Jubileuszem 50-lecia kapłaństwa wydaje mi się, że każdy człowiek, który odważnie spojrzy w swoje serce i szczerze zapamięta, co tam zobaczył, łatwo znajdzie łaskawych słuchaczy. Lepsza była w każdym wypadku próba zrozumienia świata niż jego potępienie. U schyłku życia oceniamy słowa, jako sposób specjalnego działania, a wielomówstwo nie cieszy się uznaniem wieku dojrzałego.

Mistrz mój z KUL-u, prof. Wł. Tatarkiewicz, autor wielkiej monografii o szczęściu, zwykł mawiać: „Zadowolenia w życiu szukamy tam, gdzie można je naprawdę znaleźć, a nie tam, gdzie większość ludzi go szuka”. Odblask szczęścia można dostrzegać w bogactwie, w wysokich stanowiskach czy w kruchych przyjemnościach codziennego życia. Ono naprawdę istnieje w skromnym zadowoleniu z całości naszego życia, tutaj i teraz. Język pozostaje stale instrumentem rzetelnej pracy, gdy umiejętność przekonywania tworzy dopiero istotny sens naszej aktywności. Oto tyle chciałbym powiedzieć o wychodźczej służbie Słowu Polskiemu.

Thanks God,
our tonque is never in exile!

W Imię Jezusa!
Imię Zbawiciela
Zgina nam kolana,
I serce ośmiela
Od śpiewu – Hosanna!

Bóg Ojcem się staje
Lecz Panem zostaje!
Poza życia progiem
Być zawsze z nim mogę.

Słowem stwarza światy
Sam żyje w wieczności,
On w łaski bogaty
Przyjmie hołd wdzięczności.

Chórem się otacza
Niebieskich aniołów
Gwiazdom szlak wyznacza
Świat dźwiga z popiołów.

Ludzie Go wzywają
Wielbią Imię Jego,
Z Nim lepsi się stają
Zna serce każdego.

W Betlejem zrodzony
Żył bez grzechu wiernie,
Na śmierć zasądzony
Poniósł krzyż i ciernie.

Króluje w sumieniu
Wszystko Mu podlega,
On w ludzkim plemieniu
Bożych praw przestrzega.

Z koroną na głowie
On nasz świat odmieni,
Przy śmierci nam powie:
Jesteście zbawieni!

Mieczysław Szwej S.Chr.